browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Trzy winnice i wioska

Ach ta nowa praca Erynii – ma swoje zalety, ma i wady. Niskie prawdopodobieństwo otrzymania urlopu dłuższego niż dwa tygodnie jest „wadą blogową”. W jej efekcie podejmujemy spacjalnie działania wykonywane normalnie „przy okazji”. Tak było i z wizytą na Węgrzech. Wygląda na to, że rok bez odwiedzenia Węgier jest rokiem straconym, więc postanowiliśmy tym razem Węgry (a właściwie rejon Tokaju) odwiedzić specjalnie. Przedłużyliśmy „łikend” o jeden dzień i w czwartek po pracy ruszyliśmy do Rátki. Problemy z samochodem i serwisem spowodowały opóźnienie wyjazdu o trzy godziny (i drobną awanturkę) ale jakoś dotarliśmy do celu około kwadransa na 12 w nocy (podajemy za dziadkiem W. – dla nieobytych ze staropolskim 23:15). Zakwaterowaliśmy się w Smaida Guesthouse i… o tej porze, po pięciu godzinach ciągłej jazdy, można już tylko iść spać.
do galerii Google+

okolice Tokaju to nie tylko wina

Na sobotę zaplanowaliśmy odwiedziny w naszych ulubionych domach wina, i może coś przy okazji. Plan może i nie był zbyt napięty ale bardzo obciążający… więc zaraz po śniadaniu (proste ale smaczne i do syta – podziękowania dla Erynii za znalezienie kwatery) ruszyliśmy do Patriciusa. Degustacja, jak zwykle, odbyła się w miłej i ciepłej atmosferze a nasz ulubiony opiekun Adam Geri pomógł nam wybrać wina (i dobrze wydać pieniądze). {Opis win z degustacji}
do galerii Google+

Erdőbénye

Ponieważ w winnicy Árvay’a umówieni byliśmy na 16. W. postanowił pojechać „gdzieś”. Tym razem „gdzieś” okazało się bardzo miłą i cichą mieścinką Erdőbénye zwaną. Niby niczym specjalnym, po wierzchu, się ta wieś nie wyróżnia ale przy 1200, mieszkańcach ma dwa muzea, dwa kościoły wyznań różnych i ponad 20 piwnic – tudzież organizuje corocznie festiwal winiarski ([Pl 2014], [Pl 2016], [En, aktualny]!)
Zacznijmy od końca, nie znaleźliśmy „Borhaz” tak widocznych w okolicach miasta Tokaj, ale są. Kościoły łatwiej było znaleźć – stały przy głównej ulicy – ale oczywiście były zamknięte. Węgrzy nie wyglądają na chorych na religijność, możemy więc zrozumieć zamknięte bramy kościołów. Za to bramy muzeów otwarte były na oścież albo otwierały się sercem wielkim acz z językiem jedynie węgierskim. Pierwsze z nich – Tájház – pokazywało kowalstwo artystyczne, w tym, na filmie, obejrzeć można było proces wykuwania korkociągu. A różnych korkociągów było w szafkach i na rycinach – bardzo dużo. Drugie – Kovács-műhely Múzeum – było bardziej muzeum etnograficznym pokazującym wyposażenie domu, warsztatu i zagrody. Bilety były w cenie symbolicznej – 200HUF(~3PLN) za osobę. Aż głupio byłoby nie wejść. Tylko ten brak możliwości rozmowy…

dom rabina

Problemów tych nie było w domu rabina w Bodrogkeresztúr, z chasydem rozmawialiśmy po angielsku, ani w Lebuj – restauracji z dobrym jedzeniem przy drodze do Tokaju. Oprócz obiadu – oczywiście z halászlé, tym razem z suma – odwiedziliśmy również sklep z winami, z własnej winnicy. W obu obsługa mówiła po angielsku a nawet, trochę po polsku. I tutaj musieliśmy się powstrzymywać bo trafiła nas „polska rodzinka”, która już w restauracji zwróciła na siebie naszą uwagę (mamusia do kilkuletniej córki: „zamknij mordę, tu są ludzie” – byli, nawet rozumiejący język polski). Przy czym dziecko zachowywało się standardowo jak na swój wiek. W sklepie dla odmiany pokaz dał tatuś. To że wino w plastikowych, pięciolitrowych kanistrach zamawiał hurtowo („jeden słodki, sześć półsłodkich i dwa wytrawne”) potrafimy zrozumieć ale jak wyszedł do ekspedientki z tekstem „a jaki gratis dostanę, dawniej były dwa kanisterki gratis”, grymasząc przy tym jak primadonna, to już zaczęło nam być wstyd, że jesteśmy Polakami.
Jako ciekawostkę musimy powiedzieć, że w restauracji są menu oddzielne dla paru języków – w tym po polsku! Lubimy tam jadać.
Pojedzeni ruszyliśmy do Rátki na spotkanie z rodziną Arvayów. Po drodze, na krzyżówce w Mad, W. zatrzymał się przy wozie z mięsem (w tym wędliny domowej roboty), który pamiętał z poprzedniej wizyty i wydał co nieco na mięso. U Arvay’a atmosfera była, jak zawsze, ciepło-rodzinna. Spróbowaliśmy moc win – W. zostawił wóz przy kwaterze – tak że tym razem i on mógł nie tylko wąchać i lizać.
{Opis win z degustacji}
Po prawie dwugodzinnym spotkaniu zostaliśmy odwiezieni na kwaterę – co by nam się wina nie potłukły przy noszeniu, bo oboje mieliśmy powyżej 0,5‰. (W. to nie przeszkadzało, Erynia poszła spać).
 
Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.