browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Most w Uzunköprü

Erynia wiele już razy męczyła W. powtarzając: “tylko przejeżdżamy przez Stambuł”. W. w końcu nie wytrzymał i mimo że nie lubi wielkich miast przyznał, że można by we wrześniu tam pojechać. Liczył na to, że Erynia nie dostanie urlopu – dostała!… i w efekcie wyruszyliśmy w trasę tradycyjnie w piątek po pracy. Słowację przemęczyliśmy (średnia prędkość 50km/h), Węgry przelecieliśmy znacznie szybciej by zatrzymać się na cztery godziny snu na parkingu autostradowym pod Nowym Sadem (Serbia). To była ta miła część. Za to, już w dzień, za Belgradem, ciężarówka spowodowała huczny wypadek, przekaszając autostradowe barierki i wysyłając do rowów auta po obu stronach jezdni. Tym razem nam się upiekło – jedynie postaliśmy w korku. Ciąg dalszy przejechaliśmy szybko, reagując śmiechem na tablicę ze znanym nam napisem Đavolja Varoš. Ciekawe, czy nasz mechanik jeszcze żyje. Szczęście opuściło nas na granicy serbsko-bułgarskiej – straciliśmy tam ponad dwie godziny, choć całość sprowadzała się do ostemplowania paszportów i rzutu oka do wnętrza auta. Byliśmy za to pod wrażeniem automatów do zakupu winiety: informacje chyba w sześciu językach (niestety nie po polsku) i możliwość opłaty kartą – nareszcie! Za to droga do Sofii była męką: najpierw parę kilometrów wąskiej drogi wyłożonej kostką (sic!) i łataną miejscami asfaltem. Kilkanaście metrów obok buduje się co prawda autostrada, ale w tej chwili średnio nas to pocieszało, biorąc pod uwagę porywającą prędkość narzuconą przez kierowców na przodzie – jakieś 20km/h. Po wjechaniu na asfalt prędkość ta zwiększyła się do 50km/h. Nie jest to coś, co kotki w naszym wieku lubią najbardziej… Na szczęście po jakimś czasie droga zrobiła się dwupasmowa i mogliśmy śmigać obwodnicą z bardziej ludzką prędkością. Oczywiście uważaliśmy na serbskie safari, które objawiło nam się w postaci dwóch cielaków i jednego bawołu chcących pospacerować po obwodnicy Sofii. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę na obiad: kjufte (кюфтета) było jak najbardziej doprawione, za to szopska sałatka składała się z pomidorów i ogórka byle jak pokrojonych. Świat się kończy, jak już Bułgarzy podają coś takiego jako szopską…
Granica bułgarsko-turecka znowu nas nie rozpieszczała, gdyż trafiliśmy na koniec zmiany i wymianę personelu. Przez ponad pół godziny wszystkie budki były puste a później smutno-powolne. Pocieszało nas, że w drugą stronę kolejka była znacznie dłuższa – prawie jak ta przed laty.

most w Uzunköprü

Uzunköprü

Od dłuższego już czasu Erynia o zastanawiała się co zrobić z nadmiarem czasu, hotel w Stambule mieliśmy zabukowany dopiero od niedzieli. W. zbywał ją twierdzeniem, że lepiej przed przejechaniem granicy nie robić żadnych planów. Po jej przejechaniu stracił argument. Na planowane wstępnie Gallipoli było mało czasu, więc Erynia czytając przewodnik wyczaiła jakiś stary most z dużą ilością przęseł. Faktycznie był to Cisr-i Ergene [Pl] zbudowany w XVw. przez głównego architekta Muslihiddina na rozkaz osmańskiego sułtana Murada II, najdłuższy most imperium osmańskiego (1392m). Pozostał takim do 1973r. gdy zbudowano most nad Bosforem w Stambule. Jako że było to raptem tylko kilkadziesiąt kilometrów w bok od trasy to już po godzinie wylądowaliśmy w Uzunköprü,
do albumu zdjęć

Uzunköprü

gdzie nie dość że bez problemu zlokalizowaliśmy most (po prostu nim przejechaliśmy do centrum) i szybko znaleźliśmy hotel w pobliżu (Güneş Hotel), to jeszcze po 22 czasu lokalnego załapaliśmy się na pyszną kolację (köfte, do których kelner podał – suszoną ostrą i łagodną paprykę, ostre grillowane zielone papryczki, ajwar, sałatkę z pomidorów z cebulą i rzecz jasna pieczywo). Całość zapijaliśmy ayranem, obawiając się nieco, acz zupełnie niepotrzebnie, o sen – nasze żołądki mogły tego nie wytrzymać. Wytrzymały. Mówi się, że ayran to rozwodniony jogurt. Nam w smaku przypomina raczej rozcieńczone i zmieszane zsiadłe mleko. Tu nie będziemy się sprzeczać, gdyż produkt noszący nazwę jogurtu w Polsce, daleki jest od oryginału. Grunt, że napój był dobry. Wróciliśmy do hotelu zmyć z siebie kurz długiej drogi i prawie nam się to udało bo woda była raczej ciepława niż ciepła. W ogóle hotel był w nie najlepszym stanie i tylko nie potrafiliśmy się zgodzić czy był w stanie remontu czy w stanie rozkładu. I nie był to jedyny minus tego dnia. Po drodze W. miał okazję “ochrzcić” samochód na tureckich drogach – przy manewrach, w drobnym zamieszaniu na skrzyżowaniu, nie zauważył wystającego z tyłu dźwigu długiego i prawidłowo oznaczonego czerwoną szmatą pręta zbrojeniowego. W efekcie oboje dziękowaliśmy bogu (“a imię Jego jest nam obojętne”) i Opatrzności, że szyby zostały całe – przerysowane zostały tylko wszystkie słupki i szyby z lewej strony.

poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *