browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Żywieckie… bez piwa

do galerii Picasa

Żywiec

…wiemy, wiemy, że wszystkim się kojarzy ale W. nie lubi alkoholu a na dodatek Żywiec(kie) to nie tylko browar! To również, a może przede wszystkim (mniej lub bardziej) prywatnie miasto ulokowane w XVw. na prawie magdeburskim, mimo że wzmianki o jego istnieniu sięgają początków wieku XIV. Chociaż miasto się trochę od tych czasów rozrosło to jednak najciekawsze (dla nas) miejsca do zwiedzania pozostały w miarę skoncentrowane w centrum. Zaparkowaliśmy więc na ulicy Tadeusza Kościuszki praktycznie pod samą zabytkową dzwonnicą i ruszyliśmy w obchód… Daleko nie dotarliśmy bo tuż za rogiem trafiliśmy na jadłodajnię (promować nie będziemy bo nazywa się nie po polsku mimo właścicielki Polki). Erynia stwierdziła, że czas na drugie śniadanie. W. nie protestował. Po drobnym posiłku wstąpiliśmy do Kościoła Narodzenia NMP. Wnętrze dosyć ciekawe, szczególnie ze względu na koloryt ścian. Niedaleko od kościoła było wejście do Starego Zamku i w nim to zorganizowanego Muzeum Miasta Żywca. Tematycznych wystaw w zamku jest parę i wszystkie ciekawe. Erynia dostrzegła jeden mankament – brak części typowo dla dzieci, jak na przykład w zamku w Oświęcimiu. Chociaż W. dostrzegł jeden bardzo ciekawy dla dzieci zakątek – pracownię ceramiczną z piecem do wypalania wyrobów.
Zamek jest również bramą do 25 hektarowego parku. Nie zwiedziliśmy całego, wystarczyło nam jedynie najbliższe otoczenie z Domkiem Chińskim. Opuszczając zabudowania zamkowe zaciekawiła nas czerwona wieża. Okazała się ona częścią pozostałości po budynku straży pożarnej zagospodarowanej przez bank i parę innych firm. Zbliżało się już popołudnie czas już był najwyższy na jakąś drobną przekąskę wstąpiliśmy więc na rogale z białym makiem do cukierni przy której stał nasz samochód. I tak wzmocnieni słodysiami ruszyliśmy do Węgierskiej Górki gdzie chcieliśmy obejrzeć pozostałości po Westerplatte Południa. Dojazd zajął nam parę minut, w końcu to tylko kilkanaście kilometrów. Zatrzymaliśmy się przy Karczmie pod Baranią i poszliśmy w las.
Forty zobaczyliśmy trzy, a właściwie dwa, bo jeden z nich został wykorzystany jako fundamenty do postawienia domu
Bitwa pod Węgierską Górką

Bitwa pod Węgierską Górką

– ciekawe rozwiązanie, Erynia skomentowała, że dom ma fajną piwniczkę na wino i owoce!
Ostatnim z oglądanych przez nas bunkrów był schron „Wędrowiec”, niestety był on już zamknięty do zwiedzania wróciliśmy więc spacerkiem przez promenadę zbójników do Karczmy, w której zakończyliśmy tak piękną wycieczkę kolacją w międzynarodowym towarzystwie. Była smaczna i interesująca! Towarzystwo… bardziej.

Poprzedni
Następny

2 odpowiedzi na Żywieckie… bez piwa

  1. Erynia

    No i skusiłaś mnie na to piwo, i to nawet nie w ramach „sołszal iwent” 😉

  2. Asia | Byłem tu. Tony Halik.

    Nie znoszę piwa „Żywiec”, ale jak byłam na konferencji w Szczyrku, to w ramach „sołszal iwent” zabrali nas do żywieckiego browaru i powiem szczerze, że świeżutkie tamtejsze piwo całkiem mi smakowało. A że Żywiec(kie) to nie tylko piwo, to jasna (pełna) sprawa!
    Pozdrawiam, A.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.