browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Apnia, Wardzia i Jedwabny Szlak

do galerii Picasa

zjazd i Wardzia

Za Achalkalaki skręciliśmy na płaskowyż a nim, w miarę przyzwoitą drogą gruntową, dotarliśmy do Apnii w pobliży Wardzii. To pobliże było bardzo ciekawe: 1500m w poziomie i 500m w pionie – wzdłuż krętej dróżki około 10km. W Apnii już czekali na nas znajomi Anny i Artura z kolacją i kwaterą. Rozmowy przy stole ciągnęły się długo, szczególnie że stół był przygotowany na znacznie większą ilość biesiadników a i wina na nim nie zabrakło. Z kronikarskiego obowiązku nadmienimy, że po raz pierwszy spróbowaliśmy pelamushi – zagęszczonego soku, w którym macza się orzechy do czurczcheli oraz świetnie przyrządzonego kalafiora na ostro. Z kronikarskiego obowiązku dodamy również, że choć Gospodarz jest wierzącym muzułmaninem, to przede wszystkim jest bardzo gościnnym Gruzinem a poza tym „Allach poza Sarpi nie widzi”…
Rankiem wstaliśmy o nieprzyzwoitej (jak dla nas) porze, ostrząc sobie zęby na piękny widok Wardzii w promieniach wschodzącego słońca. Taki widok miał się rozpościerać trzy minuty drogi od domu Nodara – naszego Gospodarza. Cóż, pozostańmy przy słowie MIAŁ. Otóż świetnie obejrzeliśmy z najdrobniejszymi detalami MGŁĘ (a właściwie chmury – byliśmy w końcu na wysokości prawie 1800m n.p.m.). Nic to, mając nadzieję, że może się jeszcze rozpogodzi, wróciliśmy na kwaterę gdzie czekało już na nas gruzińskie śniadanko, ilościowo przypominające wczorajszą kolację. Jakościowo różniło się tym, że nie było alkoholu za to na stół wjechały dodatkowo miski papy – pure kukurydzianego i ziemniaczanego (oddzielnie), zalane dużą ilością roztopionego masła. W. przypomniał sobie, że coś takiego wcinał z lubością w dzieciństwie gdy do przypiekanego pure ziemniaczanego dodał za dużo masła. Miał Chłop okazję odmłodnieć. Erynia za to zachwycała się wypieczonym na chrupko chaczapuri imeruli. (żeby nie było, W. też!) Najedzeni do wypęku, zapakowawszy samochód po dach (patrz poprzedni wpis), dodając do tego otrzymane od Gospodarzy „na drogę”, świeżo zrobiony ser i śmietanę, wyturlaliśmy się na drogę do Wardzii. Według gospodarzy „Prawie asfalt, żiguli przejedzie”. Turlaliśmy się tak około dwóch godzin, serpentynkami i w bardzo malowniczych okolicznościach przyrody. Mgła na szczęście przeszła i widać było w całej okazałości skalne
Żiguli przejedzie

„Żiguli przejedzie”

miasto po drugiej stronie wąwozu. W tej beczce miodu znalazła się maleńka łyżeczka dziegciu: droga była szutrowa i to nawet jak na gruzińskie warunki „bardzo” szutrowa, kategoriach szutru została rozszerzona o kamienie o wielkości 30cm a miejscami wystające lub właśnie spadłe ze zbocza większe! Gdzieniegdzie spływające strumyczki wypłukiwały głębokie koryta lub tworzyły kałuże do 20cm głębokości. W jednej takiej błotnistej kałuży było ‚to coś’, co zrobiło dziurkę w tylnej lewej oponie. W., przy pomocy Artura, dość sprawnie wymienił je na zapasowe. W międzyczasie z dołu podjechała posowiecka ciężarówka i publika powiększyła się o dwóch Gruzinów. Po około pół godziny zabawy nasze obciążone do imentu autko w zasadzie bezproblemowo pojechało dalej. Prześwit pod samochodem nie przekraczał 10cm i może dlatego zdarzało mu się (dość często) szorować podwoziem o podłoże (kamyczki większe) lub rurą wydechową o wszystko (ładnie dźwięczała!). W tych chwilach błogosławiliśmy naszego blacharza (p. M.Dera z Mysłowic), który zabezpieczył nam misę olejową 4mm blachą (i opowiadał wszystkim, że W. chciał by zmienić mu Nissana w czołg). W. jak to On, miał z drogi przednią frajdę i nawet wymiana koła nie popsuła mu humoru. Obawiał się tylko, że rura wydechowa oraz amortyzatory mogą nie przeżyć w całości tej drogi. Erynia (jak rasowa kobieta) momentami (kiedy widok „szutru” przesłaniał jej inne, bardziej malownicze widoki) miała ochotę wpaść w histerię, ale mając świadomość, że w niczym nie polepszy to naszej sytuacji a i tak mamy około 4000km do domu, ograniczyła się tylko do ochoty, nawet nie wystawiając specjalnie kłów i nie zagryzając nikogo przy okazji. Za to wspierała W. swoją wiarą w jego umiejętności kierowcy (W. także próbował w to wierzyć!). Anna i Artur dzielnie nas wspomagali pogodą ducha i poczuciem humoru. „Viribus unitis i przy boskich auksyliach” (Sienkiewicz, Trylogia) zjechaliśmy wszyscy cało i w jednym kawałku (z rurą wydechową włącznie!) na dno wąwozu, do drogi asfaltowej. Nią skierowaliśmy się najpierw do górnej Wardzii. Jest to miejsce rzadko uczęszczane przez turystów a są tam też malownicze jaskinie i klasztor żeński. Nie dane nam było dojść do jaskiń, bo od kilku lat terenem zarządzają mniszki
klasztor z konopiami

„klasztor z konopiami”

a usłyszeliśmy od siostrzyczek stanowcze „nie nada”. Gwoli sprawiedliwości musimy przyznać, że klasztor wyglądał bardzo malowniczo, był bardzo zadbany, budyneczki obsadzone kwiatkami (a obok cerkiewki można było nawet dostrzec parę krzaczków konopi indyjskich). Mniszki prowadziły tam ośrodek dla trudnej młodzieży (żeńskiej), ogródek a nawet pasiekę. Widać tu rękę dobrej gospodyni. W drodze do właściwego skalnego miasta zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy baseniku i prysznicu z wodą termalną (około 60°C). Tak naprawdę jest to stara, zrujnowana fabryczka naturalnie gazowanej oranżady, ale nawet po bankructwie nie przeszkadzało to miejscowym i niektórym turystom korzystać z dobrodziejstw wody. Anna i Artur rozważali pomoczenie się w basenie, ale musieliśmy obejść się smakiem – na drzwiach wisiała solidna kłódka. Czyżby ktoś to kupił? Telefon do klucznika wypisany był na ścianie nie czekaliśmy jednak bo trochę byliśmy pod czasem.
[a tak wygląda trasa z Apni do Wardzii]

z Apni do Wardziji


 
skalne miasto

skalne miasto

W końcu dojechaliśmy do głównej atrakcji dnia. Tu nasi przewodnicy pozostali w samochodzie, byli tu już kilka razy. My za to, początkowo w strugach deszczu, eksplorowaliśmy kolejne pomieszczenia. Było co oglądać. Wardzia została odkryta stosunkowo niedawno i przypadkiem – trzęsienie ziemi odsłoniło pomieszczenia wykute ludzką ręką w skałach. Teraz jest to jeden z obowiązkowych punktów wszystkich wycieczek po Gruzji. Na szczęście miejsce jest rozległe, tak że turyści specjalnie nie depczą sobie po piętach. No może na sam koniec, grupka pań z Litwy zasłoniła sobą na chwilę wąskie acz nieco strome wyjście przez ciemny korytarzyk ale W. poświecił latarką i panie udało się przesunąć we właściwym kierunku. Oglądanie i fotografowanie trochę się przedłużyło, szczególnie że W. musiał wleźć do każdej dziury (prawie każdej!), tak że gdy skończyliśmy robiło się trochę późno i należało pomału rozglądać się za warsztatem wulkanizacyjnym. Rozglądanie się zaowocowało wieloma przystankami. To we Wrotach Tamar trzeba było obejrzeć twierdzę po drugiej stronie rzeki, to przy drodze zatrzymał nas karawanseraj. Erynia nie odpuściła sobie ciekawego mostka z podanym obciążeniem dopuszczalnym a W. wypatrzył jakieś dziury w skałach, które mogły sugerować ukryte kolejne miasto w skałach. Anna i Artur dzielnie nam przy tym sekundowali, pocieszając jednocześnie, że wymiana kół jest tu na porządku dziennym, więc na pewno na coś trafimy. I trafiliśmy w Aspindzy. Pracownik nie znał co prawda rosyjskiego, ale znał się na swojej pracy, tak że 10 minut (i 5 lari) później koło było gotowe.
do galerii Picasa

Chertwisi

Korzystając jeszcze ze słoneczka wróciliśmy się kilkanaście kilometrów do malowniczej (jak to zwykle w Gruzji) twierdzy w Chertwisi. Ze zdumieniem, po raz pierwszy zauważyliśmy tablicę informującą, że twierdza ta leży na czarnomorskim jedwabnym szlaku. W Armenii takich tablic jest pełno. Twierdza znacznie lepiej prezentuje się z zewnątrz, ale wewnątrz już nad tym pracują: stawiają mianowicie całkiem nową wieżę. W. co prawda miał wielką ochotę wspiąć się na nią po zewnętrznych rusztowaniach (tak na 6 piętro) ale Erynia spojrzała na niego okiem Erynii i wysunęła kły… Chłop zaczyna przesadzać w swojej „gruzińskości” a urlop nam się kończy. W drodze obfotografowaliśmy jeszcze sporo jaskiń i parę cerkiewek, „Oblicza Gruzji” pewnie za jakiś czas o nich napiszą. Może w przyszłym roku jak wrócą do Gruzji. Omijane „po drodze” ciekawe miejsca Erynia kwitowała krótkim ‚W przyszłym roku!’. OK, W. nie miał nic przeciwko temu.
Dzień zakończyliśmy na wspólnym wyśmienitym chinkali w Achalciche, gdzie w końcu pożegnaliśmy Towarzyszy Podróży oraz część ich bagaży i znowu nie zwiedziliśmy twierdzy, zobaczyliśmy ją tylko z zewnątrz – podświetloną. Może ‚następnym razem’. Dalej pojechaliśmy do Batumi, gdzie czekał na nas gościnny dom Daro. Jazda była szalona i po nocy, nawet policjanci gruzińscy doszli do wniosku, że jeździmy jak Gruzini i zatrzymali W. do kontroli trzeźwości. W. nie miał nic przeciwko temu – lubi gruzińską policję, bo w odróżnieniu od polskiej czy armeńskiej jest po to by pomagać kierowcom, choć ma się to ponoć zmienić. Już pojawiają się audycje telewizyjne sugerujące te zmiany. Po drodze, w Chaszuri, kupiliśmy jeszcze słodkie chlebki Nazuki z rodzynkami (nienajlepsze, robione pod turystów) i ketsi w okolicach Szroszy (Shrosha), I tak około 2:30 wpadliśmy Morfeuszowi w objęcia. Cały dzień dzwoniliśmy do znajomego Murmana z fabryki herbaty w Ozurgeti by się z nim spotkać, niestety telefon „pokazywał zajętość”. Więc w końcu chyba w tym roku się nie spotkamy.
 

trasa powrotna do Batumi


 

Poprzedni
Następny

4 odpowiedzi na Apnia, Wardzia i Jedwabny Szlak

  1. Erynia

    Pyro – byle wędrowne 🙂

    Asiu – czym innym jest lekka forma wpisu blogowego a czym innym książka. Jednak to nie ta liga… Co do Gruzji, jak Bóg da a partia pozwoli, to czemu nie 😉

  2. Asia

    Czyli za rok znowu Gruzja? 🙂
    Nie myśleliście o jakiejś publikacji? Może na następnych targach książki w Krakowie będzie można kupić Waszą książkę. To nie żart! Myślę, że wiele osób chętnie by ją kupiło.
    Pozdrawiam 🙂

    • W.

      W dzisiejszych czasach na wydawanie książek trzeba wydawać pieniądze, których mamy niewystarczającą ilość na inne potrzeby i poświęcić czas, którego też niespecjalnie dużo nam się marnuje. Ale może pomyślimy… tylko o czym by tu pisać?!!
      W każdym razie dziękujemy za zachętę.

  3. Jaruta

    Ewo, Witku – ani chybi w przyszłym życiu będziecie szpakami.
    Powodzenia
    Jaruta – Pyra

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.