browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Użhorod

Pomysł kolejnej majówki wpadł nam do głowy spontanicznie, po prostu oboje stęskniliśmy się za Ukrainą, a że to duży kraj, tradycyjnie postanowiliśmy pojechać tam, gdzie nas jeszcze nie widzieli – wzdłuż południowej jego granicy.
Ze względu na kierunek wyznaczyliśmy trasę przez Słowację. Niby koniec kwietnia ale przez całą drogę padał deszcz, na wysokości powyżej 300m przechodzący w śnieg. Miejscami olbrzymie „ciapy” śniegu padały prosto na przednią szybę, mocno ograniczając widoczność. Mimo to W. usiłował (nawet ze skutkiem pozytywnym) nie rozjechać napotkanych na drodze: lisa, borsuka i sporej ilości żab. Żeby tradycji stało się zadość, w Słowacji trafiliśmy na remonty dróg i to na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Po zaliczeniu piątego czerwonego światła Erynia aż zacytowała: „jeszcze tylko sto kilometrów takiej drogi i będzie pięęęękna autostrada do samego Bukaresztu„.
Fatum czy co?
Przejście graniczne słowacko-ukraińskie sprawiało wrażenie kameralnego zarówno pod względem rozmiarów jak i ilości samochodów (w porównaniu z polskimi przejściami z Ukrainą), złudzenie to nie przeszkodziło nam jednak odstać dwóch godzin – słowaccy celnicy w ogóle się nie spieszyli (i całe szczęście!) a za szlabanem był dziki tłum dzikich samochodów, żołnierze usiłujący regulować ruch i… nieśmiertelne prawo dwóch pieczątek! Tu Erynia, nauczona kontaktami z armeńską służbą graniczną, uzbroiła się w cierpliwość. Zresztą w porównaniu formalnościami na granicy gruzińsko-armeńskiej to był pikuś. A tak przy okazji – na drodze z Polski (od przejścia w Koniecznej) do Użhorodu nie jest wymagana winieta.
do galerii Picasa

Użhorod

Praca w korporacji ma swoje zalety – było się kogo zapytać o ciekawostki trasy, których trudno szukać w przewodnikach. Koleżanka Erynii nie zawiodła – otóż Zakarpacie (w szczególności okolice Użhorodu i Mukaczewa) słynie z win – wszak to dawne węgierskie tereny. Tu Erynia włączyła tryb poszukiwacza i wyniuchała winne degustacje między innymi w hotelu Ungvarskim. Już wiedzieliśmy gdzie będziemy nocować. Sam hotel znajduje się w strefie przemysłowej (trochę nam szczęki opadły, gdy po nocy usiłowaliśmy się tam dostać), kilometr od centrum miasta. Za to ma całkiem przyzwoity standard i jeszcze przyzwoitszy stosunek ceny do jakości. Recepcja czynna całą dobę z personelem mówiącym po rosyjsku i angielsku uszczęśliwiła nas do reszty. W końcu gdzieś w okolicach czwartej po północy (niektórzy powiedzą, że „nad ranem”) odpłynęliśmy w krainę snu.
Ranek tradycyjnie zaczęliśmy od poszukiwań bankomatu a nie była to rzecz prosta. Niby na mapie były blisko ale trzeba było obejść dookoła ogrodzone, zrujnowane tereny przemysłowe. W. próbował i ‚przy okazji’ podziwiał pięknie kwitnące kasztany, bzy i wisterie – u nas jeszcze ledwo pączki się pokazywały. Ponieważ i tak mieliśmy jechać samochodem do Rotundy Horiańskiej to ruszyliśmy w drogę i to dopiero była zabawa. Bankomat i owszem był, przy oddziale jakiegoś banku, tylko że oddział był w małym domku wyglądającym na nieużywany od dawna. Po zrobieniu kółeczka po pięknej ukraińsko-dziurawej drodze osiedlowej udało nam się z niego wyciągnąć hrywny. No to pierwsza przeszkoda zaliczona. Drugą było znalezienie cerkwi dobudowanej do Rotundy Horiańskiej, o której tak naprawdę nic nie wiadomo na pewno. W. trochę nakręcił pod dyktando GPSa i zwiedziliśmy okolicę ze szczególnym uwzględnieniem łatanych świeżym asfaltem dziur w jezdni. Oczywiście nikt się nie przejmował ruchem na drodze i pomiędzy robotnikami jeździły samochody wszelakie ubijając asfalt na równi z walcem. Przy jednej z takich mijanek, w końcu samochody na wąskiej drodze jeździły w dwie strony, W. usiłował doprowadzić Erynię do równowagi wyrównując stan nogi prawej – dotychczas zdrowej, do stanu nogi lewej. Nie do końca mu się to udało i Erynia nadal stąpa niezbyt równo, co najwyżej z uśmiechem pokazującym kły na wspomnienie wypadku.
Po zakończeniu działań niszczycielskich W. znalazł w końcu rotundę i… dowiedział się, że będzie otwarta dopiero po 17. I tak dobrze, bo gdyby nie wypadające właśnie święta wielkanocne to by można co najwyżej o zwiedzaniu pomarzyć.

wzgórze zamkowe


Ruszyliśmy więc do centrum Użhorodu (po węgiersku Ungvaru) obejrzeć zamek komitackiokolicę. Zaczęliśmy od greckokatolickiej katedry pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego a następnie przeszliśmy do zamku i leżącego pod murami Muzeum Ludowej Architektury i Życia (Закарпа́тский музе́й наро́дной архитекту́ры и бы́та – tłumaczenie dowolne – w rzeczywistości skansen, ale nikt z Ukraińców nie zna tego słowa). Oba miejsca nie zabijały sposobem pokazania eksponatów. I nie chodzi tu nawet o niewielkie ich bogactwo – choć były perełki, jak na przykład, paradna szabla Stefana Batorego czy wyliniały ubiór husarski z jednym skrzydłem (tylko takiego słabego huzara udało się upolować?!). Były również interesujące oryginały ikon i starodruków ale wszystko to było dosyć chaotycznie porozrzucane po zamku a przez to prawie niewidoczne. Podobnie w muzeum etnograficznym. Niby wszystko było co się tam powinno znaleźć ale tak trochę raził brak duszy połączony z brakiem „ogłady” – bo jak można delikatnie nazwać przykład chlewika w którego dwa pomieszczenia wyglądają jak chlewik w trzecim były rzucone byle jak deski i deszczułki – i to nie wyglądało jak drewutnia ale jakby ktoś nie wiedział gdzie wrzucić te deski (wrzucić, nie poukładać!).
Zamek prócz ekspozycji posiadał jeszcze dwie atrakcje dodatkowe: restaurację i degustację win. Zaczęliśmy od lekkiego obiadu W. zjadł banosz (mamałygę) z boczkiem i serem, Erynia hołubcie – małe gołąbeczki, by przejść bezboleśnie do degustacji. Nie była ona zbyt obfita choć wina były dość ciekawe, tak że mogliśmy kupić dwie butelki – nie były one aż tak dobre by szaleć z zakupami. {Opis win z degustacji}
Zwiedzanie ustawiliśmy sobie tak by po degustacji zdążyć wytrzeźwieć w skansenie (potwierdzone alkomatem) więc mogliśmy spokojnie dotrzeć do rotundy po 17.

Rotunda

Rzeczywiście freski na ścianach, jak i jej wystrój były godne obejrzenia – o dwukrotnej jeździe nie wspominając. Usatysfakcjonowani rotundą postanowiliśmy zajrzeć do miasta, zaparkowaliśmy przy deptaku i hajda w starówkę. Nie zapomnieliśmy również o boskich sprawach przyziemnych! W zlokalizowanej z niemałym trudem Chinkalni zjedliśmy chinkali tak dobre jak w Gruzji! Nawet ciasto było takie jak trzeba. Pojedzony W. doszedł do wniosku, że z planu został nam jeszcze do zrealizowania Zamek Newicki. I to była katastrofa. Zamek był widoczny z dołu a podjechawszy w jego pobliże znaleźliśmy szlaban przy wjeździe na jakąś budowę ze zgrają pilnujących go 5 psów i parę dróg w różne strony na których były znaczki „zamok 300m”.

Zamek Newicki

Wypróbowaliśmy jedną (500m w jedną stronę), drugą ostro pod górkę już tylko W. (stan kolan Erynii nie predestynował jej do takich eskapad) i nic! W końcu W. się zdrażnił i poszedł przez szlaban, psy i budowę hotelu – te 300m. I zamek był – no dobra ruiny zamku niezbyt w sumie romantyczne. Erynia idąc później (W. szedł na skróty) nie dała rady przebić się przez psy, tak więc Zamek Newicki pozostał dla niej legendą. Niestety oba wstępne spacerki tak opóźniły dotarcie do zamku, że słoneczko znudzone postanowiło W. opuścić i niewiele go było w scenerii zamkowej.
Sam Użhorod bardzo nam się spodobał, miasto pogranicza i wielu kultur, z różnorodną architekturą: od imponującego zamku (może nie w środku) i kościołów, poprzez eleganckie budynki uniwersyteckie, jednopiętrową, małomiasteczkową zabudowę i wille (w różnym stopniu rozpadu) aż po małe domeczki przy których stoją pergole z pnącą się winoroślą. Jak jest jeszcze miejsce, to wciśnięty jest bez (lilak) i wisteria, a gdzieniegdzie nawet irysy. Tyle z wiosennego biuletynu ogrodniczego.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.