browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Sanayi Sitesi w Niksar


Bazar w Batumi

Poranek w Batumi rozpoczęliśmy od ablucji (wreszcie prysznic z ciepłą wodą), drobnych napraw samochodu i wstępnego pakowania. Można powiedzieć, że słodkie lenistwo wreszcie nas dopadło… przebomblowaliśmy cały dzień, co najwyżej wychodząc na podwórko do samochodu czy powiesić drobne pranko. Na obiad była chaszlama – wywar na żeberkach gotowany ze szczypiorem, kolendrą, czerwonym pieprzem cebulą z ziemniakami i żeberkiem na talerzu – dobre to było!
Późnym wieczorem Gospodynie przygotowały chaczapuri aczma, było dobre choć nie tak jak za pierwszym razem, bo piekarnik był nowy i nieustawiony. Kolejny poranek w Batumi rozpoczął się pożegnaniem z Daro – szła do pracy – i wyjazdem z Iriną na Centralny Bazar w Batumi. Był to inny bazar niż dotychczas przez nas poznane. Na drugim końcu miasta, dwupoziomowy i zawierający wszystkie płody ziemi i wody gruzińskiej (tak, były świeże ryby!). Na dodatek tani – kupują tam Gruzini, którzy nie należą do najbogatszych nacji. Irina znała właściwe ceny i właściwych sprzedawców, tak że błyskawicznie kupiliśmy interesujące nas mąki (na chinkali i na mczadi – świeżo przy nas mieloną, W. dostał w prezencie ziarenka białej kukurydzy – tak z pół kilo) oraz przyprawy i sery. Wydaliśmy około 120lari. Wracając do domu W. zauważył znak „zakaz wjazdu” w ulicę jednokierunkową trzypasmową. Wszystkie samochody przed nim ignorowały ten znak to on też go zignorował. W efekcie jechaliśmy po drodze dwukierunkowej, bo na trzecim pasie oczywiście stały zaparkowane samochody. Może i znak ten nie dotyczył tej jezdni (ktoś mógł go obrócić na słupie) ale i tak zjawisko było charakterystyczne. Po powrocie z bazaru pozostało już tylko zapakować wóz do końca i wyściskać Irinę na pożegnanie.
Granicę gruzińską przekroczyliśmy szybko, z turecką był już drobny problem. Erynię poproszono by przespacerowała się przez bramki gdzie ją prześwietlono. Przeszła odprawę pozytywnie pomimo posiadania przy sobie noża. W. w tym czasie próbował odprawić samochód lecz musiał poczekać na Erynię – to ona jest właścicielką wozu. Mimo tych ‚zabaw’ proces przekraczania granicy przebiegł sprawnie. Droga do Rize byłaby łatwa, szybka i przyjemna gdyby nie ulewny deszcz padający przez pierwsze 30km trasy. W Rize, po drobnych poszukiwaniach sklepu fabrycznego kupiliśmy ‚ekonomiczne’ (pięciokilogramowe) opakowanie herbaty Tiryaki (Erynia ją uwielbia). Dalej już poszło prawie gładko. W okolicach Ünye mieliśmy skręcić na Amasję ale ‚prawie’ dało znać o sobie. Turcy zrobili obwodnicę miasta i W. nieopatrznie pojechał prosto zamiast skręcić. Droga była piękna, nowa, prosta i pusta. Niestety musieliśmy z niej zjechać, wrócić kilka kilometrów i przebijać się przez całe miasto w ciżbie innych aut. Skończyła się też nadmorska trasa szybkiego ruchu a zaczęły drogi przez górki. Oprócz tuneli były i serpentynki do wysokości 1100m n.p.m.
Warsztat elektryka

Turecki warsztat

Po jednej z takich serpentynek zajarzyły się nam kontrolki na tablicy samochodu – padło ładowanie akumulatora. Na najbliższej stacji benzynowej próbowaliśmy zasięgnąć języka w sprawie elektryka. Zasięganie było ciekawe bo w północno-wschodniej Turcji trudno znaleźć lingwistę posługującym się językiem innym niż tureckim (o przepraszam, jeden się znalazł na wcześniejszej stacji benzynowej gdzie postanowiliśmy napić się tureckiej herbaty. Nie dość, że poczęstował nas ciastkami to jeszcze zafundował nam herbatę – Turcy potrafią być kochani). Ale wracając do tematu, tankujący swój wóz Turcy zaproponowali, że poprowadzą nas do warsztatu bo akurat jadą w tym samym kierunku. W. miał okazję pojeździć za Turkami po górach. Była to też przednia frajda. W końcu dojechaliśmy pod warsztat w Niksar-Tokat. Było już po 20. ale przy pomocy naszych nowych znajomych udało się ściągnąć mechanika. Ten po obejrzeniu wozu zawyrokował: „regulator”(alternatora). Była to jedna z ewentualności przewidywanych przez W. i to nie ta najgorsza. Elektryk zaproponował nam podwiezienie do hotelu. Rano dnia następnego miał się zabrać do pracy i samochód powinien być gotowy przed 10. Gdy samochód będzie gotowy odbierze nas z hotelu. Wszystko to ‚zrozumieliśmy’ mimo nadal istniejących problemów lingwistycznych. Trochę uściśliliśmy informację w Ayvaz Park Hotel, bo pracowała w nim osoba władająca językiem angielskim.
Wygląda na to, że noclegi w miejscach sugerowanych przez samochód stają się naszą nową, świecką tradycją.
Do hotelu dotarliśmy przed 21. i po zameldowaniu zdążyliśmy jeszcze pożywić się w przyhotelowej restauracji jako ostatni goście. Mimo trzech gwiazdek hotelu nie udało nam się otworzyć okna (czyżby muzułmańskie przypadłości?). Po takich doznaniach poszliśmy spać w miarę szybko. Rankiem udało nam się dorwać do internetu, okna nie próbowaliśmy otworzyć. W. nie chciał go łapać w locie jak w Tetovie. Po śniadaniu, bardzo smacznym choć zbliżonym do szwedzkiego stołu (brak mięs i kiełbasek!) W. zmienił zdanie i po paru próbach udało mu się doprowadzić okno do stanu „otwieralno-niewypadalnego”. Po drobnych przestawiankach zegarków udało nam się zadzwonić do elektryka około 8:30 – myśleliśmy, że już 10:30… ach te zmiany czasu. Po paru minutach przyjechał i zabrał nas do warsztatu. Samochód był wstępnie przygotowany do wydobycia alternatora. Po jego wyjęciu (tak około 10.) okazało się, że poszła jedna z diod w regulatorze. Po paru telefonach okazało się, że regulator jest do zdobycia w Tokat (53km od warsztatu). Elektryk zapakował W. do samochodu i pojechali. W samochodzie rozmowa się nie kleiła z powodów lingwistycznych. Po dojeździe na miejsce przestało się kleić cokolwiek – regulatora nie było. Nikt tu o numerach katalogowych nie rozmawia (W. wydębił telefonicznie od naszego polskiego serwisu numery i regulatora, i alternatora). W. odniósł wrażenie, że tutaj wszystko idzie na „podobnie wygląda”. Następne parę telefonów i czekamy. Czekamy. (Erynia została zaproszona przez pozostałych przy warsztacie na obiad. Herbata była dostępna stale i bezpłatnie. W. też zapraszano ale zrezygnował.) Czekamy. Około 14. okazało się, że regulatora nie będzie za to jest cały alternator, który „na pewno” będzie pasował – za 500TRY (W. stargował na 450). Alternator jednak pasował „nie na pewno”, tak że przestawianie końcówek i podłączenia zajęły czas do 18:30. W międzyczasie pojedliśmy całkiem dobrze w piekarni pide interesujące potrawy dla mechaników. A tak w ogóle to warsztat był na terenie Sanayi Sitesi {teren przemysłowy} – czegoś w rodzaju parku produkcyjno-usługowego na brzegu miasta gdzie można było zamówić wszystko: od kutej bramy po drzwiczki do szafki kuchennej, wyklepać i wylakierować samochód a nawet pojeść i zrobić podstawowe zakupy spożywcze. Gdy już wiedzieliśmy co to jest dostrzegaliśmy tę nazwę przy wielu mijanych miastach. Po zakończeniu naprawy pozostały jeszcze tylko odwiedziny w bankomacie – elektryk podniósł cenę usługi do 350TRY (nie dało się nic stargować). A swoją drogą czy spotkaliście kiedyś w Polsce mechanika, który woziłby klienta ponad 100km, szukał z nim części, karmił i poił? A nam się trafił Erdal Gökçe. Może nie wszystko potrafił zrobić dobrze (po powrocie do Polski „nasz” serwis miał sporo zastrzeżeń do montażu alternatora – między innymi turecki mechanik uszkodził go przy podłączaniu) ale dojechaliśmy po tej naprawie do domu.
 

trasa przez północną Turcję


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.