browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Hasankeyf, wulkan i Ahlat

do galerii Google+

Hasankeyf

Rano, przy śniadaniu poznaliśmy nową potrawę turecką – sigara böreği. Tak na pierwszy rzut oka, były to zwijane ruloniki z ciasta yufka i wrzucone na chwilę na głęboki tłuszcz. Zdrowe to i może nie było, ale świetnie się to jadło. Prosto śniadaniu ruszyliśmy do miejsca skazanego na zagładę – miasta Hasankeyf. Lata temu powstał plan wybudowania olbrzymiej zapory mającej dostarczać wodę całej Anatolii (GAP), w związku z tym wiele już miejsc zostało zalanych (w tym wczesnoneolityczna osada i stanowisko archeologiczne Nevalı Çori) i wiele jeszcze ma zostać zalanych, między innymi Hasankeyf – miasto pamiętające Hetytów, co na politykach nie robi żadnego wrażenia, w przeciwieństwie do mieszkańców i aktywistów. W. rzecz jasna musiał zanurzyć nogi w Tygrysie, bo bez tego Chłop by nie poczuł, że znalazł się w Mezopotamii. A zwiedzanie zaczęliśmy od ruin meczetu, dostępnych po przeskoczeniu przez murek.
Hasankeyf

Hasankeyf

Dalej był przedsmak skalnego miasta za 1TLY (prywatna inicjatywa). Niestety twierdzy obejrzeć nie można, gdyż decyzją tureckich władz została “tymczasowo zamknięta” w środku turystycznego sezonu w 2012r., i tak tymczasowo jest zamknięta do teraz włącznie (sprawdziliśmy!). Mamy wrażenie, że jest to świadome działanie rządu mające na celu załamanie gospodarcze regionu turystycznego – zamieszkiwanego przez Kurdów. Z drugiej strony można zauważyć działania zarówno inicjatywy prywatnej jak i (chyba) władz regionu w renowację na przykład starego mostu. Ciekawe kto wygra – kibicujemy miejscowym, bez względu na ich narodowość – miejsce godne jest zachowania. Kawałek od wejścia do twierdzy, przy czynnym meczecie, zaczynają się stragany dla turystów, pomiędzy nimi są kafejki i restauracje z wielopoziomowymi tarasami schodzącymi nad samą rzekę, z widokiem na resztki średniowiecznego mostu.
Dla tego widoku, warto coś zamówić – zamówiliśmy dondurmę.

kolorowy wodospad

Po pokrzepieniu ciała i ducha, ruszyliśmy na północ. Po drodze, W. dał po hamulcach i zatrzymał samochód na poboczu. Razem z nim zrobiło to kilkunastu tureckich kierowców. Przy drodze trafiliśmy na pięknie wybarwioną, wysoką na kilkanaście metrów skałę, z której samego szczytu spływała woda, tworząc przy tym wapienne nacieki. Atrakcja o niebo lepsza od rozreklamowanego kolorowego pseudo-wodospadu na la Palmie, a powstała przypadkowo podczas budowy drogi przecinającej ciek wodny. Turcy wpadli w prawdziwy szał selfies na tle i pod. Zrobiliśmy szybko kilka zdjęć i zwialiśmy. Czekał na nas wulkan Nemrut – już wygasły przed wiekami.
do galerii Google+

Nemrut

Okazuje się, że bez problemu można nań wjechać samochodem. Początkowo jest normalna droga asfaltowa, potem przechodzi w ciut mniej wygodną drogę z sypiącej się kostki. Widoki na okolice, w tym jezioro Wan – bezcenne. Z górnego punktu widokowego można zjechać do jeziorek (w sumie jest ich kilka w tym część wyschła). Do większego prowadzi stara szutrowa droga – jedzie się krócej, ale mało kto tam się zapuszcza. Mało kto, czyli my i najwyraźniej myśliwi – znaleźliśmy opakowania po nabojach, łuski pocisków do broni krótkiej czy breneki. Wolimy nie wiedzieć do czego tam strzelają. Nie przeszkodziło nam to pomoczyć nóg w jeziorze.
Druga droga jest wygodna i lubością uczęszczana przez piknikujących Turków. Trafiliśmy na taki obrazek: On niósł dwa duże dywany, Ona pięciolitrowy baniak z wodą i podwójny miedziany czajnik. Urocze.
do galerii Google+

Ahlat

Dalej droga poprowadziła nas do Ahlat, miasta słynącego z cmentarzy z czasów seldżuckich. Jako że słońce już zachodziło, nie mieliśmy za wiele czasu na poszukiwania wszystkich sześciu nekropolii, kierowaliśmy się wzrokiem (mauzolea – türbe – ładnie wystawały z otoczenia) i brązowymi strzałkami. Grobowce są całe pokryte arabeskami, motywami kwiatowymi lub geometrycznymi. Część z nich jest odnowiona. Inne czekają na swoją kolej. Wszystkie nagrobki jak i türbe są zrobione z kamienia wulkanicznego (pomarańczowo-brązowego), co przywodziło na myśl bliską Armenię. Oczywiście jak prawie w każdym miasteczku regionu znaleźć można było skalne miasto – tym razem wydrążone w skale leżącej pomiędzy drogą a rzeką. Obchodząc jej podnóże dotarliśmy do nastrojowych: wodospadu i mostu. Były tak nastrojowe, że aż pełne selfikujących Turków.
Głód zmusił nas do kolejnego przystanku w przydrożnej restauracji. I tu zaczęła się komedia. Z okazji święta, mieliśmy okazję być świadkami czegoś w rodzaju tureckiej dyskoteki. Do wzmacniacza podpięto bağlamę, jeden pan grał, drugi zawodził, to znaczy śpiewał a całość zagłuszały basy. Na placyku, podrygiwała rytmicznie acz niesynchronicznie młodzież płci męskiej – “pląs” to byłaby zbyt zaawansowana nazwa na określenie tego rodzaju ruchu. Z kolei młodzież płci żeńskiej siedziała na krzesełkach z jednej strony sceny (z drugiej siedzieli mężczyźni), i z fascynacją patrzyła na panów. Chętnie popatrzylibyśmy na rozwój sytuacji ale te basy nas ogłuszyły – dla własnego bezpieczeństwa zwialiśmy.

Poprzedni
Następny

2 odpowiedzi na Hasankeyf, wulkan i Ahlat

  1. MałgosiaW

    My też kiedyś w Boliwii w Coroico trafiliśmy na lokalną zabawę, ale wyczuwaliśmy, że jesteśmy bardzo niepożądani
    https://photos.google.com/album/AF1QipPgsvjN2p-GzbiqC2zujS70B_IN7MlzZw–ykm9/photo/AF1QipPS3VFJk0NVmRyAHAN9aOVcwTaxMVXzx9uJVHKn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.