browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Szlak „Drewna” i „Kamieni”

galeria Picasa

okolice Nowego Targu

Erynia jest zdeklarowaną sezonową wielbicielką góralskich kapci. Gwoli ścisłości, jej uwielbienie wzrasta odwrotnie proporcjonalnie do temperatury na dworze, zaś latem przerzuca się na japonki. Jako że ostatnie kapcie są w stanie klupściowatym (patrz: komentarz przy wpisie „Parszczenica, Swornegacie i Wdzydze”), zażyczyła sobie nowych na urodziny. Wbrew pozorom, życzenie wcale nie jest takie łatwe do spełnienia, bo na lokalnych targowiskach coraz częściej można natknąć się na podróby. Tu W. zadecydował: jedziemy na targ do Nowego Targu.
Jak zadecydował, tak zrobili.
Droga do Zakopianki była miła, łatwa, lekka i przyjemna. Po drodze zatrzymaliśmy się w bacówce przed Jordanowem, gdzie zaopatrzyliśmy się w świeżo wędzone wyśmienite sery (z certyfikatem). Od wylotu na Zakopiankę do samego Nowego Targu wlekliśmy się w korku. Zresztą czego innego można się spodziewać w sobotę? Uzbrojeni w cierpliwość, dotarliśmy na jeden z „parkingów” (czytaj klepisko) przy targowisku, gdzie zostaliśmy skasowani za postój przez przedsiębiorczych górali (zresztą nie tylko tam). Ich ziemia, ich prawo. Stragany rozciągają się przy Dunajcu, po obu stronach Alei Tysiąclecia. Szwarc, mydło i powidło, dużo ubrań i artykułów spożywczych – przeważały wszelkiego typu ‚Krówki’ i makarony ale były też góralskie sery (głównie słowackie!). Oprócz tego wiklina, wyroby ze skóry, drewna, meble, skarpety (czasami nawet góralskie) no i rzecz jasna kapcie. Po wiadomych zakupach, stwierdziliśmy, że szkoda marnować tak pięknie rozpoczęty dzień i ruszyliśmy do Dębna, podziwiać drewniany kościółek, wpisany zresztą na listę UNESCO.
Kościół św.Michała Archanioła w Dębnie

Kościół w Dębnie

UNESCO, nie UNESCO ale fotografować wnętrza nie wolno – nawet bez flesza. W. uważa, że to głównie kwestia zejścia fotografowania do poziomu gawiedzi, która nawet nie wie co to flesz i stuka fotki bezmyślnie, za to dużo – nie zwracając uwagi na to, ze smartfony mają flesz ustawiony na ‚automat’ a wyłączyć się go gawiedzi nie chce! Bezpieczniej jest więc zakazać fotografowania niż pozwolić by nadmiar fleszy zniszczył ponad pięćsetletnie malowidła. Jak nie wolno w środku to obfotografowaliśmy tylko budynek z zewnątrz i pobliskie gniazdo bocianów z dołu. Wewnątrz kościoła jedynie napawaliśmy się starymi malunkami oraz opowieściami przewodniczki wzbogaconymi dźwięki wydawane na starych mikro-cymbałach. Dźwięki były, na ile potrafimy ocenić, czyste donośne i bezmelodyjne, opowieści za to pełne informacji i z zaangażowaniem przekazywane. A było komu, Erynia wyniuchała nawet rodzinę francuską spod Tuluzy, z którą od razu nawiązała kontakt językowy. Po odwiedzinach „na liście” UNESCO Erynia doszła do wniosku, że w pobliżu jest jeszcze Łopuszna z dworem Tetmajerów i ciekawym kościołem, ale W. postanowił nie ograniczać się do jedynie drewna i ruszył na kamienie – w końcu w pobliżu są również dwa zamki: CzorsztynNiedzica. Zamki te były dla nas jak wyrzut sumienia: wiele razy wracając z południowych wojaży, mijaliśmy je po drodze nie zatrzymując się, bo czasu zabrakło. Erynia nie poddała się bez walki i wstąpiliśmy jeszcze na cmentarz w Maniowach obejrzeć kaplicę cmentarną. Bryłę ma ładną w drewnie wykonaną, usytuowanie malownicze lecz środek niedostępny – przez szpary widać, że pusty.
zamek czorsztyński

na zamku w Czorsztynie

Niestety pusty nie był zamek w Czorsztynie, do którego dotarliśmy odrobinę bocznymi drogami, zamoczywszy wprzódy nogi w Zalewie w czorsztyńskim kąpielisku. Co prawda wyposażenia nie było zbyt wiele ale za to w tak ciepłą sobotę turyści dopisali w ilości wystarczającej by Erynia zaczęła szukać drogi ucieczki. Niestety ‚ruina’ była wystarczająco niezniszczona by takich dróg było niewiele. W efekcie obejrzeliśmy cały zamek i Erynia miała okazję dostrzec u W. ogniki w oczach. Ogniki zapłonęły pełna mocą gdy zaparkował przy elektrowni w Niedzicy przy drogowskazie ‚do zamku 500m po schodach’ – Erynia ‚uwielbia’ schody.
zamek w Niedzicy

schody… do zamku w Niedzicy

Przeszła, dotarła i nawet zwiedziliśmy cały zamek ‚po węgierskiej’ stronie Dunajca. W końcu dwa zamki tak bliskie siebie miały zupełnie inne historie. Nie będziemy ich tutaj opisywać, inni zrobili to niewątpliwie lepiej od nas (na przykład Elżbieta Dzikowska w „Groch i kapusta„). Zwiedzanie niestety, jeszcze bardziej niż w Czorsztynie, utrudniali nam turyści, których całe tłumy skorzystały z wakacyjnej soboty – ale w końcu mają do tego prawo. Za to W. czuł pewien ‚dyskomfort’ oglądając na szczycie wieży jakąś szmatę – wiele narodów, które wywieszają ‚coś’ na basztach, szanuje swój kraj wywieszając flagę narodową (nad Czorsztynem powiewała). Ale w końcu Niedzica to nie ‚dobro narodowe’ a jedynie „hotel” przy zamku. Również ‚przy wozowni’ – bardzo ciekawą acz małą wystawę powozów można było bowiem obejrzeć w zabudowaniach obok zamkowego parkingu – nie tego pod elektrownią(!) po zwiedzaniu czekały więc nas schody w dół.
Kościół pw.Świętej Trójcy i św.Antoniego Opata

Kościół w Łopusznej

A dalej już poszło gładko, i niestety – mokro. Powoli, powoli zaczęły się zapowiadane opady, tak że do Łopusznej dotarliśmy już w deszczu, ale warto było. Na początek pięknie wymalowany od wewnątrz kościół, nie ustępujący urodą temu w Dębnie (chociaż młodszy) za to można było się w nim zrealizować fotograficznie – zakazów nie było. Za to była bardzo ciekawie oprowadzająca po kościele przewodniczka. Z resztą jest to chyba specyfika regionu bo i w dworze Tetmajerów natrafiliśmy na przewodnika bardzo ciekawie opisującego i Dwór, i życie we dworach, i historię rodziny Przerwa-Tetmajerów. Może i wyposażenie dworu nie było oryginalne ale 
Dwór Tetmajerów

Dwór Tetmajerów

przewodnik rekompensował to, z naddatkiem, opisując po kolei wszystkie pomieszczenia od salonu po kuchnię a nawet ganek – tak charakterystyczny dla dworów polskich. Niestety deszcz uniemożliwił nam szaleństwa fotograficzne na zewnątrz, więc po zwiedzeniu wnętrz pozostał nam już tylko powrót do domu.

Poprzedni
Następny

2 odpowiedzi na Szlak „Drewna” i „Kamieni”

  1. Erynia

    Bo góralskie kapcie wymiatają 😉 . Przyznam szczerze, że w maju rozważałam zakup rumuńskich góralskich kapci, ale te do pięt nie dorastają naszym 🙂

  2. Asia | Byłem tu. Tony Halik.

    Ha ha ha! Też uwielbiam góralskie kapcie i też zawsze sobie zażyczałam parę, gdy ktoś wyjeżdżał w góry (lub chociaż do Krakowa) 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.