browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

trasa historycznie nadmorska

Ranek przyniósł otrzeźwienie. Z jednej strony Erynia wycierając (sobie!) nogi po kąpieli przestawiła sobie(!) kręgosłup a z drugiej odwiedziliśmy raz jeszcze winiarnie Murfatlar, by uzupełnić zapasy o wina czerwone i wytrawne których mamy niedobory przy naszym systemie żywieniowym a tutejsze wina są dobre i tanie!
Po tym krótkim i bolesnym postoju – tym razem nie dla kieszeni lecz dla Eryniego kręgosłupa ruszyliśmy w kierunku Tulczy. ‚W kierunku’ to dobrze powiedziane. Zamiast jechać prosto autostradą W. wybrał drogę przez Mamaję, która od pewnego momentu stała się ‚drogą przez mękę’ a właściwie przez roboty drogowe. Z jednej strony cierpiał W. bo nie mógł poszaleć gdyż (ze strony drugiej – a właściwie prawej) każdy gwałtowniejszy manewr odbijał się głośnym echem z krtani Erynii.
do galerii Picasa

Histria

Trochę rekompensowały nam te ‚niedogodności’ widoki na hotele i mierzeję ale nie na tyle by zatrzymywać się, by je fotografować. Co prawda farmaceutka w Murfatlar, na Erynii wypowiedź zaczynającą się od ‚dyskopatia’, zareagowała zrozumieniem i żelem leczniczym, ale zaordynowanie go Erynii musiało poczekać na warunki bardziej sprzyjające niż samochód. I tak spokojnie/niespokojnie dotarliśmy do Histrii. Kiedyś, przed naszą erą, było to znaczące dla regionu miasto portowe, dzisiaj to jedynie nienajwiększe obszarowo ruiny. Muzeum i wykopaliska nie zrobiły na nas dużego wrażenia – do Dionu to im było daleko ale i tak był to punkt godny zaliczenia.
Za to w wiosce Jurilovca… Erynia dostała fotograficznego kociokwiku. Pół wioski, mimo bólu kręgosłupa, przeszła pieszo obfotografowując wszystko co jej pod obiektyw wpadło.
do galerii Picasa

Jurilovca

Wioska ta jest bowiem enklawą Lipowan. I to było widać. W porównaniu do okolicznych wsi rumuńskich, wieś była w ‚jakiś specyficzny sposób’ zagospodarowana, zadbana. Gdy Erynia szalała po wsi z aparatem,
Lipowanie

Lipowanie

W. poszedł obejrzeć Magazyn Mix – wiejskie ‚szwarc, mydło i powidło’ – i usłyszał ciche Erynii „Jak już wszedłeś to musisz coś kupić”. No to kupił semidulce 1,5l Cotnari Eticheta Galbena. Wino nie powalało ani zapachem ani smakiem (ani mocą – 11%) za to świetnie nadawało się do wieczornego popijania przed snem („Chłop mi się rozpił” – dopisek Erynii). Lekko kwaskowate piło się jak soczek cytrynowy.
Po fotografowaniu i ‚zakupach’ ruszyliśmy dalej do twierdzy Enisala.
do galerii Picasa

Enisala

Ruiny na wapiennych skałach ponoć, dawniej, z wejściem bezpłatnym teraz z cerberem śpiącym w samochodzie i budzącym się by sprzedać bilet za 3lei gdy tylko ktoś pojawił się w pobliżu. Może twierdza nie była warta tej ceny ale widoki… Docenili je również uczestnicy polskiej wycieczki przyrodniczo-ornitologicznej (biuro Horyzonty) którzy poprzez teleobiektywy wyłapywali co ciekawsze obiekty siedzące w krzakach, na wodzie lub brodzące w błocie. My zachwycaliśmy się widokami ‚całościowymi’, rechotem żab i innymi dźwiękami Delty.
cohabitat obok Jurilovca

cohabitat obok Jurilovca

Oczywiście nie odbyło się od skoków w bok. Przy drodze co raz to pojawiały się brązowe tablice z napisami sugerującymi ciekawostki archeologiczno-historyczne. Na jedną taką, Cetatea Argamum, zareagował w końcu W. nie bacząc na drobne (naprawdę drobne) protesty Erynii. Jechał aż nie skończyła się droga asfaltowa. W tym momencie natężenie protestów wzrosło na tyle, że obejrzeliśmy jedynie interesujące zabudowania cohabitatowe – glina i słoma – i nie dotarliśmy do samej Cetatei. Przy zabudowaniach widzieliśmy jedynie niewielką odkrywkę archeologiczną, trochę szkoda ale kręgosłup był ważniejszy.
(W. dopiero w Polsce się przyznał, że w kierownicy coś mu się tłukło i przez to trochę samochód oszczędzał).
Babadag

Babadag


Kolejnym punktem naszej trasy stał się więc Babadag z: zamkniętym meczetem, zamkniętym muzeum i hotelem bez wolnych miejsc. Ponieważ właśnie zaczęło padać nie walczyliśmy z przeznaczeniem i ruszyliśmy do Tulczy. Przeznaczenie nas jednak dopadło i tutaj. Informacja turystyczna – zamknięta a kolejne hotele albo drogie albo pełne i wszystko w deszczu. Przełamaliśmy pecha spotkaniem Polaka, którego pracodawca (firma norweska) wysyła na miesięczne delegacje do swojej stoczni w Delcie. Ten to Polak wskazał nam Hotel Select który może i nie jest nad samą wodą a i gwiazdki ma jedynie trzy ale dla nas standard miał satysfakcjonujący – cenę również. Rozpakowawszy się wstąpiliśmy do przyhotelowej restauracji, gdzie zamówiliśmy dwie ciorby, jedną rybną i jedną wołową. Wydawało nam się, że to jedyne regionalne potrawy jakie są w karcie (o naszym błędzie w jednym z następnych wpisów). Całość uzupełniliśmy deserkami – Erynii należało się za wytrwałość w bólu, mimo którego zwiedzała wysiadając i wsiadając do samochodu z dźwięcznym ..r.. na ustach (no dobrze – „ała” stosowane było wymiennie).
Wieczór zakończyliśmy nieruchomo sącząc zakupione wino – nieruchomo by nie wyć, sączyć bo miłe a wino – bo było.

 

2 odpowiedzi na trasa historycznie nadmorska

  1. Erynia

    Ależ ja go słucham, tylko on mnie nie słucha. Totalna niesubordynacja…

  2. Jaruta

    Wariaci jesteście, ale kochani.
    Ewa – ten kręgosłup wie, co mówi, Ty go słuchaj!
    Pozdrawiam
    Jaruta, Pyra

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.