browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Zamki Zakarpacia

do galerii Picasa

Zamki i pałace

Kolejnego dnia opuściliśmy Użhorod, kierując się „na wschód – w końcu tam musi być jakaś cywilizacja!” (© Seksmisja). Po drodze zahaczaliśmy o karpackie zamki. Na pierwszy ogień miał pójść Szent Miklosz zwany Zamkiem Miłości. Najwyraźniej jednak albo my albo GPS się pomylił, bo wywiózł na do zamkowych co prawda ruinek ale w zupełnie innym miejscu – w Serednie. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo trafiliśmy na wiejskie targowisko, z żywą zwierzyną: królikami w kartonach i drobiem wszelkiego sortu w klatkach. Trafiliśmy również na prawdziwych Cyganów, przemieszczających się wozami konnymi.

Cyganie nietaborowi

Rodowicz się pomyliła! (no może „nie ziupełnie” – to nie były wozy taborowe)
Następny w kolejce był zamek Palanka w Mukaczewie. Ten, choć mocno zniszczony, jest imponujący i ma bardzo bogatą historię. I to już jest prawdziwa twierdza, składająca się z trzech zamków oddzielonych od siebie fosą. Miejsce jest pomału remontowane, w odnowionych pomieszczeniach można obejrzeć ekspozycję historyczną (z napisami ukraińskimi i węgierskimi), etnograficzną, zakupić suweniry wszelkiego rodzaju, albumy, przewodniki i książki traktujące o kuchni zakarpackiej – wszytko po ukraińsku. W ogóle na zamku jest dużo śladów przeszłości węgierskiej. Jest również miejsce, w którym można degustować wino zakarpackie, z tym że tu degustacja odbywa się na pełne stakany. Odpuściliśmy.

Mukaczewo

Po zamku przyszła kolej na centrum miasta. Tu dla odmiany można rzucić okiem na dawny pałac włodarzy miasta – Rakoczych a następnie Schoenbernów. Rzut oka mógł być tylko pobieżny, gdyż pałac mieści w sobie szkołę plastyczną. Żeby nie było za nudno (sto piętnasty pałac, dwieście czternasta cerkiewka), przeszliśmy się jeszcze Prospektem Miru, podziwiając kwitnące kasztany po obu stronach ulicy. W polskich miastach nie ma tyle zieleni. Dużo łatwiej wyciąć drzewa i zastąpić ekranami. Tej miejskiej zieleni Ukraińcom zazdrościmy. W Mukaczewie trafiliśmy też na regionalny deser – czernosliw (чернослив): prawdziwe wędzone śliwki (nie kalifornijskie!) nadziewane orzechami i polane miodem albo skondensowanym mlekiem albo sosem czekoladowym. Dobre to było!

zamek miłości

Dalsza droga poprowadziła nas przez Czynadijowo (Чинадійово), gdzie w końcu trafiliśmy na mocno zrujnowany (choć jeszcze zadaszony) pałac Szent Miklosz, zwany również zamkiem miłości. Skąd ta nazwa? Ciągle nie mamy pojęcia. Parter zamku, względnie wyremontowany, mieścił stare meble z różnych epok i najprawdopodobniej prywatne mieszkania. Mieszkańcy tychże, dorabiają sobie opowiadając większym grupom turystów historię zamku. Dla naszej dwójki nie chciało im się angażować, przez co zwiedzaliśmy (za ich pozwoleniem) za darmo. Piętro zamku (jeszcze bardziej zrujnowane) jest zarazem galerią obrazów o różnej tematyce i poziomie… Król Lew wywarł na nas niezapomniane wrażenie…
Dwa kilometry za Czynadajowem znajduje się sanatorium Karpaty, mieszczące na swoim terenie letnią rezydencję Schönbornów. Rzecz jasna, nie można sobie ot tak wejść na teren – przy bramie zostaliśmy poproszeni przez ochroniarzy o uiszczenie „dobrowolnej” opłaty w wysokości 10 hrywien ode łba. Pałac był tego wart. Nie dość że najlepiej ze wszystkich zachowany, to jeszcze pięknie położony w parku przechodzącym w las.
Przegonił nas dopiero deszcz. Padało praktycznie całą drogę do Kołomyi, tak więc Erynia obyła się smakiem i nie fotografowała: pięknych, zalesionych gór, mocno dziurawych dróg (wystarczyło, że je „czuliśmy” każdą kością), drewnianych cerkiewek i domków, zabudowanych studni na podwórzach, przypominających te z północnej Rumunii i Mołdawii. Dzięki temu trafiliśmy do Kołomyi zaledwie po dwudziestej drugiej a nie po drugiej, na co się wcześniej zanosiło. Do samego hostelu „Na kuti” („on the corner”) dotarliśmy jeszcze później, gdyż położenie „w centrum i na rogu” ulicy bynajmniej nie gwarantuje dobrej widoczności. Ta akurat była fatalna: trafiliśmy na deszczową noc i nieoświetloną okolicę. Na szczęście GPS, po początkowych fochach, sprowadził nas w końcu na dobrą ulicę a dalej poradziliśmy sobie sami. Mimo późnej pory przywitano nas ciepło i językiem polskim – właściciel uczył się go w szkole.
I tutaj mała dygresja na temat dróg wiodących przez Karpaty. Asfalt i owszem jest na nich położony, są nawet szerokie i proste ale ser szwajcarski przy nich to dziur wcale nie ma. Dowiedzieliśmy się praktycznie dlaczego drogi są szerokie – żeby można, jeżdżąc od brzegu do brzegu omijać dziury. Normalny człowiek widząc zbliżający się z naprzeciwka samochód jadący „na czołówkę” trochę by się zmitygował, na tych drogach każdy wie, że jeździ się po całej powierzchni drogi a w sytuacji ‚zbyt bliskiej odległości’ od drugiego samochodu ‚znajduje się’ jakieś miejsce na mijankę.
Jeżdżąc po drogach Ukrainy byliśmy trochę zdziwieni brakiem DAI. Przy okazji rozmów z bardzo miłymi właścicielami hostelu, dowiedzieliśmy się się, że ją zlikwidowano. W zamian stworzono policję i dano jej jedynie prawo do patrolowania ulic. Zrozumieliśmy napis na granicy „Ukraina krajem bez korupcji. Korupcja jest przestępstwem kryminalnym” – nie mieliśmy okazji „złamać prawa”.

trasa przez Zakarpacie.


 

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.