browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Powtórka z Dolnego Śląska

do galerii Google+

Moszna

Kolejny wypad na Dolny Śląsk postanowiliśmy zacząć od miejsc niedooglądanych.
Kilka lat temu byliśmy już w Mosznej, niestety zamek oglądaliśmy wtedy tylko zewnątrz. W środku znajdował się ośrodek leczenia nerwic i nie było szansy dokładniej zwiedzić dawnej siedziby rodu Thiele-Winkler. Jakiś czas temu doszły nas jednak słuchy, że ośrodek się wyprowadził (czy też zakończył działalność) a zamek można obejrzeć również od wewnątrz. Nie można było przepuścić takiej okazji.
Przy bramie do zamku znajduje się kasa sprzedająca bileciki do parku. Sam zamek i owszem można zwiedzać, ale tylko z przewodnikiem, po zakupieniu kolejnych biletów w środku. Udostępnionych do oglądania jest kilka pomieszczeń, w tym: dawna bawialnia (aktualnie kawiarnia), salon biały (niegdyś lustrzany, ale Armia Czerwona “zadbała” o wystrój…), biblioteka z oryginalnymi szafami (na szczęście były za ciężkie, by je wyrzucić przez okno, tak jak uczyniono z książkami przed ich spaleniem) oraz gabinet i kaplica (w której z kolei sowieci urządzili sobie stajnię). To wszystko sprawiło, że wyposażenie ruchome nie powala na kolana: co dało się wywieźć, sowieci wywieźli. Co zniszczyli, to zniszczyli, z kolei resztki (kawiarniany żyrandol i ze dwadzieścia sztuk mebli) “przytulił” zamek w Pszczynie. Podobno Moszna stara się o zwrot tego wyposażenia, ale czy coś z tego wyjdzie? Zobaczymy. Sukcesywnie prowadzone są prace restauracyjne – chwilowo niektóre otwory okienne są osłonięte folią – okna powędrowały do renowacji. Warto zwrócić uwagę na oryginalną klatkę schodową z drzewa sandałowego (już nie pachnie) oraz drobiazgi: klamki i elementy okuć oraz portale drzwiowe i drewniane sufity wciąż robią wrażenie. Zamek prowadzi działalność hotelowo-gastronomiczną. Za odpowiednią, nie tak znowu wielką kwotę, można się nawet przespać w dawnym apartamencie hrabiego.
do galerii Google+

Nysa


Następnym niedooglądanym miejscem jest Nysa. Kilka lat temu byliśmy tam przejazdem, z tego co pamiętam obejrzeliśmy tylko kilka kościołów z zewnątrz (rzecz jasna były zamknięte) i to by było na tyle. Tym razem mieliśmy więcej szczęścia. Pierwszy z kościołów (p.w.Wniebowzięcia NMP)
Kościół p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Nysie

p.w.WNMP w Nysie

był co prawda zastawiony rusztowaniami, ale robotnik uległ czarowi W. i pozwolił nam wejść do środka. Warto było. Jak na polskie kościoły, ten był nietypowy: nieprzesadzony kolorystycznie, oryginalny ołtarz składający się z dwóch części, z których dolna została dorobiona dwieście lat później.
Następnie skierowaliśmy swe kroki ku Rynkowi (albo jego pozostałościom) oraz bazylice mniejszej. Ta z kolei powalała swą wysokością. Wystrój ponownie był w stylu niemieckim (patrz: kościoły w Trewirze) czyli skromny, ale nam to bynajmniej nie przeszkadzało. Tak się zastanawialiśmy, czy owa skromność wynikała z dawnych niemieckich korzeni miasta czy jednak efektów drugiej wojny…
Dalej udaliśmy się do kazamatów św.Jadwigi, po drodze rzucając okiem na basztę Ziębicką. W samych kazamatach, oprócz dwóch restauracji, znajduje się punkt informacji turystycznej, z dwojgiem zapalonych przewodników – historyków. Jedną z nich była pani Krystyna Dubiel, autorka między innymi przewodnika po fortach Nysy.
Po dłuższej acz przemiłej pogawędce, wróciliśmy na rynek dooglądać dom wagi, kilka zachowanych kamienic i późnobarokowy Kościół Rzymskokatolicki p.w. Św.Apostołów Piotra i Pawła. A propos architektury, z oficjalnych danych wynika, że w czasie wojny zniszczono 80% architektury. Jest to tak zwana “tischnerowska g-o prawda”. W czasie walk o miasto faktycznie ucierpiała część budynków. Ciut więcej załatwiła Armia Czerwona stacjonująca w mieście. Większość załatwiliśmy jednak sami, szabrując i “patriotycznie znikając” całe kamienice w celu uzyskania cegły na odbudowę stolicy. Wracając do kościoła, tradycyjnie był zamknięty. Idąc za radą miłej pani z IT, zajrzeliśmy do recepcji domu Formacyjnego nieopodal, gdzie po kolejnych uśmiechach, przemiła przewodniczka otworzyła nam drzwi kościoła, przeprowadzając nas przez plebanię. W tej pierwszej rozbawiła nas umywalka zrobiona z chrzcielnicy. Miny nam spoważniały, gdy otworzyły się przed nami drzwi kościelne. Dawno nie widzieliśmy tak dobrze zachowanych wnętrz. Już mniejsza o ołtarze, ale te freski! Podobno kościół zapłacił Armii Czerwonej, by ta nie niszczyła kościoła. Sowieci dotrzymali umowy.
do galerii Google+

Wojsławice


Ostatnim przystankiem było arboretum w Wojsławicach, które ostatnio oglądaliśmy jakieś dziesięć lat temu. Wtedy było dosyć kameralne, skupiające się głównie na azaliach i różanecznikach. Widzieliśmy co prawda świeże nasadzenia, ale potrzeba było czasu, by coś z tego wyszło. Teraz mieliśmy okazję się przekonać co. Przyznajemy bez bicia, że wyszliśmy stamtąd zachwyceni. Stara część wciąż urzekała azaliami, w nowej dosadzono wiele różnych gatunków roślin, kwitnących od wiosny do jesieni, w wielu miejscach wstawiono ławki i stoły na piknik, plac zabaw dla dzieci. W. zachwycił się parkiem geologicznym – georetum, w którym w atrakcyjny i przystępny sposób przedstawiono minerały występujące na Dolnym Śląsku wraz z historią ich powstawania. Rozwinęła się też baza gastronomiczna a my znowu dokupiliśmy rośliny do ogrodu…
Gdy słońce zaczęło skłaniać się ku zachodowi dał o sobie znać kolega głód. Na szczęście w tej okolicy mamy znajomą restaurację i dlatego dopiero późnym wieczorem dojechaliśmy do Wrocławia. I tutaj zaskoczył na booking.com – odwołał naszą rezerwację w hotelu Premiere Classe. Na szczęście znalazły się jeszcze wolne pokoje bo Erynii zaczynały rosnąć kły. Hotel był czysty, choć z jedną gwiazdką, ale nam to wystarczyło.

Poprzedni
Następny

13 odpowiedzi na Powtórka z Dolnego Śląska

  1. Pudelek

    Tyle, że de facto nie ma czegoś takiego jak Śląsk Opolski. Bo co to za rejon? Województwo opolskie? Nawet w tym województwie są tereny, które w ogóle na Śląsku nie leżą. O Śląsku Opolskim mówiono przed wojną na rejencję opolską, ale ona miała zupełnie inne granice niż dzisiejszy twór administracyjny 😀

    Opole to historyczna stolica Górnego Śląska (a nie żadne Katowice, jak teraz często piszą :P) i większość województwa podchodzi pod tę właśnie krainę. Około jednej trzeciej to historyczny Dolny Śląsk – jak np. Kluczbork, Byczyna, Grodków, Nysa (ta ostatnia była siedzibą księstwa biskupów wrocławskich). Tylko, że teraz to się wszystko poplątało, lansuje się jakieś “Opolszczyzny”, aby podkreślić odrębność od woj. śląskiego, co jest sporym nadużyciem, bo np. Ślązacy w obu województwach są dokładnie tacy sami, a ludność napływowa i tak z reguły nie zna historii ani tradycji 😛

    • W.

      I znowu muszę się zgodzić (swoją stroną bardzo dziękuję za te dodatkowe informacje – wpisu mi nie wydłużają a jak ktoś zechce poczytać to się dowie wielu ciekawych rzeczy), ale – znowu prywatnie – dla mnie Śląsk Opolski to rejon, który był kiedyś ostoją polszczyzny a zgermanizować się udało autochtonów dopiero komunistom (polskim i radzieckim). I stąd między innymi mój prywatny podział…

      • Pudelek

        z tą “ostoją polszczyzny” to głównie PRL-owska propaganda 🙂 Spora część mieszkańców faktycznie mówiła po słowiańsku (czyli po śląsku, bo czysto po polsku to raczej jedynie pro-polskie elity, które były nieliczne, większość “słowiańskich” Ślązaków była chłopstwem lub robotnikami), ale już niekoniecznie czuła się Polakami. Nawet te wioski, gdzie teoretycznie spisy przedwojenne wykazywały ludność mówiącą po polsku w plebiscycie bardzo często głosowały za Niemcami.

        Już jednak większy odsetek “polskości” był w okolicach Czarnego Śląska – powiat pszczyński, rybnicki, gliwicki – pomijając większe miasta. Tam zdarzały się miejscowości, gdzie 90% ludzi mówiło po polsku/śląsku i głosowało za Polską, na “Śląsku Opolski” raczej już nie…

        • Pudelek

          inna sprawa, że ta “germanizacja” jest obecnie bardzo pobieżna. Starsze pokolenie znało niemiecki jeszcze ze szkół. Młode zna, bo potrzebuje do pracy. Średnie (czyli teoretycznie ci, którzy powinni być czołówką “mniejszości niemieckiej”) zazwyczaj słabo, bo za PRL-u był zakaz, a później uczyć się nie chciało. Bardziej odważni wyjechali wcześniej do Niemiec i tam dopiero się nauczyli 😀

          • W.

            Co do “wyjazdu do Niemiec” to słyszałem, że w czasach PRL-u urodzeni na tamtych terenach mogli bez problemów dostać obywatelstwo niemieckie a co za tym idzie: możliwość wyjazdu do Niemiec i pracy tam. I może to była propaganda ale ponoć wtedy narodziło się najwięcej Niemców na Opolszczyźnie.

            • Pudelek

              Owszem. Według niemieckiego prawa to byli obywatele niemieccy, bo przecież z Niemiec nigdy nie wyjechali, tylko granice się zmieniły. Podobnie jak z Polakami z Kresów. Oczywiście wtedy o swoich “korzeniach” przypomnieli sobie również ci, których przodkowie niekoniecznie Niemcami się czuli, ale to też normalne, biorąc pod uwagę np. Ukraińców, którzy obecnie nagle odkrywają, że ich jedna z babek była Polką 😉

              Przy czym zwracam uwagę, że cały czas chodzi o obywatelstwo, a nie narodowość – to są zupełnie dwie różne rzeczy :). Można być obywatelem danego kraju, ale być innej narodowości.

        • W.

          W latach 70. ubiegłego wieku byłem na wykopaliskach archeologicznych w Długomiłowicach To że dzieci miały na imię Hans i Elza to w końcu nie dziwiło ale jak sąsiadka wchodziła rano do chałupy i mówiła Guten Morgen to mnie jako nastolatka trochę raziło. Dzisiaj dla odmiany bawią mnie niektóre dwujęzyczne nazwy miejscowości na Opolszczyźnie.

          • Pudelek

            Bo to są nazwy sprzed zmian w latach 30. XX wieku (czyli przed Adolfem) i czasem brzmią prawie jak polskie 😀 To, że miejscowi zazwyczaj używają nazw z okresu III Rzeszy, bo takie pamiętają ich rodzice i w takich się wychowali to inna sprawa 🙂

  2. Pudelek

    Aha, “zamek” zwiedzałem kiedyś w czasach ośrodkach – także od wewnątrz. Oprowadzał nas facet, który miał dość dziwne tiki, więc nie wiem czy nie były pacjent 😉 Ale wtedy nie kasowali za wstęp do parku!

    W parku warto jeszcze zajrzeć na nekropolię dawnych właścicieli.

  3. Pudelek

    Tak naprawdę w Mosznej jest pałac. Nie posiadał nigdy funkcji obronnych, typowa rezydencja z końca XIX wieku. No ale ktoś się uparł, że jak wieżyczki ma, to musi być zamkiem i teraz w kółku to wałkują 😀 To jakby pisać, że jest np. “zamek w Wilanowie” 😀 No, ale Dolny Śląsk jeszcze to nie jest, w przeciwieństwie do Nysy 🙂

    • W.

      Wszystko się zgadza, nawet to, że nie wszystkie atrakcje to Śląsk Dolny, ale dla mnie (tak prywatnie) granica pomiędzy Śląskami przechodzi przez Górę Św.Anny 😉
      (a poza tym dłuższe tytuły wpisów nie mieszczą mi się w prawej kolumnie 😉 )
      PS. dla ścisłości Góra Św.Anny jest dla mnie prywatnie(!) – i też niezgodnie z prawdą – granicą pomiędzy Śląskiem Górnym a Opolskim
      Oczywiście tutaj:
      https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Al%C4%85sk
      można się przekonać jak wygląda prawda

    • Erynia

      Tak to jest, jak wieżyczka z kościotrupem rzuci się w oczy i na mózg. Zapatrzy się człowiek, to i pałac awansuje do roli zamku 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.