browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Wschód i północ Madery

do galerii Google+

półwysep São Lourenço

Z samego rana odwiedziliśmy wypożyczalnię by wynająć samochód. Aby nie przesadzać z ceną, zaplanowaliśmy Opla z klasy A. Po uzgodnieniu cen i innych warunków, pan zaoferował nam “coś z klasy B za tę samą cenę, bo klasa A ‘się wypożyczyła'” – pojazdem okazał się Fiat Panda (a miał to być samochód!). Cóż, jak się nie ma co się lubi… Szczęśliwie pogoda nam sprzyjała, tak że mogliśmy zrobić sobie dłuższy spacer (bo trudno to nazwać trekkingiem) na kraniec półwyspu św.Wawrzyńca (São Lourenço), najdalej wysunięty na wschód punkt wyspy. Razem z nami, na identyczny pomysł wpadły dziesiątki ludzi. W efekcie wędrowaliśmy w sporym tłumie. Trasa według przewodników jest średnio trudna, w rzeczywistości to ceprostrada – ścieżki lub schodki wyłożone kostką bazaltową, gdzieniegdzie drewniane podesty i mostek, ciut bardziej wymagające fragmenty są zabezpieczone linami na słupkach, tak że w razie konieczności jest się o co oprzeć lub czego złapać (Erynia: “tak, wiem co powie W.: chodzi się na nogach a nie na rękach!”). W wielu miejscach dodatkową trudność sprawiało błoto, które nie zdążyło wyschnąć po wczorajszej ulewie – bywało ciut ślisko.
W.: 'buty mają być wygodne!'

buty mają być wygodne!

W przewodnikach zalecane jest obuwie trekkingowe, W. tradycyjnie wdział sandałki (z takąż podeszwą), Erynia nauczona doświadczeniem z Los Tilos, ubrała wygodne buty z nieślizgającą się podeszwą, za to nijak nie mające nic wspólnego z trekkingiem. Ludzie dziwnie na nas patrzyli, jak zwykle. Patrzyli jeszcze dziwniej, gdy ich wyprzedzaliśmy. My dla odmiany śmialiśmy się pod nosem gdy siedzieli na skałach lub ławach (bywa ich trochę przy trasie) gdy ze zdjętymi butami i skarpetkami wietrzyli nogi.
Żeby nie było, nie zachęcamy do rezygnacji z zalecanych butów trekkingowych. Obuwie, którego używamy, nie wybacza błędów i naprawdę trzeba umieć w nim chodzić. W. potrafi w sandałach przejść prawie wszędzie i ćwiczył to od lat. A gdzie trudno poruszać się w sandałach potrafi albo chodzić boso albo wyjmuje z plecaka buty bardziej właściwe do okoliczności.

Wbrew pozorom, codzienny spacer Erynii na dziesiąte piętro w pracy daje dobre efekty. Płuc nie wypluliśmy, co dziwiło W., który głównie zajmuje się przenoszeniem ciała z fotela na fotel. Po drodze było sporo miejsc widokowych, gdzie można było fotografować ocean i rdzawo-czarne skały w różnej konfiguracji albo robić sobie “słit-focie” (nas ten punkt ‘nie dotyczy’) na tle wyżej wzmiankowanych. Amatorów jednych i drugich nie brakowało, tym bardziej, że był to pretekst do odpoczynku. Trasa była zróżnicowana, raz prowadziła w dół, raz w górę (patrz niżej). Przez ostatni odcinek robiła pętelkę (nie jest uwzględniona na mapce), prowadzącą między innymi w pobliżu organów bazaltowych. Trasa-miodzio. Według przewodników, długość marszruty to 8km w obie strony. Nam się wydawało, że więcej.
Jako że na parking wróciliśmy około 14., a niebo wciąż kusiło błękitem, W. postanowił zmierzyć się z północną stroną wyspy, używając dróg raczej lokalnych. Aby jednak nie umrzeć z głodu i wysuszenia zahaczyliśmy o przydrożną restaurację (Grutas do Faial), gdzie posililiśmy się zupą rybną i chlebową (dobre acz niedosolone), pałaszem z bananem i marakują a także dorszem. Na deser padło na pudding z mango i marakui. Te ostatnie były kwintesencją owocowego smaku.
do galerii Google+

Santana i okolice

Pojedzeni, wyturlaliśmy się w kierunku Santany, miasteczka słynącego z zachowanych tradycyjnych, krytych strzechą trójkątnych chat. Powiedzmy sobie szczerze, chat zachowanych w 100% jest całe 3 (słownie trzy). Pozostałych kilka, ma już współczesne drzwi albo inne pokrycie dachu. Nie zabrakło ich również na azulejos.
do galerii Google+

azulejos (z różnych miejsc)


W okolicy Santany, jest możliwość przejechania się kolejką linową Teleferico da Rocha do Navio z 1997r., zjeżdżającą w dół na sam brzeg morza. W brew pozorom, nie jest to celowa atrakcja turystyczna, a ułatwienie życia rolnikom, uprawiającym ziemię na tarasowo położonych spłachetkach. Niestety, W. nie dał się namówić, a szkoda, ale miał uzasadnienie. Po opuszczeniu Santany, znów pogoda się popsuła, a drogi były wąskie i kręte – no w końcu sami je wybraliśmy z tego powodu. Nie wiedzieliśmy jednak, że w ramach opadów na drogę opadały również: ziemia, kamienie, gałęzie a nawet całe drzewa – jedno, o średnicy prawie metra, leżało już przecięte i odsunięte na pobocze drogi. Zrozumieliśmy dlaczego trasy wzdłuż lewad mogą być zamknięte. W niektórych wsiach, przy ulicy płynącą wodę także zagradzały osuwiska ziemi. Nie zagroziły one jednak ostatniemu czynnemu na wyspie młynowi wodnemu (Moinho a Água de São Jorge), pracującemu nieprzerwanie od trzystu lat.

młyn wodny São Jorge

Oczywiście W. musiał to wyniuchać i odbić w bok – powrót wiejskimi dróżkami to już była frajda tylko dla niego, a właściwie nie bo Fiat Panda nie nadaje się do jazdy, a szczególnie do jazdy po Maderze. Z ciekawych wyskoków w bok skusiły nas jeszcze dostrzeżone na drogowskazie ruiny, które okazały się bramą na kamienistą plażę przy ujściu całkiem dużej rzeki. Kawałek dalej W. dał jeszcze po hamulcach przy stoisku z owocami. Farmer pomógł nam wybrać owoce do zjedzenia “na już” (na Maderze to pytanie to konieczność) i W. za całe 7€ kupił ich ‘trochę’. Po tych atrakcjach ruszyliśmy do São Vicente ale ponieważ zaczęło się robić ciemno i bardzo dżdżyście nie wjechaliśmy do samego miasteczka tylko wykręciliśmy na Funchal i wieloma długimi tunelami, i jeszcze dłuższym zjazdem ciemną doliną dotarliśmy do hotelu. Po powrocie W. zmusił Erynię do zjedzenia połowy zakupionych owoców i popiciu ich zakupionym winem – do tego akurat zmuszać jej nie musiał. A propos wina, przekonaliśmy się jak bardzo atmosfera wpływa na smak. U Oliveiry, będąc traktowani jak intruzi, przeszkadzający biednym sprzedawczyniom w pracy, nie byliśmy w stanie docenić smaku trunku i doszliśmy do wniosku, że to chyba przereklamowana bajka. Siedząc na tarasie, w ciepełku (17°C), przegryzając dojrzałymi owocami, mieliśmy zupełnie inny odbiór rzeczywistości…

spacer po półwyspie św.Wawrzyńca


 

Podkład muzyczny “Amália Rodrigues… - Tudo Isto é Fado”
udostępniony przez archive.org

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.