browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

…na południe i nad Sewan

do galerii Picasa

Świątynia Garni

Tym razem wstaliśmy wcześniej, gdyż śniadanie zamówiliśmy na siódmą. Do wyboru była jajecznica, parówki, makaron z sosem i kotlet z ziemniakami. Do tego pomidory, ogórki, oliwki, ser, pieczywo i herbata. Bardzo ciekawy zestaw jak na śniadanie. Erynia poprzestała na jajecznicy a W. na kotlecie bez ziemniaków. Rzeczywistość jak zwykle różniła się nieco od zamówienia, gdyż kotlet okazał się mielonym a jajecznica pływała w tłuszczu. W efekcie, gdy dojechaliśmy do Garni, Erynia znów (pomimo leków) trzymała żołądek w zębach… Niemniej jednak, nie przeszkadzało nam to podziwiać przedchrześcijańskiej świątyni poświęconej bogu słońca Mitrze, górującej nad wąwozem ze skał bazaltowych. Poczuliśmy się tu niemalże jak w antycznej Grecji (no może oprócz bazaltowych organów), bo i budynek wyglądem przypominał Partenon. Poza świątynią były także pozostałości pałacu i łaźni, otwieranej “z klucza” przez uprzejmą anglo- i rosyjskojęzyczną przewodniczkę. Z głośników leciała sugestywna muzyka,
Alicia Keys & Jivan Gasparyan - A Woman's Worth

dźwięki duduka

w której łatwo można było doszukać się melancholijnego dźwięku duduka – armeńskiego fletu. Później powiedziano nam, że jest sporo wyznawców Mitry w Armenii i w każdą równonoc wiosenną i jesienną odprawiają swoje ceremonie w tej właśnie świątyni. Ormianie niczym Ukraińcy wiedzą z czego żyją i oczywista skasowali nas za nieoficjalny parking, poza tym skusiliśmy się na konfitury z płatków róży na przyświątynnym straganie. Darowaliśmy sobie za to spacer do wąwozu, gdzie można pooglądać organy bazaltowe z bliska i na piechotę dojść do monasteru Hawuc Tar.
do galerii...

Monaster Geghard

Pojechaliśmy za to prosto do monasteru Geghard. Znowu była to świątynia pogańska przejęta przez chrześcijan, co było bardzo widoczne w różnorodnej ornamentyce i co stanowiło o unikalności obiektu. Co więcej, choć sam monaster nie wygląda na wielki, są to pozory, bo spora część pomieszczeń wykuta jest w skałach. I są to naprawdę miejsca warte zobaczenia. Później podążyliśmy w kierunku monasteru Chor Wirap, nie robiąc sobie wszakże nadziei na Ararat – ten jest bowiem dobrze widoczny jedynie w chłodniejsze miesiące. Tak więc ominęły nas zdjęcia pocztówkowe typu “pomarańczowy monaster na malowniczym tle…” albowiem tło radykalnie wcięło, no może niezupełnie zniknęło, lecz było mało kontrastowe.
do galerii…

Chor Wirap

Erynia napojona odrdzewiaczem odzyskała wigor i właziła za W. w dziury z chaczkarami i na wzniesienia nad klasztorem, mrucząc pod nosem: “Jak już tu jesteśmy, to trzeba to zobaczyć.”
W międzyczasie kopnął nas zaszczyt spotkania armeńskiego milicjanta, usiłującego dać mandat za przewinienie, którego nie było. Droga było dwupasmowa w obie strony, ponieważ jednak przy prawym pasie stały stragany to samochody jechały lewym. W. także. Nagle jadące przed nim samochody przyhamowały. By nie złapać jakiegoś niechcianego kontaktu z tyłem poprzedzającego samochodu W. hamując skręcił jednocześnie na prawy pas. Gdy zauważył, że pas ten jest zablokowany stojącymi samochodami wrócił na lewy pas (za pojazdy, które zdążyły odjechać) i pojechał dalej. Na to, w pogoń za W., ruszył radiowóz stojący dotąd na prawym pasie. Bardzo podobała nam się argumentacja zatrzymującego nas policjanta: “Bo ja widziałem, że pan chciał wyprzedzić samochód z prawej strony.” Erynia wyhamowywana przez W. poszła do samochodu, by nie zabić gołymi rękami przedstawiciela władzy i nie dokończyć żywota w ormiańskiej tiurmie. Za to W. z godną podziwu cierpliwością odpierał ataki władzy i nie godził się na podpisanie bumagi, dopóki władza nie pokaże na kamerze (a była w radiowozie) zaistniałego przewinienia. Władza nie pokazała, my nie podpisaliśmy i nie zapłaciliśmy. Zobaczymy co będzie na granicy (nic nie było!).
Winiarnia Areni

Winiarnia Areni

W planach była dalsza jazda, nagle W. zobaczył szyld “Areni Winery” a Erynii przypomniało się, że Areni to region winiarski. W. zatrzymał więc samochód i poszedł zapytać o możliwości degustacji i noclegu. Załapaliśmy się i na jedno i na drugie. Co prawda przy samej winiarni nie ma hotelu, ale we wsi kilka kilometrów dalej jest wygodny dom z miłą rodziną Petrosjanów wynajmującą pokój z łazienką i nawet sauną (za osobę 8000AMD ze śniadaniem). Z winiarni zadzwoniono po właściciela, który najpierw poprowadził nas do siebie, następnie zwiózł nas na degustację, a po degustacji przywiózł nas, lekko wlanych, na kwaterę.
film reklamowy winiarni Areni

wina Areni

Degustacja obejmowała oprócz 6 win gronowych jeszcze 4 wina owocowe robione z naturalnych, regionalnych soków owocowych z dodatkiem 10% wina gronowego jako zaczątku fermentacji. Prowadząca degustację dziewczyna zajmowała się głównie nalewaniem win, po naszych sugestiach może będzie więcej mówić o samych winach. Ogólnie wina te były lekkimi winami obiadowymi bez specjalnych walorów smakowych jednak były to wina dobre, tak że kupiliśmy ich kilka. Wina owocowe miały bardziej wyraziste smaki i zapachy owocowe – czego można się było po nich spodziewać. Też o nich nie zapomnieliśmy. {Opis win z degustacji}
Po powrocie na kwaterę W. porozmawiał sobie z gospodarzem o pszczołach i alkoholach okazało się bowiem, że pszczelarstwo (50 uli) i produkcja destylatów z winogron i brzoskwiń (60l) jest jego głównym zajęciem. Żona uczy w szkole języka niemieckiego (angielskim też włada) i jakoś im się wiedzie. O wszystkim tym, i jeszcze paru innych sprawach, porozmawialiśmy w miłej atmosferze przy stole zastawionym owocami, miodem, serem i lawaszem, popijając herbatką z ziół z ogródka (tak, mięta też tam była).
do galerii Picasa

Monaster Norawank

Śniadanko było nie do przejedzenia: ser, miód (czysty i z odsklepem), masło, śmietana(!), świeże: papryka, ogórki, smażona papryka i plastry bakłażana i jaja na twardo – do tego owoce. Żegnani serdecznie przez Agasiego wyruszyliśmy w drogę do Norawank. Monaster jak zwykle miał niewielkie zdobienia ale był dwupoziomowy, a na górny poziom wchodziło się po wąskich (tak z 30cm) kamiennych stopniach przyczepionych do jego ściany czołowej. W. oczywiście musiał tam wleźć a było tam prawie pusto. Erynia trzymała się mocno, żeby jej żołądek nie rozproszył W. przy schodzeniu – zszedł! (W., żołądek pozostał na swoim miejscu)
do galerii Picasa

Jermuk (Dżermuk)

Przy pożegnaniu Agasi Petrosjan zasugerował nam odwiedzenie Dżermuk – miasta-uzdrowiska z gorącymi źródłami. No to pojechaliśmy. Było to co prawda około 18km w bok od trasy – ale czego się nie robi dla… fotografii. A droga była bardzo malownicza, i wzniesienia, i serpentynki, i jeziorko parę kilometrów przed celem podróży, i organy bazaltowe widziane z postojanek. W końcu dotarliśmy do miasteczka. Widać w nim gospodarza. Całe miasteczko zmienia się powoli w nowoczesne uzdrowisko. Malowniczo położone nad rzeczką (jazy stworzyły parę jeziorek) w pobliżu wąwozów kusi dodatkowo kilkoma rodzajami wód – o temperaturach od 40 do 53°C. W pobliżu jest też gejzer w którym można się kąpać. Parę vanów 4×4 czeka na turystów gdzie za jedyne 11000ADM zawiozą(15′), poczekają(40′) i przywiozą(15′). Z powodów różnych nie skorzystaliśmy – “może następnym razem”. Ciekawa była również kawiarnia na jeziorku – zadaszona owalna platforma z własnym napędem.
Dalsza droga wiodła nas do monasteru Tatew – Erynia wymyśliła sobie, że podobają jej się “Anielskie Skrzydła Tatewu”. Po drodze, nie na skrzydłach, musieliśmy przejechać przełęcz Vorotan pomiędzy Vanad Dzor a Sisjanem, marne 2344m n.p.m. Załatwiliśmy to na parę razy – w upale ponad 40°C i podjazdach 7-9% co parę kilometrów chłodnica się gotowała. Potem już poszło z górki. Południowa strona była bez serpentynek.
do galerii Picasa

Zorac Karer

Zanim jednak dotarliśmy do celu, Erynia przypomniała sobie, że gdzieś po drodze w okolicy Sisjan są megality, zwane armeńskim Stonehenge. W. bardzo chętnie przystał na taki skok w bok. Zorac Karer, zajmuje co prawda powierzchnię 7ha ale my musieliśmy się ograniczyć do spaceru po niewielkiej jego części. Po prawdzie, całość bardziej przypominała nam zryte do imentu ruiny starożytnego miasta ale my się na tym nie znamy. Ocenę zostawiamy specjalistom. Przy okazji, jak śmiesznie malutkie wydają się “groby gigantów” oglądane w Irlandii.
Wracając “ab ovo”: do klasztoru Tatew można dotrzeć na dwa sposoby: dojechać samochodem po dziesiątkach serpentyn albo najdłuższą na świecie kolejką gondolową
do galerii Picasa

Monaster Tatew

(długość 5752 m + 320m nad ziemią, patrz księga rekordów Guinnessa). Erynia oczywiście wybrała to drugie rozwiązanie – specjalnie po to tu przyjechała. W. trochę marudził ale przeżył te 11 minut w jedną i drugą stronę. Erynia po kuracji w Erywaniu też! Na zwiedzanie klasztoru, i jego fortyfikacji, przewodniki przewidują parę godzin. My, pomni konieczności powrotu kolejką, zmieściliśmy się w dwóch i nawet nie były to ostatnie skrzydła, które przenieść by nas mogły do samochodu. Erynia wyraźnie poczuła miętę do spokoju tego monasteru i wybitnie się ociągała z jego opuszczeniem. Szczególnie do niej przemówił moment gdy do prawie pustego monasteru wszedł
mnich i zaczął śpiewać. Ale jak on śpiewał! Są w życiu takie momenty, że trzeba się zatrzymać, zatrzymać się choćby na kilka minut, wziąć głęboki oddech i odpłynąć. To była właśnie taka chwila. W. był bardziej przyziemny i dzięki niemu nie spóźniliśmy się na ostatnią kolejkę.
W Halidzorze nastąpiła drobna dyskusja w kwestii końcowego punktu dnia dzisiejszego.
Sulema karawanseraj

Sulema karawanseraj

Postanowiliśmy wracać na północ i W. zadecydował, że powinien zdążyć w miarę szybko dotrzeć do jeziora Sewan. Raptem 208km. No tak, tylko trzeba było najpierw wrócić przez przełęcz Vorotan a następnie po skręceniu na prawo, już po nocy, przejechaliśmy przez kolejną przełęcz, Sulema, o wysokości 2410m n.p.m. Niestety w ciemności nie zobaczyliśmy najlepiej zachowanego karawanseraju w Armenii. I przez to nawet nie zauważyliśmy, że przejechaliśmy kawałek jedwabnego szlaku.
Nic to, później przy drodze spotkaliśmy pozostałości kamienne wyglądające na ruiny miasta z czasów jedwabnego szlaku (a może i wcześniejsze – nie jesteśmy specjalistami).

 
 
Tak to w ciągu jednego dnia W. ‘zaliczył’ trzy Transalpiny. Drogę, tego dnia, zakończyliśmy w Noratus około 23. Przespaliśmy się w samochodzie w pobliżu jakiejś cerkiewki. Pierwszy raz co nieco zmarzliśmy – wilgoć szła od jeziora mimo paru kilometrów odległości.
 

na południe Armenii i z powrotem


 
 

Poprzedni
Następny

2 odpowiedzi na …na południe i nad Sewan

  1. Erynia

    Grunt, że perypetie minęły 😉
    Dziękujemy za linkę, odwzajemniliśmy się w Przydasiach: http://www.przydasie.eryniawtrasie.eu/2453-2

  2. bajarka

    Widzę, że też walczyliście z upałem i to w podobnych miejscach 🙂 Bardzo współczuję żołądkowych perypetii w tych warunkach. Dodałam linkę do Waszego blogu do siebie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.