browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Kłusaki, megality i saliny

do galerii Picasa

kłusaki i Ġgantija

W. zaszalał nastawiając budzik na 5:55, dzięki czemu już o 10:05 udało nam się dotrzeć na Gozo. Na pierwszy ogień miała pójść kolejna świątynia megalityczna – Ġgantija. W tym celu mieliśmy podjechać do Rabatu (Victorii), by stamtąd złapać coś do Xagħry. Plan uległ zmianie po pięciu minutach jazdy, w chwili gdy W. przycisnął stop, bo zauważył drogowskaz na Ġgantiję. Wysiedliśmy. Według drogowskazu było jakieś 2km marszu. W. zaczął się uśmiechać. Ten to chyba chce się nachodzić na zapas. W sumie czemu nie? W końcu oboje przez resztę roku jesteśmy przyspawani do biurek. To „czemu nie” nie było takie lekkie i bezbolesne – temperatura w cieniu zaczęła już dobijać do 35°C, a cienia widać nie było. Trasę za to umiliły nam wyścigi kłusaków, które mieszkańcy Gozo urządzili sobie na drodze między Xewkiją a Xagħrą. Mają co prawda w pobliżu specjalny tor, ale w święta swoją ulubioną rozrywkę organizują również na ulicach. Tu Erynia pogratulowała W. intuicji: nie ma szans, by przez najbliższe kilka godzin jakikolwiek autobus pojechał tą drogą. Zastanawialiśmy się, idąc wśród koni i koniarzy, czym oni te konie karmią – łąk to myśmy na wyspach nie widzieli – ale i tak konie były piękne.
kamienie w Ġgantiji

Ġgantija

Sama Ġgantija też nas nie zawiodła: porządnie przygotowane muzeum u wejścia, następnie ładnie poprowadzone ścieżkami przejście na teren świątyni. Idąc już z daleka widać było mur ułożony z gigantycznych kamieni – tylną ścianę budowli. Być może upał to sprawił (a może festa), że turyści nie dopisali i nie było tłoku (ani słit fociujących stonóg). Same megality jak to megality – duże były i poukładane w stosy. Nikt nie wie po co a W. jak zwykle uważa, że sobie ludziska chałupę zrobili na dłuższe mieszkanie – tylko po co im były takie wielkie kamienie?
Przecznicę od megalitów, znajdowało się muzeum w starym młynie. Tu przeżyliśmy zawód, na zdjęciach młyn prezentuje się w całości, w rzeczywistości kopuła była zdjęta a budynek obstawiony rusztowaniami. Nie przeszkodziło nam to zobaczyć wystawy w środku. Wystawy przedstawiały wyposażenie nie tylko młyna ale i innych warsztatów rzemieślniczych. Ciekawe było również pierwsze piętro pokazujące mieszkanie młynarza. Tylko sama część „młynarska” młyna okazała się całkowicie bezsensowna. Na szczycie było co prawda koło młyńskie ale nie przyczepione do żadnego napędu a i odprowadzenie mąki, kasz i innych produktów młynarskich było mniej niż symboliczne. Niemniej jednak patrząc całościowo nie można (zbytnio) narzekać. Szczególnie że wszystko to (3 muzea w cytadeli Victorii, Ġgantija i młyn) można było obejrzeć na jednym zbiorczym bilecie za 14€. Po dokulturalnieniu się, przyszedł czas na przyjemność poprzedzoną wysiłkiem. W., z uśmiechem na ustach (a jakże!) wymyślił, że zejdziemy do zatoki Marsalform pooglądać saliny i popływać. Tak około 3km spaceru w pełnym słońcu, przy temperaturze 36°C w cieniu – w słońcu nikt nie sprawdzał, tylko pytani o drogę Maltańczycy otwierali szeroko oczy. Jak zadecydował, tak uczyniliśmy, z tym że zamieniliśmy kolejność. Jak już dotarliśmy do Marsalform Erynia zaordynowała zimną Kinnie a W. uzupełnił starterami z owoców morza. Był to dobry podkład pod dalsze plany. Idąc w kierunku salin, mijaliśmy po drodze zatoczki – były zbyt kuszące, by w nich nie popływać. Jedna zaciekawiła nas szczególnie, gdyż w pobliżu morza wykute były w skale kwadratowe zagłębienia wyglądające na stare saliny. Arbitralnie uznaliśmy, że to na pewno TE saliny i zatrzymaliśmy się na odpoczynek. W tym miejscu przyznajemy, że o ile Malta może jest lepszym miejscem do zwiedzania, to Gozo do wypoczynku – przynajmniej dla nas. Dla przykładu, na wybranej przez nas kamiennej plaży było jeszcze tylko ośmioro osób.
do galerii Picasa

Saliny

Miasteczka są zaciszne, nie ma takiego ruchu samochodowego, co na południu Malty no i najeść się można owocami morza za połowę tego, co w Sliemie. Po kilku godzinach, w czasie których W. z wielką przyjemnością obserwował życie podwodne zaś Erynia usiłowała się (nieskutecznie) utopić, ruszyliśmy w dalszą drogę by po kilkuset metrach dotrzeć do właściwych salin. Tam porozmawialiśmy z właścicielem (dzierżawcą?) fragmentu z nich i uzupełniliśmy zapasy soli.
Powrót był już standardowy, środkami komunikacji publicznej, aczkolwiek ze względu na późną porę i niedzielę, i miejscami przygotowania do festy po stronie maltańskiej, jechaliśmy trochę wariacko. Na początek nie było żadnych autobusów przy porcie promowym. Później kierowca pierwszego, który miał jechać w naszym kierunku zapowiedział, że nie jedzie do końca trasy a i na wcześniejszych przystankach też się nie będzie zatrzymywał – to drugie akurat nam odpowiadało. Dojechaliśmy na odległość 3,5km od hotelu i już zaczęliśmy się zbierać do przechadzki – słońce już zaszło i ‚w cieniu’ było nie więcej jak 30°C, ale zdążył podjechać kolejny autobus i kolejny spacerek nie był już konieczny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.