browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Amasya i… do domu

do galerii Picasa

Amasya (Amasja)

Do Amasyi było 115km i przejechaliśmy je w miarę sprawnie, tak że dotarliśmy tam około 20. Trochę nam miny zrzedły na widok miejsca w którym znajdowały się hotele znalezione w internecie – stara stylowa dzielnica pod fortecą. Wyglądały nie na naszą kieszeń. „Nic to, przejdziemy się po dzielnicy” zawyrokował W. zostawiając samochód pod wielkim meczetem. No i poszliśmy trochę pooglądać. Wstąpiliśmy tak z głupia frant do Simre Otel bo W. spodobał się wielki pusty parking obok hotelu, nie tak łatwo było w centrum znaleźć miejsce parkingowe. Okazało się, że nie jest tu tak drogo (160TRY recepcjonista sam obniżył do 140TRY za noc, a Erynia dodatkowo wytargowała śniadania „w cenie”) za tak(!) wyposażony pokój (właściwie dwa pokoje bo w jednym był mały salonik a drugim była sypialnia. dodatkowo mały balkonik i… o łazience będzie niżej). Nawet pięciogwiazdkowy hotel w Grenadzie tak wyposażony nie był (ocena Erynii, a ona wie co mówi!). W. poszedł po samochód i po drodze doszedł do wniosku, że dobrym rozwiązaniem będzie zamieszkanie w hotelu na 2 noce. Erynia przystała na ten pomysł a recepcjonista nie miał nic przeciwko temu.  

 
Po tych wszystkich rozmowach ruszyliśmy pooglądać nocną Amasyę – niestety po paru minutach (21:30)
na wieczornym spacerze

Amasya nocą

podświetlenia zgasły. Nie zamknięto jednak wszystkiego, tak że obchodząc okolicę posmakowaliśmy jeszcze tureckich lodów. Po powrocie do hotelu nastąpił ogólny pad… i spanie.
Poranek był bardzo milusi, pokój miał właściwą atmosferę a łazienka wannę, szeroki prysznic z natryskami i jakuzzi, śniadanie z tureckim szwedzkim stołem (ach te oliwki!) i w miasto. A tak właściwie to lekko poza miasto bo kamienne grobowce królów pontyjskich znajdują się w skałach ograniczających miasto.
wyślizgane wapienne stopnie

przy grobowcach

Od naszej kwatery był to rzut kamieniem, a właściwie mięsem bo Erynia (delikatnie) zaczęła wyrażać swoje uczucia związane z chodzeniem po wyślizganych, stromych, kamiennych schodach, przyrównując W. do hodowlanej nierogacizny (i to w muzułmańskim kraju!). Nawet W. od czasu do czasu tracił przyczepność. Można powiedzieć, że grobowce pontyjskie to ciekawostka lecz po Wardzii nie robią wielkiego wrażenia. Za to schody… wygładzony wapień ma swój urok. Widoki z powyższych schodów także były urokliwe. Interesująca nas ‚starsza’ część miasta leży bowiem w wąskiej kotlinie pomiędzy dwoma stromymi skałami, ta z grobowcami jest stromsza, a dołem płynie rzeka. Wszystko się kończy więc i schody też się skończyły, Turcy zresztą właśnie zaczynają je ‚wykańczać’ (może chronić?) zabudowując 2/3 szerokości metalowym stelażem pod schody drewniane. Całe szczęście, że to tylko schody dolne, prowadzące do kasy, górne, prowadzące już bezpośrednio do krypt pozostaną „zabójcze”. Po powrocie z wyższych sfer zajęliśmy się sprawami przyziemnymi, to znaczy szukaniem muzeum miejskiego. Po drodze „padło na” małe prywatne muzeum (Hazeranlar Mansion Ethnographical Museum) mieszczące się w jednym z domów starej dzielnicy nadrzecznej, przedstawiające dawne życie w domu otomańskim z typowymi ‚kukiełkami’ mieszkańców i sprzętami domowymi – taka powtórka z Safranbolu.
w galerii kaligrafii

w galerii

W sumie nic szczególnego, czego nie można powiedzieć o leżącej u jego stóp galerii kaligrafowanych obrazów. Wszystkie były na sprzedaż i wszystkie były w jakiś sposób interesujące. Erynii spodobał się obraz okrągłego kawałka papieru ze stylizowanym imieniem Mohameda, W. natomiast wypatrzył kolorowy obraz z tekstem: „Nie płacz, jestem przy tobie.” (w rozumieniu – Allah) przynajmniej tak zrozumieliśmy tłumaczenie na angielski jednego z Twórców, który zareagował na nasze zainteresowanie. W. ‚wygrał’ tekstem (i ceną) i kupiliśmy obraz za 150TRY. (ciekawostką jest to, że autorką obrazu jest kobieta). Przy okazji oprowadzający nas po galerii pokazał na miejscu sztukę kaligrafii wypisując ‚od ręki’ tekst „W imię dobrego strażnika” z wkomponowanym imieniem Allaha dając W. arkusz jako prezent. „Będzie co powiesić na ścianach!” – i to rzekł areligijny W.
(komentarz W. „Wiara czyni cuda, religia tworzy niewolników.)
Ponieważ W. nie do końca ufał sprzedawcy (i zdolnościom językowym Turków) po powrocie do Polski znalazł w internecie przemiłą niewiastę Jolantę Sejfried, która zgodziła się rozszyfrować arabskie znaczki. A oto tłumaczenie dokładne:

Na kolorowym obrazie jest „40 wers dziewiątej sury Koranu
który w tłumaczeniu brzmi:
Nie smuć się. Zaprawdę Bóg jest z nami.
Wszechmogący Bóg rzekł prawdę

w komentarzu do wydania Bielawskiego jest również informacja,
że słowa te wypowiada Muhammad do Abu Bakra


Tekst wykaligrafowany to:
„basmala, czyli ‚bismillah irrahman irrahim’
przyjęło się już w języku polskim jako
‚W imię Boga Miłosiernego, Litościwego’,
… jest to tłumaczenie Józefa Bielawskiego, autora najlepszego jak dotąd przekładu Koranu na polski. Basmala rozpoczyna m.in. pierwszą surę Koranu, al-Fatihę i jest to bardzo znany tekst. Muzułmanie używają go przy wielu różnych okazjach.”

Bardzo dziękujemy za tłumaczenie i wiele innych informacji, które przy okazji otrzymaliśmy.

...i nie tylko meczet

kompleks Bajazyta II

Kolejnym punktem programu okazał się wielki meczet {Kompleks Bajazyta II} z otaczającym go parkiem i zabudowaniami. Krótko mówiąc wart jest on każdej spędzonej w nim sekundy. Zarówno ładnie utrzymany ogród jak i wnętrze żyjącego meczetu, wystawy w bocznych zabudowaniach czy widok na skalne grobowce po drugiej stronie rzeki budują całościowy obraz przesycony pozytywną energią (no może zachustczone kobiety są dysonansem ale do łyżki dziegciu jeszcze im trochę nie dostaje – to tak według W.). Przy meczecie jest również muzeum miniatur ale szukając muzeum miejskiego zrezygnowaliśmy z jego oglądania.
7 tysięcy lat w jednym muzeum

muzeum miejskie

W końcu znaleźliśmy interesujące nas „Amasya Museum” i zagłębiliśmy się w dziewięciu kulturach, które wpisały się w historię miasta. Na koniec ekspozycji Erynia musiała powstrzymywać W. by nie obfotografowywał wszystkich mumii, on bronił się mówiąc „przecież tacy jesteśmy bez wody” – znowu wyszedł z niego psychopata!
Psychopata czy nie, jeść trzeba. I Erynia przypomniała mu o swoich potrzebach powoli wysuwając kły. Nawet psychopata powinien włączyć w tym momencie empatię, więc włączył i znalazł w bocznej uliczce bufet dla miejscowych
turecki fastfood!

w tureckim barze

z wyśmienitymi szaszłykami (kebabami czy czym tam jeszcze wypiekanymi na szpatułkach). W wyniku nieporozumienia językowego zamiast zamówić dwie różne potrawy dla każdego z nas zamówiliśmy po dwie potrawy dla każdego z nas. Dodatkowo, jako standard, dostaliśmy dwie surówki i herbatę. Wszystko za 30TRY, na dodatek bardzo smaczne!
Pojedzona Erynia schowała kły można więc ją było naciągnąć na Pazar (bazar). Po drodze upolowała jeszcze trzy podkoszulki (po 5TRY) których jakoś W, nie wyobrażał sobie na Turczynkach, na Erynii niewątpliwie zobaczy.
Pazar

miejski bazar

Pytając okolicznych mieszkańców znaleźliśmy bazar miejski – halę z kilkoma rzędami stołów na których znaleźć można było głównie warzywa i owoce, były jednak i stoiska z nabiałem, tkaninami i strojami, oraz wyposażeniem domu. Nie było jednak stoisk słodysiowatych – może to i lepiej bo tak skończyło się tylko na paru kilogramach owoców i dwóch plastikowych słojach na gruzińską mąkę. Po powrocie do hotelu Erynia rozpoczęła kolejną kurację antywirusową (a lekarz ormiański mówił by odpuścić sobie zimne) i padła w wyro. W. pozostało tylko jej potowarzyszyć, rozszerzając swoją ‚kurację’ o podjadanie owocków. W wyniku tej kuracji nie wyszliśmy już na wieczorny obchód miasta. Może to i lepiej – zdrowie jest ważniejsze! (i pieniędzy się nie wydaje!)
Rano, z podkurowaną Erynią wybyliśmy z Amasyi w kierunku Stanbułu, zahaczając po drodze
Harşena Kalesi

twierdza Harşena

o twierdzę (kale) przypisywaną Mitrytadesowi. Droga do niej znajduje się akurat po drugiej stronie góry dominującej nad miastem. W. (a właściwie samochód) z radością zaliczał kolejne serpentynki i skróty przez cudze podwórka podpowiadane przez GPS ale w końcu trafiliśmy tam gdzie trzeba. Bilet (jak i do pozostałych muzeów w mieście) kosztował 5TRY. widoki na miasto są tego warte! Są warte nawet kolejnych wyślizganych kamieni robiących za schody – widać taka ich uroda. Po zaspokojeniu doznań kulturalnych, nastąpił czas na dalszą podróż. W. pomny zeszłorocznej jazdy przez Stambuł w godzinach szczytu, starał się trafić do miasta wieczorem, celowo opóźniając jazdę przystankami na obfotografowywanie natury,
tureckie drogi

tureckie pejzaże

ostatnie dokupywanie prezentów (przecież „musiał” dokupić trzeci tygielek do kawy), tankowanie i coś na ząb. To ostatnie było zresztą najsłabsze. Doszliśmy do wniosku, że bliskość tzw. „cywilizacji” jest odwrotnie proporcjonalna do dobrej kuchni w knajpach. Przeżyliśmy i kuchnię, i jazdę w tłoku pomimo późnej pory. Zupełnie nieświadomie, jakimś cudem ominęliśmy bramki HGS ściągające opłatę za przejazd mostem nad Bosforem. Specjalnie się tym nie zmartwiliśmy, zostawiając metropolię za sobą.
Granicę z Bułgarią osiągnęliśmy około północy, formalności trochę potrwały, bo celnicy zainteresowali się zawartością wora Oblicz Gruzji, który przewoziliśmy do kraju. Oprócz sporej ilości książek, miały się tam znajdować pamiątki i prezenty, w tym laleczka z włókien konopi… Tak się hipotetycznie zastanawialiśmy, czy zapach gruzińskich przypraw mógłby przebić zapach laleczki… (chociaż miała był ze ‚zwykłych’ konopi) Na szczęście pan celnik poprzestał na obejrzeniu kilku książek. W Bułgarii W. przejechał jeszcze ze sto kilometrów i ułożyliśmy się do snu na jakimś parkingu. W okolicach siódmej obudził nas hałas przejeżdżających samochodów. Wkrótce dołączyliśmy do nich. Pogoda niestety nie chciała z nami współpracować. W Bułgarii trafiliśmy na mgłę a w Serbii pokapywał deszczyk.
Granica z Węgrami była najprzyjemniejsza – na pana celnika sprawdzającego zawartość bagażnika wyturlały się duże plastikowe słoje na mąkę i stracił on zapał do dalszych poszukiwań…
Z kolei my pomału dojrzewaliśmy do trudnej ale chyba słusznej decyzji odpuszczenia sobie tym razem wizyty w Tokaju. Zahaczając o Tokaj do domu dojechalibyśmy bez rezerwy czasowej na wyschnięcie prania, schowek na wino i tak się nie domyka a jeszcze go dopchamy winami i koniakami armeńskimi. Oprócz tego czeka nas jeszcze wizyta na stacji kontroli pojazdów wymiana oleju w serwisie – Tokaj, tym razem, nas nie zobaczy.
Ot, i koniec wakacji.
 
P.S. Na stacji kontroli pojazdów okazało się, że całe podwozie wraz z amortyzatorami jest w świetnym stanie. Oprócz wymiany oleju serwis miał jeszcze trochę roboty z podłączeniem alternatora i wymianą akumulatora – padł już w Polsce (uf!)
 

z Turcji powrót do domu

Poprzedni
Następny

6 odpowiedzi na Amasya i… do domu

  1. Krzych

    Dzień dobry, albo dobry wieczór.
    Uroczyście wręczam nominację do nagrody Liebster Blog Award, przekazaną mi taką samą drogą.
    Odpowiedzcie proszę na zadane pytania i wybierz swoich ulubieńców w sieci.
    Akcja ma na celu umożliwienie poznania się bliżej. Nie można zdaje się nominować osoby(bloga), przez którą samemu zostało się wybranym.
    Pytania tutaj

    • Erynia

      Dzięki Krzychu za komplement i za dobre słowo. Miło, że ktoś zauważył i docenił nasze skoki w bok. Wskutek zasadniczo-radykalnych poglądów W. i my przerwiemy tę zabawę.

  2. Jolly Rogers

    Ewo, Witku,
    Podroz z Wami to czysta przyjemnosc. Przed nastepna, skontaktowalabym sie z przedstawicelstwem Nissana i zaproponowala chwalebne peany na czesc w zamian za drobne (albo i nie) wsparcie finansowe. Takie wpisy ‚ Nissanem przez drogi i bezdroza’ bylyby przeciez doskonalym piarem :))

    • W.

      Cieszymy się, że możemy ludziom sprawiać przyjemność.
      Dziękujemy za dobry pomysł, niestety nie mamy zdolności handlowych i nie potrafimy robić niektórych rzeczy… ale spróbujemy, może się uda.

  3. Erynia

    Pyro,
    Po raz kolejny dziękujemy za dobre słowa.
    Po prostu zanim zaczniemy oceniać innych, staramy się ich zrozumieć.

  4. Jaruta

    Podziwiam zazdroszczę, to jest ten kawałek świata, który działa na moją wyobraźnię – Turcja, kraje Kaukazu, Azja środkowa.
    Pięknie piszecie; barwnie i z szacunkiem do ludzi i miejsc. Dziękuję
    Jaruta – Pyra

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.