browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Chojnice i Człuchów

do galerii Picasa

Chojnice

Dalej nie przeszło już tak ulgowo. W końcu trzeba było coś w okolicy zobaczyć. Padło na Chojnice. Kiedyś jedna z większych twierdz zachodniej granicy państwa krzyżackiego dzisiaj także nie najmniejsze miasteczko. Z murów co nieco zostało i baszt też parę a do tego nastawienie do turystów było więcej niż wzorowe. Za zgodą obsługi zaparkowaliśmy przy stacji benzynowej i po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy do Bramy Człuchowskiej. Szczęśliwym trafem znajduje się w niej Muzeum Historyczno-Etnograficzne. Bardzo miła pani kustosz oprowadziła nas po wszystkich piętrach wieży. Każde piętro poświęcone jest innej części historii i w sposób zwięzły acz poglądowy przedstawia: historię najstarszego w Polsce klubu jachtowego, historii regionu w tym Towarzystwa Kurkowego, etnografii regionu i wyposażenia wnętrz. W innym z budynków, oprócz wystawy sztuki współczesnej – kilka eksponatów nawet, nawet, zwróciło na siebie uwagę W. – był piec kaflowy (działający!) tak interesujący, że niektórzy ‚artyści’ współcześni sugerowali by przy ich wystawach piec był zasłonięty. Nie chciało się nam opuszczać tak miłego miejsca ale zachęcono nas do obejrzenia również dwóch kościołów Bazyliki Mniejszej pw.Ścięcia Św.Jana Chrzciciela oraz Kościół Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny z których bazylika mniejsza jest starsza ale uboższa a stojący opodal kościół jest młodszy ale całkiem ładnie wystrojony. Po obejrzeniu rynku ze stylowym Urzędem Miasta oraz paru uliczek w pobliżu ruszyliśmy w kierunku zabytkowej wieży ciśnień. Potraktowaliśmy ją jednak po macoszemu przyglądając się jej jedynie ‚z odległości’, bo po kłach Erynii widać był nadchodzący głód.
do galerii Picasa

Człuchów

W. zasugerował więc delikatnie, że znajdzie coś do jedzenia ruszył w kierunku Człuchowa. Po drodze co prawda nic do jedzenia nie było ale za to w barze pod zamkiem całkiem przyzwoita kuchnia domowa ugościła nas ruskimi pierogami ze skwarkami – golonka też była ale jak tu jeść golonkę bez piwa!
Po spożyciu bez ‚spożycia’ przeszliśmy do zamku. Niestety ‚te wstrętne Prusaki’ rozebrały jeden z większych krzyżackich zamków, tak że pozostała po nim jedynie wieża zamkowa, dobudowany później kościół ewangelicki – przerobiony na muzeum, trochę ruin i park. Obejrzeliśmy co się dało, trochę smutno przechodząc przez zabezpieczoną część odkopanych ruin piwnicznych. Pozostałe części były już mniej przygnębiające a schody w grubości murów, po których dozwolone było jedynie wchodzenie, oczarowały W.. Żeby nie było, wewnątrz baszty są zarówno normalne szerokie schody jak i windy.
Usatysfakcjonowani historycznie skierowaliśmy się w kierunku Swornychgaci, gdzie Erynia oczekiwała, że wreszcie będą gofry z bitą śmietaną i jagodami. Były i nawet smaczne ale zdaje się, że Erynia zrozumiała dlaczego W. woli jeść oddzielnie gofry, oddzielnie jagody a śmietanę można dojeść, także oddzielnie, w międzyczasie. Tak ‚pooglądani’ i ‚pojedzeni’ wróciliśmy leśną drogą do Parszczenicy.
W. znowu miał frajdę jazdy przez las!

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.