browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Meteora i Kokkino Nero

do galerii Picasa

na Meteorach

Co prawda była to już druga noc przespana w samochodzie – i było to już trochę czuć, ale czekały na nas Klasztory Meteory i nie było „zmiłuj się”. D… w troki i po drobnym śniadanku w drogę. Jak wszyscy rozpoczęliśmy zwiedzanie klasztorów od odwiedzenia… sklepu z ikonami w Kalambace. Kto rano wstaje, ten… jest pierwszy w sklepie i może zrobić zdjęcia bez tłumu klientów na pierwszym planie. Przy okazji można się również trochę napić. Kierowca soku, pilot wzmacniacza. Mieliśmy również czas porozmawiać z Polakiem, który pracuje tam od paru lat jako oprowadzający. Opisy procesu pisania ikon wysłuchaliśmy już razem z wycieczką, ale zanim się ona pojawiła mieliśmy okazję dowiedzieć się dlaczego wszystkie wycieczki zatrzymują się przed tymi sklepami. Sklepy nie płacą haraczu pilotom, ale kierowca, który „zapomni” podjechać pod sklep, musi się liczyć ze spaleniem autokaru. Prosta i skuteczna zachęta!
Sklep

(ćwierć)panorama sklepu z ikonami w Kalambace

Po zwiedzeniu sklepu pozostaje już tylko droga na szczyt(-y). I to wielorakie: szczyty gór, szczyty religijności (dawniej), szczyty handlowego marketingu (obecnie), szczyty piękna i szczytowe osiągnięcia architektury. O Meteorach napisano tomy, więc nie będziemy się rozpisywać na temat ich umiejscowienia, uroku, zwiedzania, chodzeniu z przykrytymi ramionami i w sukniach (nawet gdy przesłony i suknie niektórych kobiet więcej odsłaniają niż zasłaniają, ale kobieta w dzinsach jest fuj!). Po paru godzinach takiej zabawy bez jedzenia, w pełnym słońcu, bez jednej chmurki mieliśmy dość. No właściwie W. nie miał dość, ale on nie jest człowiekiem (normalnym). W każdym razie zebraliśmy się w drogę do miejsca docelowego – miasteczka Kokkino Nero, co po polsku oznacza – czerwona woda.
do galerii Picasa

Kokkino Nero

Nazwa jak najbardziej uzasadniona, gdyż w okolicy słynne jest źródełko z wodą wysoce siarkową i żelazistą, z którego woda płynąc między kamieniami zabarwia je na czerwono. Miejscowi mówią na źródło SPA, uważają, że leczy i wysyłają tam turystów na kąpiele. Fakt, nad źródełkiem unosi się charakterystyczny zapaszek siarkowodoru, woda co kilka minut bąbelkuje a ludzie się w niej taplają. A woda jest zimna jak diabli. Erynia sprawdziła.
Samo miasteczko, jak na greckie standardy jest nietypowe. Parterowe lub piętrowe budynki wolnostojące w dużych, zadrzewionych ogrodach. Dzięki temu temperatura była znośniejsza. No i samochód stał cały czas w cieniu. Zanim jednak tam stanął mieliśmy okazję zawieść się na firmie Filoktitis. Tę firmę należy omijać dużym łukiem. Już w listopadzie poprzedniego roku zarezerwowaliśmy konkretny apartament – Maria – płacąc, w przedpłacie, pełną kwotę. Wybraliśmy opcję, z dojazdem własnym. Otrzymaliśmy potwierdzenie wszystkich naszych uzgodnień przed wyjazdem z Polski. Dojechaliśmy… i dowiedzieliśmy się, że pan Adonis (szef firmy) w „naszym apartamencie” zakwaterował swoich znajomych. Po drobnej awanturze z rezydentką („Pana Adonisa lepiej nie denerwować bo jak przyjedzie…”) zaproponowano nam parę innych pokoi od standardu dennego (na zapleczu restauracji przy deptaku) po byle jaki (niby znośny, ale na parterze – z widokiem na „nasz apartment”). Wybraliśmy byle jaki – apartament Nikos, jako rekompensatę przyjmując fakultatywną wycieczkę na Skiathos – za darmo. Jak już zgodziliśmy się na kwaterę to rezydentka przyszła nas poinformować, że wycieczka nie może być za darmo tylko za 1/3 „bo Pan Adonis może na nas nie zarobić ale nie może stracić”. Po powrocie skreśliliśmy Filoktitis z naszej bazy turystycznej i zarządaliśmy wykreślenia naszych danych z ich bazy. Powtarzamy: tę firmę należy omijać dużym łukiem – nie można jej zaufać i jest to o tyle przykre, że pan Adonis trzęsie całą okolicą (według słów rezydentki) i nic bez niego się tu nie dzieje. Trudno więc będzie znaleźć w okolicy inną kwaterę, bez kontaktu z Tym Panem. A okolica jest bardzo ciekawa. Przede wszystkim prawie pusta, szum i gwar niewielki i umiejscowiony na niewielkiej czasoprzestrzeni: deptak + wieczór. Drogi na plaże (było ich kilka do wyboru) wiodły wśród gajów oliwnych, kasztanów jadalnych, fig, a nawet trafiliśmy na opuncje. Niestety, restauracje były w przesadny sposób nastawione na turystów – szczególnie polskich (nawet polskie menu), jest ich tutaj chyba najwięcej. Przekonaliśmy się o tym gdy trzeci raz z rzędu i w trzeciej restauracji z kolei podano nam frytki i tę samą sałatkę ze słoika jako
u Bebisa

u Bebisa

dodatek do dania głównego. Lekko zdegustowani, udaliśmy się do rezydenta z pytaniem czy jest w okolicy jakaś knajpa w której jadają GRECY. Otóż jest, kilka kilometrów dalej w miejscowości Koutsoupia, zwana z polska – u Bebisa (Babisa). To tam Erynia zakochała się w owocach morza. Gdy przybyliśmy na miejsce, trafiliśmy na wspólną kolację załogi. Kolację, która była wcinana z wyraźną przyjemnością. Zamówienie złożyliśmy mając na uwadze zawartość sąsiedniego stołu. I to był dobry wybór. Następnego wieczoru, obsługiwał nas ten sam kelner. Gdy dowiedział się, że jesteśmy Polakami, rozpromienił się i zaczął wspominać swoje zimowe wakacje w Polsce. Dzięki przyjaciołom z Gdyni, miał okazję zwiedzić pół Polski i przy okazji został zaproszony na polską kolację wigilijną. Posadzono go między mamą a ciotką. Jedna pilnowała by skosztował wszystkich dwunastu potraw a druga dokładała… Minęło już kilka lat a on nadal wspomina POLSKĄ gościnność.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.