browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Şanlıurfa – miasto

Şanlıurfa

Şanlıurfa

Rankiem pyszne, proste, domowe śniadanie w ogrodzie: gorący, świeżo upieczony przez żonę właściciela chleb przypominający ormiański lawasz, domowe sery, masło, jajecznica na swojskich jajach, pomidory i ogórki z własnego ogródka, miód z własnej pasieki i tylko oliwki ze słoika ze sklepu, uff… Wegetarianie, i ci co jedzą tylko naturalne, mieli by radochę. Weganie pluli by na zabite “życie poczęte” – nam jajecznica smakowała! Pod koniec śniadania podeszła do nas grupka dzieci a dziewczynka, najodważniejsza z nich, zadała pytanie po angielsku. Tu Murat (właściciel) oświecił nas, że dzieci dostały w szkole zadanie na wakacje: rozmawiać z cudzoziemcami po angielsku. Siłą rzeczy Erynia wzięła na siebie ciężar konwersacji, momentalnie przechodząc na nauczycielską gadkę (powoooli i wyraźnie). Co te nauczycielskie studia robią z mózgu…
Nie bardzo chciało nam się stamtąd odjeżdżać (ta sielsko-wiejska atmosfera robiła swoje), ale kolejny nocleg mieliśmy już zarezerwowany.

Eufrat

Jako pierwszy punkt W. ustawił miejsce, w którym można było zanurzyć się w Eufracie. Faktycznie, trafiliśmy bez pudła. Co prawda zamoczyliśmy tylko nogi ale i tak woda świetnie nas schłodziła. Dalej nie było tak różowo: GPS ponownie postanowił nam wyciąć numer i kilkanaście kilometrów przed kolejnym punktem stracił sygnał. Uparty i zaparty W. ustawił punkt na wczytanej na komórkę NaviFree, a Erynia robiła za pilota.

kościół św.Józefa

Trafiliśmy, w Dağeteği, do ruin jakiejś dawnej świątyni. Żeby było śmieszniej, oboje sobie nie przypominamy skąd ona się wzięła na naszej liście. (okazało się, że jest to świątynia ormiańska św.Józefa w dawnym ormiańskim Kamurj). Na całe szczęście, na tym pustkowiu GPS postanowił sobie o nas przypomnieć i bocznymi, szutrowymi drogami, prowadzącymi częściowo przez koryta okresowych rzek, dotarliśmy do Göbekli Tepe, mając nikłą wszakże nadzieję,
Göbekli Tepe BBC Documentary : Göbekli Tepe

Göbekli Tepe

że może urok osobisty W. zadziała i nas wpuszczą. Niestety, strażnik okazał się nieczuły i niewrażliwy na niczyje wdzięki i nie wpuścił ani nas ani Turków, którzy również mieli ochotę na zwiedzanie wykopaliska – a przyjechało ich parę samochodów. Gwoli ścisłości, w internecie nigdzie nie znaleźliśmy informacji o zamknięciu obiektu dla zwiedzających. Cóż było czynić, pojechaliśmy do naszego hotelu w Urfie (zwanej obecnie Şanlıurfą). Tu GPS poszalał, wioząc nas opłotkami i przez hm…, de facto slumsy. Jak widać, Turcja to nie tylko bogaty Stambuł i kilku(nasto)tysięczne osiedla bloków na przedmieściach pączkujących miast.
do galerii Google+

Şanlıurfa

Nam trochę mina zrzedła, bo według nawigacji, mieliśmy mieć hotel gdzieś właśnie w tej okolicy, tyle że hotelu tam nie było. Nic to, koniec języka za przewodnika, a uczynni przechodnie pokazali ręką kierunek. Faktycznie, hotel się odnalazł tyle że (ku naszej wielkiej radości) w samym centrum starego miasta. Jedna obawa psuła radość Erynii. Na kilka kilometrów przed hotelem, doczytała na druku rezerwacji, że hotel niezamężnych par nie przyjmuje, a goście są proszeni o okazywanie recepcjoniście zaświadczeń o zawarciu związku małżeńskiego. Szczęśliwie dla nas, najwyraźniej wyglądamy na stare dobre małżeństwo, bo recepcjonista nawet o tym nie wspomniał, Erynia za to, od razu na wstępie, wyszła z tekstem: “…mój mąż…”; uff…
Po południu ruszyliśmy na miasto, zaopatrzeni w hotelowa mapkę. Tradycyjnie, rzuciliśmy na nią okiem, W. schował ją do torby, a nas zaniosło do pięknego parku Balıklı Göl, w którym znajduje się kompleks meczetów i medres, w tym jeden z grotą w której, według legendy, miał narodzić się Abraham, czczony również przez muzułmanów jako jeden z proroków

grota Abrahama

. Wejścia są oczywiście osobne ale w środku jest podobnie, miejsce z wodą ze źródła Abrahama i miejsca na modlitwę. Sama jaskinia zalana jest wodą i oddzielona szybą od zwiedzających. Trafiliśmy akurat na okres Kurban Bajram więc i atmosfera była świąteczna. W jednym z meczetów W. trafił akurat na modlitwę i ze swoją tatarską urodą został przez młodego chłopca zaproszony do modlitwy. Odpowiedział, po angielsku, że jest z Polski a na to chłopiec “a ja z Niemiec”. Aby poczytać coś na temat rytuałów modlitewnych W. zgarnął ze stojaczka ostatnie bezpłatne wydawnictwo w języku angielskim. Obok meczetu trafiliśmy do centrum informacji o Urfie, gdzie zachustczona niewiasta nie władała co prawda żadnym innym językiem poza własnym, ale bez problemu wręczyła nam plik folderków i mapek z opisami w języku angielskim. Nam to pasuje, chociaż wolimy pogadać. Przez chwilę pospacerowaliśmy po parku, podziwiając dorodne karpie z sadzawki Abrahama. Rzecz jasna, i z tym miejscem związana jest legenda. W każdym razie karpie się mają jak pączki w maśle, a Turcy robią sobie na ich tle sweetfocie z komórek. W innych miejscach parku, atmosfera jest iście piknikowa, tam trawa jest dla ludzi a nie dla tabliczek z napisem “nie deptać trawy”. Niestety – Turków trudno nazwać dbającymi o otoczenie. Wszędzie, nie tylko w Urfie, pełno jest odpadków – szczególnie plastikowych.

tunelem do twierdzy

Pomału szliśmy w kierunku twierdzy, mając nadzieję na ładne widoki miasta. Rzecz jasna nie obyło się bez schodów. Rozochocony W. wybrał krótszą drogę przez tunel (płatny 5lirów od osoby), składający się głównie z kamiennych schodów o różnej wysokości i stopniu wyślizgania. Całe szczęście, że były też poręcze… Widoki na stare miasto nas nie zawiodły, szczęśliwie przyszliśmy o odpowiedniej porze dnia i mieliśmy słońce za plecami. Zeszliśmy już drogą standardową. Na koniec wkroczyliśmy na stary kryty targ i tam dopiero był szał ciał i uprzęży.

na targu

Poza ziołami i przyprawami w stożkowo usypanych stosach, świeżo palona i mielona na miejscu kawa, stroje i materiały przyozdobione cekinami i szkiełkami, cieszące się dużym zainteresowaniem wśród pań (kiedy u licha te pozakrywane Turczynki to noszą – wyłącznie w domu?!), sprzęt domowy, szkło w guście, hm… orientalnym, itd. itp. Skołowani przycupnęliśmy na chwilę w jakiejś kafejce na środku bedestenu i zaraz zostaliśmy zaopatrzeni w turecki czaj, pół litra wody, i miejscowy specjał menengiç kahvesi (przygotowane z pistacji terpentynowej na mleku). Pokrzepieni na ciele, doturlaliśmy się do hotelu. Tutaj musieliśmy powalczyć z obsługą bo woda gorąca była tylko trochę cieplejsza od wody zimnej – w sam raz tyle by W. ukontentowany ochłodą był w stanie się wykąpać, dla Erynii to było za mało… pokazała kły. Oprócz ciepłej wody dostaliśmy jeszcze po herbacie. Przy herbacie Erynia wyniuchała na mapie jeszcze jeden meczet z ponoć odrestaurowanymi uliczkami w jego pobliżu. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy przejść się jeszcze po okolicy wieczorem. Meczet Ul Camii znaleźliśmy dosyć szybko, przy nim i na cmentarzu masę kotów,

wieczorową porą

jakieś uliczki także się znalazły, tylko ta kwestia odrestaurowania… Postanowiliśmy wrócić tam rano przed wyjazdem. Co ciekawe mimo późnej pory, było około 22., bardzo wiele stoisk ulicznych i okołobazarowych było otwartych. Stoiska wewnętrzne były, tak na oko, pozamykane – nie sprawdzaliśmy wszystkich. Za to przyczepiały się do nas małe dzieci – oferując “coś” nachalnie. Na szczęście starsi Turcy pomagali nam się od nich odpędzić. Umożliwiło to nam (Erynii) dokonanie zakupów mydeł oliwkowo-laurowych – i nie tylko.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.