browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Los Cancajos

do galerii Google+

Los Cancajos

Na Okęciu, już w hali odlotów zauważyliśmy grupę na smyczy, no dobra: na wielu jednakowych smyczach i z obrożami (no dobra, opaskami na rękach) – także wszystkie jednakowe z logiem „Lewiatan”. Nie wiemy czy to wycieczka zakładowa czy premia dla najlepszych ale mimo smyczy zachowywali się tak, jak by się właśnie ze smyczy zerwali. Ledwo samolot wystartował, zaczęło się picie (mimo zakazu ogłoszonego przez załogę) a potem standard autobusu na grzyby – no, może bez seksu i mordobicia (chociaż do tego pierwszego niewiele brakowało). Jeżeli to kwiat Lewiatana, to wolimy wąchać inne kwiatki. A choć lot trwał prawie pięć i pół godziny, jakoś dotrwaliśmy do jego końca. Z lotniska sprawnie przewieziono nas autobusami do apartamentów Las Olas – około kilometra od lotniska. Inni mieli dalej. Na szczęście „Lewiatan” także. Przy recepcji mieliśmy pierwszy kontakt z hiszpańskim. Ponieważ jednak hotel jest międzynarodowy to można się było porozumieć po angielsku. Stało się to szczególnie ważne, gdy musieliśmy wywalczyć zmianę apartamentu. Przeznaczony dla nas numer 600 był co prawda na poziome basenu ale patrząc z drugiej strony był… w piwnicy, i takież zapachy w nim dominowały. Przy braku klimatyzacji (we wszystkich apartamentach) pokój praktycznie bez przewiewu i możliwości otwarcia okien na noc niespecjalnie nam odpowiadał. Na szczęście, uprzejme recepcjonistki, na równie uprzejmą (tym razem nawet bez ironii i podtekstów) prośbę Erynii, znalazły nam apartament wielkościowo identyczny ale na drugim piętrze i mniej ‚pachnący’. Nawet dorzuciły do pokoju wiatraczek. Informacja dla tych, co nie mogą żyć bez internetu – Wi-Fi dostępne tylko w lobby hotelowym.
Po zakwaterowaniu się przyszedł czas na obiadokolację. I tutaj W. dziękował swojej Mamie, że przygotowała go do życia – takiego też! Bo posiłek w tej restauracji to celebra. Na wstępie asystentka oprowadziła nas po części typu: szwedzki stół i poinformowała o zasadach korzystania z restauracji przy kolacji i przy śniadaniu. Następnie, wzdłuż szpaleru stojących na baczność kelnerów, doprowadziła nas do stolika informując jednocześnie, że kelnerzy przyjmą od nas zamówienie na wina i napoje (płatne dodatkowo). Kelnerzy oprócz przyjmowania zamówień na napoje, bardzo sprawnie oczyszczali stoły ze zużytych talerzy – a było ich dużo bo… postanowiliśmy popróbować ile się da, narzucając sobie jedynie reżim ilościowy na talerzach. Zaczęliśmy od zupy rybnej. I bardzo dobrze, że wzięliśmy małe czarki – zupa była tak wyśmienita, że moglibyśmy jeść tylko ją a tu czekały już na nas pieczone na blasze (i na naszych oczach) kawałki tuńczyka (mniam mniam!), podobne do sardynek rybki w sosie własnym, sery (jeden chyba kozi, drugi zwykły, żółty), pieczywo w kilkunastu rodzajach, surówki i sałatki – zatrzęsienie (W. wziął jedyne cebulę – by spróbować czy jest słodka. Była!), owoce (tu W. poszalał), kilka rodzajów ciast oraz lody. Po kolacji W., który prawie dobę nie spał, powiedział basta i poszedł spać!
skałki nadbrzeżne

skałki nadbrzeżne


Rankiem wybraliśmy się na spacer po okolicy. W zamierzeniach była co prawda stolica wyspy – w linii prostej raptem 6km – ale ponieważ W. nie lubi prostych dróg, poszliśmy wzdłuż brzegu i po paru zakrętach dotarliśmy do plaży. Po drodze W. szalał z aparatem uwieczniając wszystkie możliwe kamienie i fale w zatoczkach. Dopadł nawet kraby, które jednak uciekały przed nim do wody. Że nie wszystkie ‚owoce morza’ miały tyle szczęścia, mieliśmy okazję przekonać się w barze tapas. Erynia z rozpędu zamówiła jakieś tapas ale W. przeglądając kartę zauważył, że chyba nie o to jej chodziło. Cena dania opiewała bowiem na prawie 40€ podczas gdy w Grenadzie byłoby to w okolicach 12€. Udało jej się zmienić zamówienie na ‚trochę’ tańsze (26€) ale i tak było wyśmienite. Kalmary zapiekane z cebulką i krewetki podane we wrzącej oliwie. A do tego oczywiście wino. Wszystko palce lizać… I to wszystko z widokiem na ocean, i na… informację turystyczną. Pojedzeni poszliśmy więc tam natychmiast i to także był dobry wybór. Dwie przemiłe niewiasty po angielsku (po francusku też) po pierwsze zaprosiły nas na degustację sosów ostrzegając, że ten ostatni jest szczególnie ostry. Spróbowaliśmy, był „normalnie” ostry – taki dobry węgierski smak, ust nie urywało. Po wyjaśnieniu dlaczego nie jest to sos ‚bardzo ostry’ tylko ‚normalnie ostry’ wywiązała się miła pogawędka o La Palmie i nie tylko. W każdym razie polecamy ten punkt wszystkim zainteresowanym wyspą.
schody na playa de los Cancajos

schody przy plaży

Aby się Erynia zbytnio do dobrego nie przyzwyczaiła zaczęły się schody – dosłownie. W. nie mógł sobie odpuścić i wyprowadził ją z nad plaży na ‚wysoki poziom’ po schodkach, dużej ilości schodków. Sam przy tym zrzucił z grzbietu koszulę i załapał co nieco roentgenów. Aby nie wracać tą samą drogą poszliśmy w stronę lotniska trasą asfaltową, wzdłuż drogi. Widoki także były ładne, roślinność dla nas zupełnie dziwna, chociaż niektóre rośliny rozpoznawaliśmy. Co kawałek przebiegały nam pod nogami jaszczurki, a słoneczko świeciło zabarwiając W. na coraz bardziej różowawy kolor. Różnice szczególnie ładnie było widać po zdjęciu z ramienia torby fotograficznej, ponieważ W. ją przekładał z ramienia na ramię wyglądał jak po zdjęciu stanika. Ponieważ nie samymi schodami człowiek żyje W. znalazł skrót – tym razem nie po schodach a, miejscami, po kamieniach i piargach. To tak żeby nie było nudno i żeby Erynia mogła spokojnie ujawnić głębię swych uczuć – ujawniła, ale do hotelu doszliśmy bez szkód na ciele. Zdążyliśmy nawet chwilę odpocząć przed spotkaniem z rezydentką. Było miłe ale odnieśliśmy wrażenie, że biuro nastawione jest na czerpanie zysków z organizowanych własnych wycieczek a nie na informowanie klientów o wyspie. Dlatego, między innymi, nie lubimy wyjazdów organizowanych (nie przez nas samych). Po spotkaniu z rezydentką i drobnym odpoczynku W. poszedł przetestować przyhotelowy basen – wrócił zniesmaczony, woda była słodka i chlorowana! Nie raz już mówił swoje „Zrozumieć to nie znaczy wybaczyć” i tym razem też to powtórzył.

Poprzedni
Następny

9 odpowiedzi na Los Cancajos

  1. krystyna

    Piękna szara plaża. Ale to piasek czy kamienie? I prawie pusta, to oczywiście wielka zaleta.

    • W.

      Ta akurat jest piaszczysta (z piaskiem czarnym) ale będzie i taka ‚pół na pół’.
      Bez względu jednak na typ po paru godzinach słońca trudno jest po nich chodzić boso. Za to wszystkie miejskie (nie dzikie) mają prysznice ze słodką wodą do opłukania ciał (i nóg) z tego „piaseczku”.

    • Erynia

      Od siebie dodam, że piasek ma pochodzenie rzecz jasna wulkaniczne.

  2. Pudelek

    Ciekawa plaża z tym czarnym piaskiem. Kraby też zabójcze 😉

    Ale i tak najbardziej zdziwił mnie sam początek – zakaz picia w samolocie? To jakaś nowość! Znam takich, co na trzeźwo nie wejdą, bo się zwyczajnie boją 😉

    • W.

      Nie chodzi o alkohol który mieli „w sobie” przed wejściem do samolotu ani serwowany przez obsługę ale o te butelki które były otwierane praktycznie po zajęciu miejsc.

  3. W.

    My też nie, ale tym razem skusił nas przelot i lokum – i na tym się właściwie zakończył nasz kontakt z biurem podróży – bez znajomości terenu i języka (hiszpańskiego) woleliśmy nie ryzykować wyszukiwania internetowego. Resztę i tak zamierzaliśmy zorganizować sobie sami na miejscu – i to się nam także udało (będzie o tym w następnych wpisach)

  4. Nowy

    Bardzo lubię czytać wasze opowiadania, wasz sposób zwiedzania, wasze spojrzenie na otaczający świat. Chociaż jeżdżę bez porównania mniej niż Wy, ale, podobnie do Was, nigdy, nigdy na zorganizowane wycieczki. Tego nie jestem w stanie strawić.
    Dzięki wielkie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.