browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Konstanca

do galerii Picasa

Konstanca

Dzień następny zaczął się rumuńskim śniadaniem – smaczne i obfite – i problemem za znalezieniem jednej z atrakcji Murfatlar: Ansamblul rupestru de la Murfatlar. Niby miały to być jaskinie i nawet był drogowskaz, i nawet znaleźliśmy funkcjonujący nad nimi klasztor z „żywą” cerkiewką, ale wejścia do jaskiń nikt nam nie potrafił pokazać. Okazało się, że robiąc zdjęcia staliśmy pod zamkniętą zardzewiałą bramką na teren, który wyglądał jak pozostałość po starej fabryce, a który po powrocie do Polski rozpoznaliśmy jako wejście do jaskiń. Za to ‚na niuch’ W. trafił do Murfatlar Vineyard – zamkniętej w niedzielę. Po tym wstępie ruszyliśmy do Konstancy. I znowu pech – znaleziona w internecie Informacja Turystyczna była całą wielką agencją municypalną – zamkniętą w niedzielę! Obejrzeliśmy więc jej okolicę z Teatrem i kawałkiem parku i W., znowu na węch, ruszył do centrum i jako niedoszły archeolog wyniuchał Muzeum Sztuki Ludowej. I to był dobry trop! Przemiłe Panie obdarowały nas mapą Konstancy i informacjami turystycznymi. Oczywiście zwiedziliśmy ich muzeum które rzeczywiście było czymś więcej niż muzeum etnograficznym. Erynia szczególnie zachwycała się całą galerią, wyglądających na stare, fotografii kobiet i mężczyzn w strojach regionalnych. Robienie zdjęć byłoby okupione dwukrotnie większą kwotą niż wejście nas obojga na wystawę więc zadowoliliśmy się jedynie paroma ujęciami na które zezwolono nam w ramach „przymykania oka”. Nie nadużywaliśmy więc zaufania i zrobiliśmy jedynie parę zdjęć choć muzeum jest warte obejrzenia i W. bardzo cierpiał. Jako zadośćuczynienie dostał jaja (do pooglądania) – całe mnóstwo bukowińskich pisanek. Przy okazji porozmawialiśmy z oprowadzającą nas niewiastą o pisankach i kraszankach polskich – bukowińskie wzory są od polskich bardziej geometryczne i kolorowe. Mapa zwolniła W. z niuchania i po paru chwilach zaparkował na starym mieście na Strada Traian zaraz za pomnikiem wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. Stamtąd już można było poruszać się pieszo w pięknym słońcu i zimnym wietrze od morza.
moscheia Carol I

meczet Karola I

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od meczetu… (żywego) fuksło nam się bo właśnie skończyły się modlitwy i mogliśmy wejść pomiędzy ostatnimi wychodzącymi a zamknięciem meczetu. Drugi z meczetów (Karola) „wielki” był już martwym eksponatem muzealnym do zwiedzenia za 5Lei, ale można w tym było wejść po schodkach – Erynia to uwielbia! – na minaret i obejrzeć starówkę z góry. Wyglądała trochę inaczej niż na starych zdjęciach. Także nie lepiej niż oglądana z dołu. Nie wiemy czy obszedł się z nią czas czy komuna ale wiele domów się sypie a kapitalizm dotarł tu jedynie do parteru, przypominając nam Polskę sprzed dwudziestu lat. Na dodatek między pięknymi (lub historycznie pięknymi) budowlami stoją budynki w stylu lat 60′ XXw. W. w takich mieszkał więc wie. Co więcej, zastanawiamy się czy obecni właściciele nie remontują zabytkowych budynków z braku funduszy, czy może czekają aż budowla się zawali a oni z czystym sumieniem postawią „coś” nowoczesnego. Nie zważając na te drobne dysonanse Erynia stwierdziła, że miasto jej się podoba – i to się liczy.
Muzeul de Istorie Nationala si Arheologie Constanța

Muzeum Archeologiczne

Po meczetach przyszła pora na Muzeum Archeologiczne i oddzielny jego pawilon z mozaikami rzymskimi. Oba są godne obejrzenia chociaż mieliśmy wrażenie, że prezentacje są jakby przygotowane w XXw. Widzieliśmy już lepsze ekspozycje, chociaż bogactwu eksponatów nie można było wiele zarzucić. I tutaj spotkaliśmy również zainteresowanego eksponatami muzealnika, który przerwał układanie w gablotach eksponatów udostępnionych przez prywatnego kolekcjonera by porozmawiać z nami o eksponatach, muzeum i przyszłych działaniach związanych z ekspozycjami. Niestety zarówno budynek muzeum jak i pawilon z mozaikami wymagają szybkiego remontu bo widać, że miejscami znacząco przeciekał dach. Po obejrzeniu części muzealnej Konstancy ruszyliśmy nad morze, bo Erynia chciała zobaczyć Cazino. Na szczęście tylko zobaczyć, bo już od lat nie jest czynne a wnętrza oglądać można jedynie na starych zdjęciach. Za to zewnętrzna bryła, stojącej nad samym brzegiem Morza Czarnego, pięknej secesji pozostała – i niszczeje z dnia na dzień. Są co prawda pomysły na jego renowację ale nie wiadomo co z tego wyjdzie. Nie omieszkaliśmy również, będąc już nad samym morzem, pomoczyć w nim nóg relaksując stopy masażem pokruszonymi muszelkami. W pobliżu było i Akwarium więc je także zwiedziliśmy z drobnym niesmakiem bo według Erynii ryby mają w nim za mało miejsca. W. się nie wypowiadał bo zaczynał odczuwać głód i z jednej strony patrzył łakomym okiem na ryby a z drugiej słuchał czy może już się Erynii wysuwają kły. Z niewiadomych przyczyn Erynia była łagodna w swym odczuwania głodu i zgodziła się jeszcze, po drodze „do jedzonka”, odwiedzić cerkiew. Nagrodzona za to została w dwójnasób. Po pierwsze pięknie wymalowaną wewnątrz świątynią a po drugie wyśmienitą restauracją z wyłącznie regionalną kuchnią domową Ana si Ion. Co prawda o mały włos nie wygoniła nas z niej pogoda – wnętrze było zarezerwowane a po zewnętrznych stolikach hulał zimny wiatr – ale udało nam się znaleźć osłonięte od wiatru tylne patio i wydaliśmy 120 Lei na dwa dania z małży, pieczeń z rusztu, mici i wyśmienite sarma – cieniutkie gołąbki owinięte w liście kiszonej winorośli (zresztą tak do końca nie wiadomo w co, bo owijają we wszystko co się da).
sărmăluţe cu mămăligă

dobre jedzenie

Ponieważ w nadzieniu stosunek mięsa do ryżu był znacząco na korzyść mięsa (W. nazwał to „właściwy”) więc smakowały nawet W. chociaż zajął się głownie swoim daniem wysocemięsnym. Po tak dobrze wypełnionym dniu pozostał nam już jedynie powrót na kwaterę – zahaczyliśmy jedynie o sklep w Murtaflar gdzie zaopatrzyliśmy się w parę butelek tutejszego wina do przetestowania. Ponieważ wybierał W., musiało być słodkie (de gustibus, etc.). Rai Murtaflar – Dulce Rosu zostało wypite od razu w ramach szybkiej degustacji (no dobra nie takiej szybkiej). Wino miało ciekawy posmak ‚gałązkowy’, wchłaniało się samo z wdziękiem i przyjemnością obustronną (i Erynii, i W.)

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.