browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Sanktuarium Las Nieves i plaże

do galerii Google+

Las Nieves

Na dzień następny Erynia zaplanowała powrót na północ a po drodze drobny wyskok w bok do Sanktuarium Virgen de Las Nieves. To ostatnie indywidualnie zwiedzać można jedynie do południa, więc ustawiliśmy plany tak, by był to „pierwszy punkt programu”. I był! Co prawda figurka wygląda dosyć nieciekawie (widać jedynie twarz) a nawet na filmie pokazywanym w muzeum nie jest to wzór urody kobiecej, za to sukienki były piękne, zdobione haftem i kamieniami. Wota srebrne wyglądają jak by były bite z jednej sztancy. Za to wota woskowe były bardzo ciekawe. Wszystko to oraz inne ciekawostki z życia dawnej parafii obejrzeć można było w przykościelnym muzeum.
Bajada de la Virgen de Las Nieves

Bajada de la Virgen de Las Nieves Danza de los EnanosDanza de los Enanos

A sam kościół, mimo że mały, jaśniał od srebrnego ołtarza (zupełnie nie pokrytego patyną?! – albo czyszczą albo pomalowali) tworząc przy tym atmosferę pobrzmiewającą muzyką klasyczną. Sama figurka wyeksponowana na ołtarzu, przybrana tym razem w biel, jest co 5 lat wietrzona na spacerze do Santa Cruz de La Palma i z powrotem (patrz obok). Jest to wielkie święto z całą celebrą, której opisać się nie podejmiemy.
Przy Las Nieves drobna uwaga techniczna: podjazd na parking to skręt w lewo i krótki podjazd bardzo ostro pod górę. Zjazd może dla odmiany doprowadzić do trzasku z przodu (w samochodach z niskim zawieszeniem).
do galerii Google+

Los Sauces

Jadąc dalej na północ zatrzymaliśmy się na chwilę w Los Sauces. Mała mieścinka z ładnym kościołem i placykiem. Ruch jak na La Palmę dosyć duży. Po drobnym spacerze ruszyliśmy dolej na północ bo tam jest pięknie widoczne na mapach okrągłe oczko wodne zwane La Laguna de Barlovento. Od razu kojarzy się to człowiekowi z kalderą wypełnioną wodą. Może i była to kiedyś kaldera ale my zobaczyliśmy ogrodzony siatką, wybetonowany, prawie opróżniony zbiornik na wodę. Żeby nie było, wokół miejsce przygotowane niemal jak przy wielkiej atrakcji turystycznej – pole biwakowe, w tym dla kamperów, pełne ‚słupków’ grillowych, a nawet jeziorka z kaczkami i restauracja (te kaczki to chyba dla tej restauracji). W sumie bardzo, bardzo wielkie nic! Uśmiani od ucha do ucha ruszyliśmy do Piscinas de La Fajana gdzie miały być naturalne baseny. Zjazd był wariacki, wąską stromą drogą wśród plantacji bananowców i przez to może coś pomieszaliśmy i choć dojechaliśmy do latarni morskiej Faro de Barlovento, to ani po drodze ani przy latarni nie było ani żadnej informacji ani nawet miejsca do zaparkowania. Zaparkowanie na tej drodze równało by się jej zablokowaniu więc chcąc nie chcąc ruszyliśmy dalej – tym razem pod górę, miejscami ostro a miejscami jak wjeżdżaliśmy na pagórek to nie było widać drogi przed samochodem – a w tych warunkach nie należało zakładać, że ona tam jest. W. dał radę, dał radę nawet dojechać do drugich basenów naturalnych Charco Azul ale ilość ludzi przekroczyła dopuszczalną dla nas normę i zgodnie postanowiliśmy nie zatrzymywać się tutaj na dłużej. Dla chcącego wreszcie popływać W.
do galerii Google+

San Andrés

pozostała więc tylko plaża w Los Cancajos. A żeby nie było mu za dobrze, Erynia zażyczyła sobie jeszcze przystanku w San Andrés – bo ponoć to ładne miasteczko. Nie wiemy czy to miasteczko ale rzeczywiście nastrojowe i ładne więc spędziliśmy w nim chwil parę. Znacznie więcej czasu spędziliśmy na plaży gdy już w końcu do niej dotarliśmy. W. oczywiście natychmiast wdział maskę i poszedł napawać się światem podwodnym (a było czym, opisać byłoby trudno). Czyli prawdę mówi przysłowie, że najciemniej jest pod latarnią. Erynia bawiła się równie dobrze, szczególnie że wulkaniczny piasek ze sporą zawartością żwirku był wyśmienity zarówno do masażu (stóp! i nie tylko) jak i do pilingu.
Z ciekawostek: przy kolacji można było sobie wybrać smażonego, przy nas na blasze, tuńczyka. W. to nie wystarczyło – zdziwioną obsługę poprosił o kawałek surowego. Zrozumieliśmy dlaczego Japończycy tak go cenią. To było niebo w gębie – ten pieczony przy surowym był prawie bez smaku.

Poprzedni
Następny

5 odpowiedzi na Sanktuarium Las Nieves i plaże

  1. bbjk

    O, ładne wakacje. I czytam, że smaczne! 🙂

  2. Erynia

    Krystyno,
    Z tego co zauważyliśmy Firefox w jakiś sposób blokuje zdjęcia. Próbowałaś zmienić przeglądarkę? Na Operze i Google Chrome otwierają się bez problemu.

  3. krystyna

    W. ma już chyba spore doświadczenie w pokonywaniu ekstremalnych tras i lubi takie wyzwania.
    Zdjęcia na razie nie są dostępne, przynajmniej u mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.