browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Trzy Miasta

do galerii Picasa

Vittoriosa

…a właściwie tylko jedno z trzech, Birgu zwane także, z włoska, Vittoriosą. Miasto to, leżące na cyplu pomiędzy Kalkarą a Sengleą, zauroczyło nas swoimi wąskimi, urokliwymi uliczkami. Dodatkowo port i marina jachtowa oraz plaża z widokiem na Valettę, a nade wszystko cisza i spokój. Co do tej ciszy i spokoju to zdania były podzielone, gdyż z jednej strony przyczynił się do nich podwójny Dzień Zwycięstwa (8 września Maltańczycy świętują odstąpienie Turków od oblężenia wyspy w 1565 oraz kapitulację Włoch w czasie drugiej wojny światowej), a z drugiej strony to samo święto uruchomiło wrzawę na wodzie i okolicach. O godzinie 14. w Wielkim Porcie (Grand Harbour) rozpoczęły się regaty wioślarskie Ghaqda Regatta Nazzjonali. Idąc sobie spacerkiem po półwyspie, dotarliśmy na sam jego koniec – prawie zamknięty z powodu (od)budowy zabytkowych fortyfikacji – oczywiście zakończony kamienistą plażą, z której obejrzeliśmy parę biorących udział w regatach łodzi. Mają one bardzo ciekawy „napęd”: dwóch stoi , dwóch siedzi a na dodatek wiosłują w różny sposób. Wracając do rzeczy, wszystkie sklepy były zamknięte i turystów też niewiele. Ci ostatni byli głównie widoczni w restauracjach i… muzeach. Tych i my sobie nie odpuściliśmy: z okazji święta, do większości (z wyłączeniem muzeum wojny) wejście było darmowe. Na pierwszy ogień poszedł więc Pałac Inkwizytora (Inquisitor’s Palace), na który rzecz jasna wpadliśmy przypadkiem. Wnętrza zrazu zdawały się bardzo surowe (kamień, kamień oraz kamień do imentu) ale począwszy od pierwszego piętra zachwycaliśmy się głównie pięknie malowanymi sufitami. Niestety, na wyspie zabrakło im chyba specjalisty od oświetlenia. Nie chodzi nawet o to, że bez porządnej lampy zdjęcia tam zrobić nie sposób (znaczy można, tylko co to za zdjęcie), ale podziwiać w naturze też nie bardzo się da. W świetle tych kilku (no, czasem -nastu) lampeczek halogenowych, zawieszonych gdzieś na wysokości kilku metrów, doświetlających nie wiadomo co. Wystarczały na tyle, żeby zepsuć zdjęcie a nie na tyle, żeby coś było widać. Sama wystawa poświęcona, nomen omen, inkwizycji, średnio przypadła nam do gustu. Również przypadkiem trafiliśmy w porcie na Muzeum Morskie. Sprawiło nam ono dużo więcej frajdy. Bardzo bogato wyposażone we wszelkiego typu modele statków i okrętów, narzędzia szkutnicze, przyrządy nawigacyjne a nawet, w ramach najnowszej historii, części nowoczesnych maszynowni. Jeszcze więcej frajdy, też związanej z żeglugą, sprawił Erynii powrót do Valetty na łódeczce luzzu za 2,5€ od łba. Erynia marzyła o tym, jak tylko zobaczyła te łódeczki na zdjęciu – co było praprzyczyną naszego przyjazdu na Maltę. W. co prawda mamrotał, że w takiej łódce spodziewał się raczej wioseł niż silnika ale tego to trudno zadowolić. Wracając, już autobusem, z Valetty do Sliemy spotkaliśmy troje polskich emerytów. Z ich rozmowy wynikało, że nie jest to ich pierwszy wyjazd zagraniczny. Wspominali coś o ubiegłych wakacjach na Maderze… Powodzi się tym polskim emerytom, oj powodzi! Po cichu typowaliśmy grupę zawodową dającą wystarczające dochody do takich wojaży: lekarze, farmaceuci, górnicy… zarząd związków zawodowych. Dzień W. zakończył drobnym pływaniem, fala zanadto utrudniała życie by popływała również Erynia. W nocy była zapowiadana od kilku dni burza.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.