browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Edirne

do galerii Google+

Edirne
dla wytrwałych

Rankiem zerwaliśmy się z foteli stosunkowo późno, bo dopiero o 7:30. Tak, potwierdzamy: naszym wakacyjnym, samochodowym, pobudkowym standardem jest szósta rano. W sumie nie było się po co spieszyć. Nasz kolejny cel był niedaleko, a i tak wszystkie atrakcje otwierają się z reguły o 10:00 rano. Edirne (bo to był ten cel) kilkukrotnie już omijaliśmy, jadąc w głąb Turcji. Zawsze było: „może kiedyś, później”. Erynia zdecydowała, że „kiedyś” to właśnie teraz. Wieki temu, przez 100 lat, miasto było sułtańską stolicą i choć ze Stambułem równać się nie może (akurat z tym mało co może się równać), również ma się czym pochwalić. Jako że miasto zostało zajęte przez Turków w XIVw. niewiele zostało w nim zabytków z czasów bizantyjskich. Jedna wieża macedońskiego kościoła i resztki ruin murów obronnych. Reszta to meczety, mosty, hammamy i bedesteny – wciąż funkcjonujące(!) zadaszone targowiska – z późniejszych czasów. Nietradycyjnie (jak na Turcję) bez problemu udało nam się zlokalizować Informację Turystyczną (Londra Asfaltii 17), gdzie miła dziewczyna, dobrym angielskim, objaśniła nam co można, a nawet należy, obejrzeć w Edirne – co Europa, to Europa, choćby tylko geograficznie.
No i obejrzeliśmy pięć meczetów, z czego dwa od niedawna na liście UNESCO. Cztery z nich znajdowały się w centrum miasta. Meczet Selimye, autorstwa słynnego budowniczego meczetów Sinana, robił wrażenie ogromem i pięknie zdobionym wnętrzem. W. szczególnie zachwycał się „mandalami” w szczytach kopuł. Erynia doszła do wniosku, że gdyby Turcy chcieli wydać patriotyczno-narodową kolorowankę dla dorosłych, mają skąd czerpać wzory.
do galerii Google+

Edirne - muzea

Przy meczecie, w starej medresie zorganizowano mini-muzeum, gdzie do sal ekspozycyjnych wchodziło się przez bramki. Bramki tradycyjnie wykryły scyzoryk u W. (Opinel wylądował w depozycie) i tradycyjnie nie wykryły podobnego w torebce Erynii. Damska torebka to jest to! Za medresą trafiliśmy jeszcze do muzeum islamu, które pod względem ekspozycji stanowiło rozszerzenie poprzedniego muzeum (prace w metalu, drewnie, kaligrafia, tkactwo, itp.). Ostatnie muzeum było mieszanką archeologiczno-etnograficzną. Na dworze, lapidarium z pozostałościami z czasów greckich i bizantyjskich. W środku greckie wazy i niezwykle bogate przedstawienia pomieszczeń z czasów otomańskich. Muzea w Safranbolu czy Amasyi nie wytrzymują tu porównania. Drugi meczet „UNESCOwy” to kompleks z wybudowany w czasach Bajazyda II, składający się z medresy nauczającej medycyny, szpitala i rzecz jasna meczetu. Wszystkie części z wyjątkiem meczetu są dostępne po zakupieniu biletu. We wnętrzach, przedstawiona jest historia i rozwój arabskiej/tureckiej medycyny na przestrzeni dziejów. A było co przedstawiać. Na jednym z dziedzińców trafiliśmy na dwójkę kilkuletnich bliźniaków o pięknych kręconych blond włosach. O dziwo, rodzice dzieci okazali się rodowitymi Turkami, choć Mama przyznała się do bułgarskich korzeni. Mimo wszystko podejrzewamy wpływ na rodzinne geny jasyru sprzed kilkuset lat.

Synagoga

Na uwagę zasługuje również pięknie odnowiona Synagoga z początku XX wieku – było ich tu więcej lecz dopadł je „Wielki Pożar Edirne” (harîk-ı kebir) z 02.09.1905r. W pożarze tym spłonęło 1130 domów, 28 magazynów, 6 aptek, 252 sklepy, 8 piekarni, 13 stajni, 1 meczet, 4 kościoły, 13 synagog i 5 szkół, łącznie 1430 budynków. Sułtan Abdulhamid II wydał rozkaz budowy nowej synagogi mającej zastąpić tamtych trzynaście. I wybudowano, zaprojektowany przez francuskiego architekta France Depre, największy kompleks synagogalny na terenie Europy i Turcji.
W międzyczasie W., dla odmiany, obfotografowywał zabytkowe mosty, których w mieście jest kilka. Zrobiliśmy jeszcze zakupy na kilku zabytkowych (a jakże!) bedestenach, zjedliśmy małe co nieco i z wolna poturlaliśmy się do granicy. Początkowo chcieliśmy pojechać przez Grecję, by ominąć „wielkie” przejście w Kapikule ale jak W. zobaczył parę kilometrów przed przejściem kolejkę samochodów osobowych z rozłożonymi już przy niech kocykami (no gdzieś przecież trzeba usiąść i coś zjeść), to ruszył do głównego „wielkiego przejścia”. A na nim postaliśmy pięć godzin bo Bułgarzy postanowili „umyć brudnych Turków” wracających do Niemiec i wszystkie samochody były czymś psikane (od spodu) co strasznie spowalniało przejazd (i poprawiało finanse bułgarskie bo za popsikanie trzeba było zapłacić!).
Dalsza część trasy upłynęła właściwie bez specjalnych doznań, no może oprócz dooglądanych Żelaznych Wrót na Dunaju i jazdy Erynii po węgierskich autostradach (W. udało się ją wreszcie namówić na dotknięcie kierownicy). To ostatnie było całkiem urokliwie – Erynia prawie cały czas rozmawiała z nawigacją. na sugestie pilota by zwolnić (przy przekroczeniu dopuszczalnej prędkości) odpowiadała spokojnie: „tego się nie da tutaj zrobić”.

Poprzedni

3 odpowiedzi na Edirne

  1. Pudelek

    Odcinek z Edirne do Polski wzięliście na raz?? Toż to kupa drogi 😛

    • Erynia

      Nie przesadzajmy – drzemaliśmy trochę na granicy tureckiej, potem zdrzemnęliśmy się parę godzin w samochodzie pod Sofią, a i W. twierdził, że wypoczął kiedy prowadziłam samochód na Węgrzech. A czy spał, to zupełnie inna historia… 😉

      • Pudelek

        Jak dla mnie to i tak za długi odcinek, ja bym to pewno podzielił na jakieś dwa nocne postoje 🙂 No, ale potem wychodzi, czemu nam ciągle brakuje czasu 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.