browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Klasztor i miasto w skałach (Kachetia i Kartlia Wewn.)

do galerii Picasa

Dawid Garedża

Zbliżała się pora powrotu. W planach mieliśmy powrót południem Gruzji, jednak wszyscy zapewniali nas, że dołem od Dawid Garedży do Wardziji ‚normalnym’ samochodem dojechać się nie da. Nasz samochód był bardziej ‚normalny’ od kierowcy, więc jakoś bez większych problemów udało się Erynii ustalić trasę przejazdu. Niewątpliwym punktem podróży, który musiał być zrealizowany, był monaster Dawid Garedża. GPS co prawda, kończył swoje możliwości na Udabnie, ale od czego jest tak zwany „koniec języka”. Zatrzymaliśmy się na kawę w Oasis Club –
polskie przytulisko

Oasis Club Udabno

polskiej (jedynej zresztą w mieście) restauracji z przytuliskiem i tam dowiedzieliśmy się jak dalej jechać. Miejsce całkiem klimatyczne, zrobione przy minimum nakładów (stoły i kanapy z palet), ale z ciekawym efektem. Co do Dawid Garedży, droga tam była nawet całkiem dobra — jak większość dróg do „już przygotowanych dla turystów” zabytków. Odrobinę trudności sprawiało ostatnie 12km od Udabna do klasztoru, ale W. sprawiło to tylko radochę, szczególnie że przez całą drogę widoki były inne niż dotychczas ale równie piękne. „Wywrócone” osady wapienne z różnymi koncentracjami żelaza dawały uroczy koloryt pasków którymi grało słońce. Z dala mieniło się białymi odblaskami (chyba) wyschnięte jeziorko (chyba) solne. Wokół, po horyzont zrudziałe, pofałdowane stepy na których tylko gdzieniegdzie dostrzec można było swobodnie pasące się konie lub krowy. Nazwa Dawid Garedża przypisana jest do paru miejsc. My zwiedziliśmy ‚Ławrę’. Jest ona (on?) klasztorem czynnym, więc nie wszędzie można było wejść, ale i to co można było obejrzeć sprawia na zwiedzających duże wrażenie. A turystów było niemało, głównie przywiezionych SUVami, wśród których nasz Nissan Sunny z 95′ robił furorę. W klasztorze spotkaliśmy parę pieszych Holendrów. Zasugerowali nam oni wejście na grzbiet nad klasztorem sugerując, że jest tam jeszcze inna cerkiew. Uzgodniliśmy, że Erynia z powodu kolana odpuści sobie to ostre podejście, W. nie odpuścił. I było to, dla pozbawionego kondycji W., niezłe przeżycie — przeżył i zachwycił się widokiem Azerbejdżanu otwierającym się za granią.
na granicy

Azerbejdżan

A granią biegła granica azerbejdżańsko-gruzińska, czego W. dowiedział się od dwóch azerskich strażniów granicznych spotkanych na grani. (według Googli granica biegnie trochę przed granią i W. był faktycznie w Azerbejdżanie) Strażnicy nie mieli nic przeciwko fotografowaniu azerbejdżańskich rudych równin — a widok z grani był wart wspinaczki. Była tam również mała cerkiewka. Druga była bardziej na wschód, a trzecia na północ — W. o tym nie wiedział, pozostaną na następną wizytę (według starych rosyjskich map z Geoland, zabytkowych miejsc jest w tamtym rejonie 8 sztuk). Mała cerkiewka była zamknięta dla W. to jednak nie był szczególny problem, nad drzwiami były dwa okienka a z boku cerkiewki leżała drabina. Lekko balansując nad przepaścią (no bez przesady, od przepaści było parę metrów) zajrzał do wnętrza cerkiewki — była pusta i bez ornamentów. Odłożył drabinę na miejsce, prawie sobie przy tym zwichnął kostkę (‚prawie’ czyni różnicę) i postanowił wrócić na dół. Gdy W. bawił się z drabiną załogę azerską uzupełnili pogranicznicy gruzińscy — i wielu turystów! Erynia zniecierpliwiona zaczęła wspinać się pod górę i przeszła spory kawałek. W międzyczasie przypomniała sobie, że ta okolica słynie z węży i skorpionów. Zaczęła nieco uważniej patrzeć pod nogi licząc na szybkie spotkanie z W. i pocieszając się, że swój swego… Tymczasem W., jak na złość, znikął ‚na wysokościach’. Chciała też tam pójść za nim ale widząc turystów schodzących ślizgami, dała sobie spokój i poczekała na W. parę metrów nad klasztorem – miejsce też z pięknymi widokami. Zeszli do samochodu już razem. Wracając, pod wieżą ჩიჩხიტური (Cziczchituri), W. zatrzymał jednak samochód i stwierdził, że tutaj nie będzie aż tak wielkiego problemu z podejściem. Pojawił się jednak inny znaczący problem — pogranicznik.
pod wieżą ჩიჩხიტური (Cziczchituri)

schodki do granicy

W pełnym uzbrojeniu, z kałasznikowem, skazał nam „nie nada”. Ładnie poprosiliśmy, wojak zadzwonił po instrukcje i poprowadził nas po schodkach na grań. Ścieżka ‚schodkowa’ sama z siebie była bardzo interesująca — żołnierz pokonuje ją parę razy dziennie bo bywają problemy z nielegalnie przekraczającymi granicę Azerami. Na grani spotkaliśmy znowu azerskich wojaków, ale ci już nam nie pozwolili robić zdjęć. Nie pozwalali nawet podchodzić do grani. Zdjęć nie robiliśmy, ale pod grań, skąd rozwijał się piękny widok, podprowadził nas ‚nasz’ pogranicznik. W drodze powrotnej ponownie odwiedziliśmy polską restaurację w Udabnie. Właścicieli nie spotkaliśmy a zastępujący ich przy barze Polak nie był zbyt rozmowny, więc po krótkiej rozmowie z innymi, miłymi gośćmi pojechaliśmy dalej do Uplsciche.
do galerii Picasa

Uflisciche

Jako że po drodze zmorzył nas głód, w przydrożnej budce kupiliśmy shoarmę, była pyszna, ale znacząco spowolniła naszą jazdę… te nadwrażliwe polskie żołądki… w końcu dotarliśmy jednak do Uflisciche 15minut przed jego zamknięciem. (litera bywa transkrybowana jako ‚p’ lub ‚f’ – może to być więc Uplisciche lub Uflisciche) Kasjerka bez problemu sprzedała nam bilety a potem hulaj dusza. W., jak zwykle w takich sytuacjach, dostał foto-obłędu i z dzikim błyskiem w oku obfotografowywał każdą komnatę, jaskinię i dziurę w skale. Jaszczurek też było niemało. Petra to to jednak nie jest ale tak robi wrażenie. W końcu jest to jedno z najstarszych miast Gruzji. Królowa Tamar miała dobry pomysł by się tutaj osiedlić, na wysokim brzegu z widokiem na rzekę i dojściem wąską drogą przez jaskinię (obecnie to wyjście z kompleksu).
opis Uplisciche

Uplisciche


Mieliśmy w planach jeszcze Wardziję ale połączenie trzeciego skalnego miasta z bolącym kolanem Erynii przeważyło szalę na jak najszybszy przejazd do Batumi. Niestety oprócz kawałka autostrady za Tbilisi, drogi były zwykłe i zapchane TIRami. Wyjątkiem była obwodnica Tbilisi, która przez kilka(naście?) kilometrów była szerokim traktem wysypanym ‚szutrem’ o wielkości kamieni od 2 do 20cm. W. miał frajdę wyprzedzając wszystkich Gruzinów. Ta blacha pod misą olejową to był dobry pomysł.
 
Po jakimś czasie znaleźliśmy na YouTube serię ciekawych filmów: „Gruzja z Olegiem Panfiłowem” po rosyjsku:

  • o Dawid Garedża (trzy części).
  • o Uplisciche (też trzy części).

 

Podkład muzyczny „Alilo Chorumi”
udostępniony przez Georgian folk music instruments

4 odpowiedzi na Klasztor i miasto w skałach (Kachetia i Kartlia Wewn.)

  1. Orca

    Piekne sa te miejsca. Konstrukcje w skalach – fascynujace.

  2. W.

    To jeszcze nie koniec 😉 Będzie jeszcze parę wpisów…

    A propos wytrzymałości: każdorazowo po powrocie marzymy o tygodniowym odpoczynku. Niestety z jednej strony trzeba iść do pracy a z drugiej ‚trzeba’ to opisać – a to też dużo roboty 😉

  3. Jaruta

    Ewuniu, Witku – przyznaję Wam medal „Zmęczenia Urlopowego” co najmniej II klasy.
    Dobrze, że jeździcie i z wielkim talentem opisujecie to piórem i obiektywem. Ja dostałam zadyszki już przy lekturze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.