browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

od Jezioraka do pochylni

do galerii Picasa

Jeziorak

W miarę szybko dotarliśmy w okolice Jezioraka. Przed dojazdem do przystani wstąpiliśmy jeszcze coś zjeść do sławnej „Szopy” w Siemianach. Jedzenie jest dobre ale ceny to już nie ceny a ździerstwo. W przeliczeniu na kilogram: pstrąg – 60zł (skąd tu pstrąg?!?!), sandacz – 120zł.  Wygląd „Szopy” stylowy, ale typowo polskie nastawienie do klientów. Postanowiliśmy, że jeden kontakt wystarczy.
Po posileniu ciała pojechaliśmy na przystań (na mapie – patrz wyżej – tam gdzie zaznaczona jest linia wysokiego napięcia).
Czarter na Jezioraku

Piękny Lolo

Na przystani czekał już na nas jacht „Piękny Lolo” – Mak 630. Bezpieczny i wygodny jacht do pływania po jeziorach, zupełnie nie nadawał się do pływania po Zalewie – ale o tym przekonaliśmy się później. Na razie zamustrowaliśmy się na jachcie i przekazaliśmy planowaną trasę właścicielom. Stwierdzili, że Piękny Lolo „chodził” już na Zalew i pływał nawet przy 6°B (hi! hi!). Uspokojeni poszliśmy spać planując wypłynięcie o poranku.
Jeziorak

Wypływamy o 7:00 i przy 0-1°B wpływamy na jezioro Płaskie. Tak dla rozbiegu, Erynia przy sterze aż do drugiego śniadania, które zjedliśmy na zatoce Polańskiej przy hardcorowym podeście. Po jedzonku dalej na jezioro. Cały czas ‚prawie’ flauta, aż do 18. gdy udało nam się dotrzeć, w końcu na silniku, do zatoki Kraga. Zaraz za trzema pomostami po prawej całkiem ładna płytka dziura w trzcinach, wysoki zalesiony brzeg i pozostałości po „źle wychowanych” – na szczęście przynajmniej w workach schowanych za drzewami. A tak w ogóle Jeziorak pod względem czystości brzegów mógłby (prawie) być wzorem dla innych jezior – i gmin nimi zarządzających. Parę razy mijaliśmy statki zbierających śmieci z koszy ustawionych na brzegach i wymieniający ToiToi-ki. Niestety dobre działania gmin nie zastąpią kultury żeglarzy, kajakarzy i wędkarzy.
Zapłaciliśmy za SMS z przewidywaną prognozą pogody więc wieczorkiem dostaliśmy informację 2°B, 19°C woda i 21°C powietrze.
do galerii Picasa

przez kanały

Wstaliśmy o poranku i, znowu na silniku, dotarliśmy do wejścia na Kanał Iławski – początek drogi kanałami. Przed wejściem na kanał most, a przed nim betonowa przystań do spokojnego kładzenia masztów.
Początkowo kanał wiódł przez jezioro Dauby, ale nie opłacało sie stawiać żagli. Następnie to już tylko kanały… Szerokie na kilka metrów głębokie na trochę więcej niż metr i częściowo zarośnięte roślinami wodnymi. Niestety nikt od lat nie dba o brzegi, które w międzyczasie całkiem zarosły drzewami. Między innymi dlatego nie zobaczyliśmy jak wysoko nad jeziorami Jeziorno i Karnickie przepływa się groblą. Przy okazji korzenie niszczą brzegi – i to widać. Dno kanałów także pozostawia wiele do życzenia. Od czasu gdy zabroniono okolicznym mieszkańcom bezpłatnego wyciągania roślin i karmienia nimi bydła miejscami dno jest całkiem zarośnięte. I może dlatego w okolicy Mozgowa silnik odmówił posłuszeństwa. Serwis właściciela był niezawodny, w parę godzin wszystko było naprawione (układ chłodzenia zapchał się piachem) i gotowe do dalszej drogi. Popłynęliśmy więc w kierunku Miłomłyna. Początkowo chcieliśmy tam zacumować ale gdy wpłynęłliśmy w rozwidlenie kanału w Miłomłynie i wyrosły przed nami z dna jeziora rzędy słupów – niektóre zazielenione – to zrezygnowaliśmy i skierowałem jacht w lewo, w kierunku jeziora Ilińskiego. Zresztą brzegi przy Miłomłynie nie wyglądały na specjalnie gościnne. Na jeziorze Ilińskim też! Cała lewa strona w pomostach „przydomowych”, a po prawej szuwary z jedną dziurą, w której stała motorówka – wieczorem poszła na jezioro robić fale. Wieczór się zbliża, czas zacumować, jedyne miejsce – na końcu jeziora z lewej strony.
przed snem

przed snem

Wiatr 3°B dociskający do brzegu i… padł klin przy śrubie. Przy brzegu, w wodzie, gałęzie i wiatr wbija jacht pod drzewa zwisające gałęziami nad wodą. Ubaw na sto fajerek. W. wskoczył do wody — głęboko nie było, tak trochę powyżej metra — i przy użyciu sznura, i głowy (o nogach i rękach nie mówiąc) ustawił jacht w bezpiecznej pozycji dziobem do brzegu, bez większych (i mniejszych też) uszkodzeń. Silnik też się udało naprawić – w końcu to tylko (wy)padł był klin przy śrubie.
W. obudził się, całkowicie wyspany, gdy fosforyzujące wskazówki na zegarku ustawione były prawie pionowo. Za oknami było jeszcze cokolwiek ciemno i może dlatego Erynia nie dawała się przekonać, że jest 5:55. Gdy wstaliśmy (na siu-siu) i zobaczyliśmy pięknie wygwieżdzone niebo to stwierdziliśmy, że chyba rzeczywiście jest jednak 23:30. W każdym razie wstać było warto(!) a potem położyć się z powrotem, i spać do 7.
Poranek był niezbyt wietrzny 2-3°B dociskający – udało się wyjść bez urwania klina – i poszliśmy dalej przez jeziora na silniku. Na Rudej Wodzie za odbiciem na Bostążek Erynia zakomenderowała „Bezpieczna przystań PRZYBIĆ – niebezpieczeństwo na pokładzie”. I rzeczywiście, miejsce było urocze, a Erynia – szczęśliwa. Do Pochylni Buczyniec dotarliśmy około 14. Zwiedzanie muzeum (5zł/osobę), maszynowni (5zł/osobę) i toalety (2zł/osobę)
Pochylnia Buczyniec

Pochylnia Buczyniec

dało w sumie prawie tyle samo co bilet na przejście przez wszystkie pochylnie (30zł/jacht). Ponieważ szacunkowy czas przejścia przez wszystkie pochylnie wynosi około 2,5-3 godzin, a „tanie śluzowanie” jest tylko w godzinach 10:00-16:30 to postanowiliśmy zanocować przed pierwszą pochylnią.
 
Uwaga: Bar przy Pochylni Buczyniec jest wściekle drogi – nastawiony głównie na przypływających Białą Flotą turystów niemieckich. Toalety tylko przy muzeum i tylko do 16. za drogie nawet dla Niemców – woleli polskie szuwarki (i pokrzywy). Efekt – „grzybki” we wszystkich okolicznych lasach. Woda jedynie przy toalecie – „niezdatna do picia” i tylko w godzinach 10-16. Kontenera na śmieci – BRAK.
Wewnątrz Muzeum opisy wyłącznie w języku polskim, brak opisów w jakimkolwiek innym języku mimo strzałek na zewnątrz w językach PL, DE, EN, a Pani oprowadzająca po Muzeum włada językiem niemieckim znacznie poniżej poziomu „Kali kochać, Kali skakać”. I to wszystko przy procentowo najwyższym niemieckojęzycznym składzie turystów.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.