browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Mardin – piękno zaklęte w kamieniu

do galerii Google+

Mardin

Mardin widać już z daleka. Miasto praktycznie otacza sam szczyt góry na której stoi twierdza. Niestety jedynym hotelem, który udało się tutaj Erynii znaleźć przy założeniach: własny parking i przyzwoita cena był Yay Grand Hotel na obrzeżach miasta (8km od centrum). W. przekonał Erynię, że przebijanie się przez miasto w tłoku by dotrzeć do centrum po zachodzie słońca nie ma sensu. W efekcie uzyskał pobudkę przed świtem by wcześnie zjeść śniadanie i ruszyć w trasę. Zamienił stryjek siekierkę na kijek.
Zazwyczaj nie opisujemy hoteli ale ten wprost tego wymaga. Na jego budowę i wyposażenie poszły duże(!) pieniądze. Zamysł projektanta był dobry: przestronne pokoje, każdy pokój z balkonem, łazienki z udogodnieniami, basen, windy “w złocie” (mosiądz polerowany – bo to chyba jednak nie złoto), korytarze i przejścia przestronne wykładane marmurem i… totalny brak menadżerskiego nadzoru nad wykonaniem i codzienną pracą hotelu. W przestronnym długim holu położony dywanowy chodnik – którego nikt nie wyrównał i łatwo potknąć się można. Basen (jeszcze nie napełniony) a ze ściany bocznej z muru, na którym jest osadzony, już tynk odpada (z basenu tego nie widać – to po co się martwić). Pokój wysprzątany a w szafce na lodówkę kurz nie wytarty chyba od czasu gdy lodówkę wstawiono (kurz widać bo lodówka jest niedopasowana – mniejsza niż szafka). Nie lepiej wyglądają nie umyte po remoncie okna na końcu korytarza. Łazienka – cud, miód i kafelki a przy tym niedopasowane: osłona wanny i osłona prysznica, o regulacji wody w prysznicu nie będziemy się rozwodzić bo to przypadłość tego typu zaworów wannowych. Reklamowany na booking.com “widok na stare miasto” przesłonięty jest innymi budynkami typu blok mieszkalny dziesieciopiętrowy, tak że jedynie ćwierć starego miasta widać z tarasu przy restauracji i to tylko z jego końca. Przy okazji poszukiwania widoków miasta dostrzegliśmy “turecką kosiarkę do trawników” czyli stado owiec przeganianych po trawniku kopniakami przez obsługę (wyższego poziomu bo z czerwonym krawatem). Żeby owce nie czuły się samotnie, do towarzystwa miały krowę. Z kronikarskiego obowiązku dodamy, że obsługa zachowała instynkt samozachowawczy i z krowami się nie kopała… A na zaobserwowanie tego wszystkiego mieliśmy czas czekając na śniadanie (w cenie). Dobrze, że dopytaliśmy się poprzedniego dnia gdzie i o której ono jest, bo rankiem zobaczyliśmy piękne, wielkie oczy obsługi gdy spytaliśmy o śniadanie, a przyszliśmy dobre dziesięć minut po oficjalnej godzinie rozpoczęcia – może są przyzwyczajeni do podawania śniadań do pokoju. Obsługa, na dodatek, nie znała ani słowa po angielsku i zaczęły się telefony. W międzyczasie zaprowadzono nas do stolika i zostawiono samym sobie. Szwedzki stół, przygotowany technicznie, był pusty – wyglądało jak byśmy byli jedynymi gośćmi w kilkusetosobowym obiekcie. Kelner nie stanął na wysokości zadania i nawet o wodę musieliśmy poprosić. Po jakimś czasie pojawił się standardowy zestaw: serki, ogórki, pomidory, oliwki, mortadela, oliwki, omlet i “kawa czy herbata” – pytanie na telefonicznym translatorze. W efekcie – bardzo ładny obiekt, w który włożono bardzo dużo pieniędzy i pracy przez niedoróbki oraz brak menadżera z prawdziwego zdarzenia razi drobiazgami. My podeszliśmy do tego z poczuciem humoru, ale jak Amerykanin, który potknie się na powyginanym chodniku może zechcieć dochodzić odszkodowania za straty moralne i uszczerbek na zdrowiu, to hotel zmieni właściciela.
Mardin The Ancient City of Mardin, Turkey

Mardin

Mocno rozbawieni pojechaliśmy na stare miasto. Samochód zostawiliśmy na początku ulicy “głównej” starego miasta biegnącej pod twierdzą. Samej twierdzy nie można zwiedzać, gdyż jest w całości otoczona siatką i gdzieniegdzie zwojami drutu kolczastego, a co ważniejsze jest zajęta przez wojsko tureckie na koszary. Cały szlak turystyczny Mardinu składa się praktycznie z dwóch głównych (czytaj: asfaltowych) ulic: górnej – przy której stoją najważniejsze zabytki (głównie meczety pamiętające wiek XII i XIII, rzadziej chrześcijańskie kościoły – z reguły zamknięte) oraz dolnej – na którą turyści schodzą tylko po to, by zrobić malownicze zdjęcie starówki i twierdzy. Pomiędzy ulicami znajdują się kamienne zaułki kryjące bazar (carsii) – tym razem zamknięty i pusty (jak większość sklepów i muzeów), gdyż trafiliśmy na święto Kurban Bajram, jak również zabytkowe meczety i medresy. Dojścia do zabytków są dobrze oznakowane, co ułatwia orientację w pasażach i zaułkach. Na szczęście dla nas, nie była zamknięta kawiarnia Mezopotamia Cafe, przy Wielkim Meczecie (Ulu Camii), gdzie wypiliśmy pyszną lemoniadę i zjedliśmy najlepszą dondurmę z dotychczasowych. Do tego osłoniony acz przewiewny taras z pięknym widokiem na Mezopotamię (czytaj: Syrię) i nic więcej do szczęścia nie było nam potrzebne.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.