browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Kerhinet i Saliny Guérande

do albumu zdjęć

Kerhinet

W okolicach były saliny – trzeba więc było je obejrzeć. Wielkie, powierzchniowo, zagłębie solne rozciąga się w pobliżu Guérande. Na mapie i z lotu ptaka (w przewodnikach) wyglądają barwnie, z bliska widać dlaczego. Ale zanim dojechaliśmy do salin zatrzymaliśmy się najpierw w (niby)historycznej wiosce (Kerhinet Historic Village). Wioska ta jest cukierkowym obrazkiem pokazującym dzieciom fałszywy obraz dawnej wsi. Dla nas za słodki, szczególnie że oboje znamy wsie i z wyglądu, i z zapachu.
pies kawiarz

pies kawiarz

Wstąpiliśmy też do L’Epicerie de La Madeleine na kawę. Spożyliśmy ją w towarzystwie bardzo sympatycznego psa. Przy okazji obejrzeliśmy pobliski kościółek – typowo uroczy (ale co nie jest urocze w Bretanii?).
Aż w końcu stanęliśmy w Guérande parkując tuż przy wałach – w końcu to średniowieczne miasto. Bram ma co prawda parę ale weszliśmy przez jedną z dostojniejszych, bramę św.Michała. I zaraz za nią natrafiliśmy najpierw na sklep z ręcznie-maszynowo wyszywanymi aplikacjami na fartuchach (i nie tylko) – W. przypomniał sobie o danej swojej Mamie, ponad 50 lat wcześniej obietnicy, sprezentowania
do albumu zdjęć

Guérande

“fartucha na pas” (nikt nie wie co to znaczy – dzieci potrafią wymyślać nowe słowa a potem zapominają). Zdarzyła się okazja do spełnienia obietnicy – lepiej późno niż wcale. Pani na poczekaniu wyszyła: “Mamola – la reine de la cuisine”. Kawałek dalej uśmiechnęła się do nas restauracja z menu dnia w cenie 13,5€ i pojedliśmy smażone szprotki a na deser crepy karmelowe (crêpes caramel au beurre salé) zapijając wstępnie aperitifem na bazie miodu pitnego (chouchen) a później cydrem (Erynia) i sokiem z jabłek (W.) – cydr, tym razem, prawie nie śmierdział (i to rzekł W.!). Po takim wstępie z przyjemnością włóczyliśmy się po starych uliczkach wstępując również do kościołów i sklepików – w celach dokumentacyjnych i estetycznych. Starówka niby niewielka ale potrafiła nam zająć trochę czasu, więc w kierunku salin wyruszyliśmy dosyć późno.
do albumu zdjęć

Batz-sur-Mer i saliny


Po drodze trafiło nam się jeszcze Batz-sur-Mer z interesującym kościołem i jeszcze ciekawszym widokiem z wieży (ponad 150 spiralnych stopni). Na dodatek obok jest dobrze utrzymana ruina drugiego kościoła, który kilkaset lat temu stracił dach w wichurze i nie opłacało się go naprawiać. W samym Batz-sur-Mer, na samym wstępie musieliśmy uwieść bileterkę w Musée des Marais Salants by nas wpuściła, mimo że do zamknięcia było tylko 30 minut. Udało się i zwiedziliśmy muzeum ‘w locie’ – a było warte by być w nim dłużej. Na wszelki wypadek, gdybyśmy dnia następnego chcieli je odwiedzić, na bilecie Pani wpisała odpowiednią notkę uprawniającą do powtórnych odwiedzin. Raczej nie uda nam się to a i prawie wszystko zobaczyliśmy bo Muzeum nie było wielkie powierzchniowo – liczyła się w tym przypadku jakość nie ilość. Napisy pod eksponatami (i na filmach) były również w języku angielskim. Od Guérande do Le Croisic a później do La Turballe jechaliśmy wśród salin o różnym stopniu używania – od dobrze utrzymanych i zadbanych przez trochę bardziej zamulone aż po zarośnięte glonami a nawet chwastami – stąd pewnie ta różnorodność kolorów na zdjęciach lotniczych.
Le Croisic z wyglądu jest jednym wielkim wczasowiskiem z oceanarium (nie mieliśmy przyjemności) i pięknym wybrzeżem. W. pozbierał na nim trochę ostryg a pewien Francuz cały koszyk innych małż ponoć też jadalnych. jak później sprawdziliśmy były to małże z gatunku czaszołek pospolitych [Patella vulgata]. Aby uzbierać więcej ostryg trzeba by używać młotka i przecinaka lub jeść na miejscu – nie podjęliśmy prób.
Wracając mieliśmy przyjemność pooglądać pracę w salinach i ‘zbiór’ soli. Niestety kupić się jej, na miejscu, nie udało.

praca w salinach

Chociaż było już dosyć późno wstąpiliśmy jeszcze do restauracji P’tite Casquette w La Turballe na obiado-kolację typu: starter (zapiekany chleb z serem lub kiełbasa z “dżemem” cebulowym confit d’onion), mięsko (duży plaster szynki lub 32cm zapiekanej kiełbasy) z dodatkami i mus czekoladowy. Mniej artystyczne niż dzień wcześniej ale równie syte. Na kwaterę wróciliśmy o 23., wciąż zaskoczeni, że tak długo było jasno.
 

Podkład muzyczny
Micamac; Volume 8; Concerts Ar re c'hlas
udostępniony przez Micamac – osobiście

poprzedni
następny

2 odpowiedzi na Kerhinet i Saliny Guérande

  1. Erynia

    Cichalu,
    Jak miło, że do nas zajrzałeś!

  2. cichal

    Z podziękowaniem wszelakim!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *