browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Od Tazacorte do La Cumbrecita

do galerii Google+

Tazacorte

Sala restauracyjna była „z widokiem na Teneryfę”. Tym razem jedząc śniadanie, widzieliśmy na horyzoncie ścianę deszczu. Lało na Teneryfie albo pomiędzy wyspami. Nad nami chmury. Tylko gdzieniegdzie nad oceanem widać było drobne przebłyski słońca. Jadąc na zachodnią stronę wyspy przejeżdża się tunelem pod granią kaldery. Na drugim końcu tunelu przywitało nas słońce i świeciło bez jednej chmurki aż wróciliśmy na wschodnią stronę tunelu – prosto w chmury skraplające się na szybach auta. Wizytę na zachodzie wyspy zaczęliśmy od Centrum Informacji przy parku Narodowym Kaldery Taburiente (Centro de Visitantes de La Caldera de Taburiente). Tam udało nam się zdobyć porządną mapkę ze ścieżkami pieszymi w parku, jak również informacje przydatne do zaplanowania kolejnego skoku w bok. Ale to jeszcze nie dzisiaj. Kolejnym punktem programu było Puerto de Tazacorte – niegdyś spokojna wioska i port rybacki, znany z tego, że w 1492 roku to właśnie tu Hiszpanie po raz pierwszy postawili stopę (a nawet wiele stóp) i rozpoczęli podbój wyspy. Ta sama plaża była lata później miejscem postoju europejskich flot podczas kolonizacji Afryki. To stamtąd sprowadzono na wyspę bananowce. Obecnie to mały kurort z całkiem kameralną, piaszczystą plażą. Plażę sobie odpuściliśmy, tym bardziej że było mało skałek, więc i mniej życia podwodnego do oglądania (W.). Wróciliśmy więc do Tazacorte, miasta gdzie na każdym wolnym kawałku ziemi są założone gaje (sady?) bananowe. Zresztą miasto wzbogaciło się na handlu bananami, i z tych pieniędzy powstały rezydencje (Casa Massieu, Casa Diaz Pimienta), które dzisiaj można podziwiać. Dla nas podziwianie pozostało w fazie raczej teoretycznej, gdyż na drodze dojazdowej do wyżej wzmiankowanych, był remont z rozkopami, tak że nawet dojść nie wszędzie można było. To, co było widoczne (w tym muzea), było pozamykane – trafiliśmy na porę siesty, a siesta to rzecz święta. Za to poszliśmy do centrum miasta. Pomysł był zacny, gdyż trafiliśmy na Plaza España z ławkami wykładanymi kafelkami sprowadzonymi z Sewilli, pod pergolą obrośniętą bugenwillą.
pergola w Tazacorte

Plaza España 360°

Nie dość że cudo estetyczne, to jeszcze dawało wytchnienie w upale. Bo po tej stronie wyspy, jak już wzmiankowaliśmy, chmur prawie nie było a temperatura we wrześniu dochodziła do 28°C w cieniu. Zatęskniliśmy za „wiaterkiem” z Fuencaliente. Pokrzepieni, w międzyczasie, jamon iberico i queso palmero
do galerii Google+

Los Llanos

(szynka suszoną i miejscowym kozim serem), rzuciliśmy jeszcze okiem na dwa place (w tym jeden z Ratuszem) i pojechaliśmy na chwilę do Los Llanos de Aridane, stolicy gospodarczej wyspy, miasta chyba nawet większego od Santa Cruz de la Palma. Zatrzymaliśmy się na placu (a jakże) Hiszpańskim (Plaza España), gdzie oprócz kościoła, nowoczesnych rzeźb i murali w okolicy (wynik projektu Miasto w Muzeum – Forum Sztuki Współczesnej z 1999), podziwialiśmy drzewa laurowe sprowadzone niegdyś przez Hiszpanów z Indii – drzewa ponoć najstarsze na wyspie.
Kolejnym punktem na trasie było miasteczko El Paso, gdzie zajrzeliśmy na moment na targ rolniczy. Oprócz świeżych owoców i warzyw, można tu było jeszcze zakupić miód, konfitury z lokalnych owoców (w tym z kiwi), gotowe mieszanki soli (rzecz jasna z salin Fuencaliente) z ziołami i przyprawami, sery, wyroby jubilerskie z kamienia wulkanicznego oraz wełniane babcine narzutki zrobione na drutach. Co kto lubi. My ograniczyliśmy się do owoców. W. musiał oczywiście kupić coś czego jeszcze nie próbował – proste banany! Dobre były, chociaż trochę inne w smaku – lekko kwaskowate.
El Paso to miasto z chyba najbardziej wypasionym – w sensie zaopatrzenia – punktem informacji turystycznej na wyspie. Oprócz „punktu poboru informacji” był punkt robienia cygar (etnografia), pokazu (sprzedaży?) alkoholi (marketing) i pokój z malarstwem, dawnymi ubiorami i malarstwem (sztuka). Podejście bardzo zbliżone do punktu w Swornychgaciach (no może oprócz alkoholi).
do galerii Google+

La Cumbrecita


Podczas rozmowy chcieliśmy zarezerwować parking przy La Cumbrecita – miejscu, skąd według przewodników najlepiej widać morze chmur. I to tu (ku naszej radości) pani nas uświadomiła, że po godzinie 16:00 można jechać na Cumbrecitę bez rezerwacji (normalnie jest wymagana z powodu małej ilości miejsc parkingowych ‚na górze’ a niżej nie ma gdzie zawrócić). Chwilę później (tym razem ku naszemu rozczarowaniu) pani oznajmiła, że teraz będziemy mieć świetny widok z góry, bo chmur… już nie ma – wystarczyło jej jedno spojrzenie za okno. Nic to, i tak pojechaliśmy. Sama droga, poza pięknymi widokami, dostarczyła nam jeszcze dreszczyku emocji – wąska, bez barierek, zakręciasta tak, że nic nie widać z drugiej strony. W. trzymał kierownicę dwoma rękami, ale nie gwizdał więc Erynia jedynie wygniatała podłogę stopami – nie blednąc. Piękne widoki towarzyszyły nam zarówno na górze jak i w drodze powrotnej, aż do momentu wyjazdu z tunelu prowadzącego na wschód wyspy. Tu już nie było widoków, była mgła, a właściwie chmury i poniżej 20°C ‚w cieniu’ – bo słońca widać nigdzie nie było. Szok temperaturowy dało się odczuć.

Poprzedni
Następny

3 odpowiedzi na Od Tazacorte do La Cumbrecita

  1. bbjk

    Oj, chyba dzięki lekturce Waszych wpisów nabrałam ochoty na wczasy! Ale to pewnie dopiero za dwa, trzy lata… 😉

    • Erynia

      Bejotko,
      Wszystko zależy od definicji wczasów. Nieważne czy to Gruzja czy Malta, wyjazd z biurem podróży czy bez – z wakacji wracam jednakowo zmęczona fizycznie i zresetowana psychicznie 🙂

    • W.

      nie ważne czy Parszczenica czy Zalipie…
      dalej jak u Erynii 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.