browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Timişoara

do galerii Picasa

Timişoara

Po przekroczeniu granicy z Bułgarią, szczęśliwy W. zatankował paliwo – w Turcji było znacznie droższe niż gdziekolwiek indziej – i chyba z tego szczęścia skierował się ponownie do granicy z Turcją. Szczęśliwie dla nas, wyrozumiali celnicy puścili nas bez żadnych problemów.
Nocą przelecieliśmy przez Bułgarię i część Serbii, przesypiając kilka godzin na parkingach, a następnie w strugach deszczu skierowaliśmy się do granicy z Rumunią – Erynia Rumunii nie odpuści! Początkowo mieliśmy plan przejechania Transalpiną, ale W. potrafił zasugerować zmianę planów. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, zamienił stryjek T-ransalpinę na T-imişoarę. Wszystko byłoby pięknie, gdyby GPS nie postanowił zastosować skrótu między dwoma główniejszymi drogami i zafundował nam maleńki kilkunastokilometrowy off-road, wąską, leśną drogą która miejscami przestawała być asfaltowa (miejscami nawet bardziej), a że padało to i dziury zalane były wodą. Po tym ładnym odcinku specjalnym, wylądowaliśmy w przygranicznej miejscowości Vršac,
restauracja Vetrenjača w Vršac

w restauracji Vetrenjača

gdzie wstąpiliśmy na małe co nieco do restauracji Vetrenjača przerobionej ze starego młynu. Małe co nieco przerodziło się w pljeskawicę na kajmaku, oraz kotlet wieprzowy zawijany – coś w rodzaju rolady tylko długiej na około 15cm i zwiniętej tak jakby ser i inne niezidentyfikowane ingrediencje owinięto wielokrotnie cienkim jak papier mięsem. Po zgrilowaniu był to twardy rulon, trudny do przecięcia za to, po przecięciu, w smaku zachował wszystkie aromaty. Pychota.
W dużo lepszych humorach, choć w ulewie ruszyliśmy do Rumunii.
Po przekroczeniu rumuńskiej granicy ulewa jakby zelżała i Erynia nieśmiało zaczęła myśleć o przyjemnym zwiedzaniu starówki Timişoary, tymczasem W. skręcił do pierwszego autoserwisu jaki się napatoczył w mieście. Trawestując piosenkę W.Młynarskiego „Po co babcię denerwować…” W. nie ujawniał wcześniej, że lewy przedni klocek hamulcowy, w czasie jazdy, ‚trochę’ popiskiwał już na tureckich czarnomorskich serpentynach i chociaż do tej pory hamulce działały bez zastrzeżeń, w końcu jednak zaczęły dziwnie zgrzytać przy hamowaniu. Kto pamięta piosenkę „Żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie…” zrozumie postępowanie W.. W warsztacie potwierdzili – klocki hamulcowe się wytarły. No i utkwiliśmy przed warsztatem, czekając na informację od sprzedawców ze sklepu z częściami czy klocki będą czy nie. Pojawił się nawet pomysł by dojechać do Oradei i tam próbować coś załatwić. Na dodatek jedynie szef serwisu mówił trochę po angielsku. Z obsługą sklepu Eurotim Erynia komunikowała się po włosku i francusku – sprzedawcy znając jedynie rumuński rozumieli i odpowiadali jak potrafili.
Na początku, po paru telefonach do dostawców, sprzedawcy stwierdzili, że nie ma nigdzie takich klocków. Wtedy W. zadzwonił do naszego polskiego serwisu (Auto-Expres) gdzie podano mu kilka zamienników produkowanych przez inne firmy. Z tymi informacjami udało się znaleźć dostawcę i zamienniki miały się pojawić w sklepie następnego dnia rano. Nolens volens zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem (też pomogli sprzedawcy ze sklepu obdzwaniając okoliczne hotele) i wylądowaliśmy w pobliskim hotelu Ambassador Best Western. Hotel urządzony w stylu „późne rokokoko” (© by scenarzyści Seksmisji), ale obsługa jest bardzo miła i pomocna. Odnieśliśmy dziwne wrażenie, że jesteśmy najbardziej „demokratycznymi” (przynajmniej z wyglądu) gośćmi tego obiektu.
panorama Timişoary

w Timişoarze

Po zameldowaniu się wyszliśmy pooglądać stare miasto. Timisoara, która kojarzyła nam się głównie z przerażającymi wydarzeniami z 1989, zrobiła na nas całkiem dobre wrażenie. Starówka ulokowana na miejscu dawnej cytadeli jest sukcesywnie odnawiana, a niektóre budynki wręcz zachwycają. Szczególnie jedna z cerkwi przykuła naszą uwagę zarówno rozmiarami jak i wyposażeniem. To chyba jeden z największych i z całą pewnością najbogaciej urządzony obiekt tego typu, z jakim mieliśmy się okazję zetknąć do tej pory. Nie jest to z pewnością miasto na listę UNESCO, ale za parę lat z powodzeniem mogłoby być Europejską Stolicą Kultury, o co się zresztą stara i czego mu życzymy.
Mieliśmy jeszcze zamiar zjeść kolację w restauracji polecanej przez recepcjonistkę z hotelu, ale ze względu na odległość od centrum oraz porę powrotu ze spaceru, odpuściliśmy sobie. Po najmniejszej linii oporu, wylądowaliśmy pod Kauflandem i wtrąbiliśmy kilka mici oraz parówę z bułą, a co!
Śniadanie ukontentowało W. w stopniu prawie najwyższym – duuużo mięsa! Tylko miał drobne zastrzeżenia do temperatury bekonu i jajek – w czterogwiazdkowym hotelu. O 10 odebraliśmy klocki, mechanik je zamontował i od razu ruszyliśmy do Oradei – miasta pogranicza.

P.S. Klocki hamulcowe po rumuńsku to plăcuțe de frână.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.