browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Osijek

do galerii Picasa

Osijek

Rankiem śniadanie prawie jak zwykle – wymieniliśmy tylko jajecznicę na jajka gotowane (5 szt., a jednak!) – a po śniadanku Erynia ustawiła drogowskaz na Osijek. W sumie blisko, raptem 56 km, nie było więc powodu by nie odwiedzić Chorwacji – dawno już nas tam nie było. Droga była niczego sobie oprócz samego dojazdu do granicy – 10km po lodzie. Granicę przekroczyliśmy szybko, wspólna odprawa węgiersko-chorwacka polegała na obejrzeniu paszportów i podniesieniu szlabanu. Dalej już droga była czarna i (prawie) sucha, tak że do Osijeku dotarliśmy w miarę szybko. Zaparkowaliśmy na ulicu Hrvatske Republike i zaczęliśmy szukać możliwości zapłacenia za parkowanie. W sumie nie było to takie trudne: bankomat – wyjęcie pieniędzy, hotel – wymiana banknotów na monety, parkomat – 4HRK/h i w… Osijek. Szczęściem w pobliżu była informacja turystyczna z bardzo miłym panem władającym językiem angielskim. Aż miło było informować się w tym punkcie. W. miał wrażenie, że opis miasta i okolic – region Baranja (Baranya) – był tak ciekawy, że już właściwie nie byłoby potrzeby oglądać tego bezpośrednio.
Osijek

Osijek

Na szczęście Erynia zapanowała nad nim wyprowadzając go na świeże powietrze. Nie udało go się jednak zaprowadzić zbyt daleko bo parę metrów dalej była katedra pod wezwaniem świętych apostołów Piotra i Pawła, gdzie ledwie przekroczyliśmy dźwierza a uczynny Pan zaczął nas po niej oprowadzać wskazując na historyczne ‚efekty’ ostatniej wojny (1991-1995) miejscami widoczne były uszkodzenia po szrapnelach, miejscami nowe witraże – rzeczywiście widać było różnice w ich kolorycie. Ogólnie katedra została już prawie odrestaurowana (nie za dobrze bo nad organami widać było zacieki) i jest bardzo interesująca. Opuściwszy katedrę przeszliśmy przez plac (Trg) Ante Starčevića i ulicą Kapucinską (dawnym Corzo), przyglądając się architekturze, doszliśmy do mostu wiszącego nad Drawą. Erynia cały czas zawodziła – „takie piękne musiało być to miasto, jak by je tak odrestaurować to mogłaby być perełka. Jak by rozreklamować ja w świecie i okolicy to mogłoby być piękne miejsce wakacyjne – w okolicy są przecież winnice, woda i jachty!” W. musiał się z nią zgodzić, to miejsce ma potencjał ale wygląda na to, że fundusze unijne idą bardziej na renowację regionów nadmorskich, północ pozostawiając samą sobie. Widać to było szczególnie w wioskach przygranicznych pełnych zamkniętych lub zrujnowanych domostw. Chyba że to domy po Serbach „zachęconych” do przeprowadzki – trzeba by było sprawdzić. Ale żeby nie było tak czarno (no dobrze, szaro) trzeba przyznać, że widać dbałość miasta o infrastrukturę. Ulice, podziemne i nadziemne centra handlowe, parki, marina a nawet piękna kładka wisząca nad Drawą robią wrażenie. Podobnie sprawa ma się z twierdzą. Widać, że miejscami jest ona odnawiana ale widać też również wiele miejsc zaniedbanych. Sama twierdza aż tak nie cieszy oczu – wygląda bardziej na obwarowania garnizonowe wielokrotnie niszczone i zabudowywane cywilnie. W centrum zahaczyliśmy znowu o informację turystyczną i znowu z przyjemnością odebraliśmy gościnność Chorwatów. Skierowano nas stamtąd do pobliskiego muzeum (w muzeum nie można było fotografować). Niestety było to dosyć smutne przeżycie. Wyglądało jak by historia tego miejsca składała się jedynie z pierwszej wojny światowej i okupacji tureckiej, także w bardzo ułomnej formie. Przykro było patrzeć na kraj bez własnej historii. Rozumiemy – ale i tak przykro. Po zwiedzeniu twierdzy przyszedł czas na odwiedzenie zachwalanych przez Makłowicza (Kod Ruże) i Pana z Informacji Turystycznej restauracji z kuchnią regionalną. Spośród restauracji w twierdzy wybraliśmy restaurację Slavonska Kuća, a w niej zupę rybną (riblji paprikaš) i gulasz z trzech rodzajów mięs (slavonski ćobanac). Obie zupy były wyśmienite i podane w ilościach przekraczających nasze możliwości. Z rozpędu (i obżarstwa) rzuciliśmy się jeszcze na strudel jabłkowy, który był dobrym deserem aczkolwiek Erynia kłóciłaby się czy był to strudel (nie to ciasto, które znała i mało tych jabłek było). Po takim obżarstwie pozostało nam już tylko wrócić do Villány. Droga była nawet przyjemna, z granicą włącznie – chyba zapamiętano tam samochód na polskich numerach bo znowu tylko otwarto paszporty i szlaban.
Dojechawszy do Villány postanowiliśmy sobie, tym razem, odpuścić ‚piwniczną’ degustację.
Baranya

Baranya


 
I w ten to sposób zakończyliśmy wegiersko-chorwacki epizod wyjazdu zimowego w rejon Baranji (Baranya).
 
(a propos: nazwa regionu pochodzi ponoć od „bor anya” czyli węgierskiego: „matka wina”)
 
 
 
P.S. nie idąc do centrum Villány nie mieliśmy okazji sprawdzić czy Muzeum Wina jest otwarte, przypuszczalnie było zamknięte.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.