browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Ogród botaniczny i Monte

do galerii Google+

ogród botaniczny

Kwiaty to była domena W. ale tym razem to Erynia zaproponowała kierunek na ogród orchideibotaniczny a przy okazji Monte (“parafię na górce”). W. przemyślał kolejność i wyszło mu, że najlepiej zaparkować przy ogrodzie z orchideami, następnie przejść przez ogród botaniczny kolejką linową pojechać na Monte, zjechać saniami i wrócić do samochodu pieszo (drogi nie znalazł ale co tam). Niestety trasy nie dało się zrealizować bo Ogród Orchidei spalił się dwa lata temu. Wiało tak, że kolejka liniowa z ogrodu botanicznego do Monte nie chodziła, a gdy w końcu samochodem dotarliśmy do Monte tak zaczęło lać,
Monte, Funchal - parafia na górce

parafia na górce

że zjazd saniami wydawał się mało interesujący, szczególnie przy konieczności powrotu 2km pod górkę (do samochodu). Na szczęście udało nam się, prawie bez deszczu, obejrzeć ogród botaniczny. Może i nie był on pokryty kobiercem kwiatów ale parę ciekawych okazów kwitło, miejscami pachniało odurzająco a i chodzenie wśród palm i kaktusów to sama przyjemność.
do galerii Google+

Monte


Co do Monte to żałowaliśmy, że ogrody cesarskie płakały deszczem i przez te łzy niewiele można było dojrzeć z ich uroku. W kościele nie padało więc dało się dostrzec w bocznej nawie trumnę ze szczątkami Karola I Habsburga, ostatniego cesarza Austrii. Oczywiście nie mogło zabraknąć nieśmiertelnych azulejos.
do galerii Google+

azulejos (z różnych miejsc)

Po zejściu ze schodów frontowych kościoła mogliśmy przyjrzeć się chowającym się przed deszczem carreiros, nie mogących prowadzić w dół swoich plecionych z wikliny sań.
Paru słów wymaga też opis dojazdu do obu atrakcji. Gdyby nie Fiat do dla W. byłaby to dzika frajda. Wąsko, górzyście i z dużą ilością zakrętów – szał ciał i uprzęży.
Ponieważ w miarę szybko ‘załatwiliśmy’ część ogrodowo-górską Erynia zasugerowała obejrzenie tego, co malował Churchill wypoczywając na Maderze. OK, czemu nie, w końcu wyspa mała i wszędzie blisko więc i do Câmara de Lobos dotarliśmy w miarę szybko, zahaczając po drodze o sklep z kwiatkami – tym razem to Erynia wskazała sklep. Tutaj też przyszedł czas na coś do zjedzenia. Restauracja przy porcie nie zachwyciła ani smakiem ani czasem obsługi. Po prostu ‘się zjadło’. Miasteczko także nie rzucało na kolana chociaż trzeba przyznać, że ma swój klimacik a i te parę starych uliczek zatrzymywało wzrok. Niestety długo się ten wzrok nie zatrzymał bo spłukała go ulewa. Uciekliśmy przed nią do hotelu a w nim spotkaliśmy dwie Polki czekające na transport na lotnisko. Ponieważ były one już kilka razy na Maderze wymieniliśmy spostrzeżenia i opisy ciekawych miejsc, może się przydadzą. Przelotne opady z przebłyskami słońca nie nastrajały zbyt optymistycznie, poszliśmy więc jedynie poszukać po okolicy czegoś słodkiego. Znaleźliśmy i ciastka, i ponchę, więc w słodkich i wesołych nastrojach zakończyliśmy dzień.
 

Podkład muzyczny “Música Alfredo Marceneiro”
udostępniony przez archive.org

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.