browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Tokaj

do galerii Picasa

Tokaj

Erynia jednak nie byłaby sobą gdyby czegoś nie wyszukała. Tak było i tym razem, patrząc na mapę trasy niewinnie spytała „a może zamiast jechać przez Debreczyn wstąpimy do Tokaju?”
Czemu nie, W. przestawił GPSa i po stu-paru kilometrach dojechaliśmy. „Być w Tokaju i nie zwiedzić piwnic, to jak być w Rzymie i…” więc, po konsultacji w informacji turystycznej wynajęliśmy kwaterę blisko centrum. Kwatera za 8000ft zaoferowała nam standard najwyższy z pośród odwiedzonych w ramach tych wakacji. Po południu, po zakwaterowaniu się poszliśmy coś zjeść.
Halasle

Halasle w restauracji

Halaszle w stylowej domowej restauracyjce na Rákóczi Utca – znowu pokrojone, całe papryczki do pogryzania – co to ja „chory królik jestem?”, tym razem zjedliśmy – wchodząc w „wyższe stany świadomości” (a swoją drogą nie rozumiemy tych narkomanów – płacą bajońskie sumy za coś co ich zabija, gdy mogli by pojeść papryczki – efekt taki sam, a ogień gratis). W sklepiku obok restauracji było parę (malutkich) wiązek suszonych papryczek. Tych które W. szukał po całych Bałkanach. No tak ale te, które były w sklepie, były inne od tych na wystawie. Z wystawy ekspedientka nie chciała zdjąć. Kupiliśmy jakie były psiocząc na „globalną wioskę”, która zniszczyła kulturę, sztukę i produkcję „lokalnych wiosek”. Wracając wstąpiliśmy do „Rakoczego” by umówić się na degustację. Ekspedientka zaproponowała nam rozpoczęcie zwiedzania po zakończeniu pracy sklepu mieliśmy więc trochę czasu na popałętanie się po mieście. Biedna dziewczyna nie wiedziała co ją czekało. Zwiedzanie piwnic było ciekawe ze względu na opis historyczno techniczny produkcji win w Tokaju, same piwnice jednak zawiodły. Przygotowane „pod zwiedzających” były nieużywana pokazówką. Część używana była zamknięta. No dobra, może to i lepiej – dla win, niech sobie spokojnie leżakują, my im przeszkadzać nie będziemy. Do czasu… aż przyjdzie czas degustacji.
przed degustacją

Piwnice Rakoczego

W sali przygotowanej do degustacji typu „wycieczka wejść, wycieczka wypić, wycieczka wyjść” byliśmy sami – z oprowadzającą, serwującą wina niewiastą. Nie była przygotowana na tak upierdliwych klientów. Nieopatrznie podała nam (standardowo) spis degustowanych win z miejscem na opis doznań i poprosiła byśmy notowali, no to nie sprawiliśmy jej zawodu – biedna dziewczyna… Przez ponad godzinę oglądaliśmy, wąchaliśmy i smakowali 6 różnych win przepraszając, że to tak długo trwa (było już po jej godzinach pracy), ale „sama Pani prosiła o opinie na temat win”. W pewnym momencie stwierdziła, że nasza mini-tycia wycieczka zajęła jej więcej czasu niż kilkudziesięcioosobowa zorganizowana grupa. Ale powiedziała to tonem będącym mieszaniną zmęczenia, podziwu (dla nas) i dumy, że pracuje w firmie której produkcję ktoś tak potrafi doceniać. Z tym docenianiem to było jednak różnie. Od czasu gdy winnice wykupili Francuzi i wprowadzili technologię fermentacji w kadziach stalowych część win straciła na atrakcyjności. {Opis win z degustacji}.
Na kwaterę wróciliśmy krokiem luźnym choć prostym – nawet pies zza płotu dał się oswoić i pogłaskać mimo wcześniejszego szczekania – nawet On przyjął, że „jak pachną winem, znaczy, że swoi!” Do Tokaju warto byłoby jeszcze wrócić. Piwniczki do degustacji są tu co krok, na każdej uliczce, a czasami częściej. Wycieczka nie może jednak trwać dłużej niż tydzień, bo może skończyć się alkoholizmem, winko jest mniam-mniam. Rano, bez kaca(!), po śniadaniu wybraliśmy się do miasta na zakupy alkoholowe. Wydaliśmy duuuużo na wina, omijając furmint nawet wzrokiem. Ta ekspedientka wcale się temu nie dziwiła. Obładowani wróciliśmy na kwaterę i po spakowaniu się, wyjechaliśmy około 11… by zaparkować parę przecznic dalej i pójść pooglądać winnice na stokach. W. miał ochotę wejść na szczyt góry podobnej z pokroju do jego ulubionej Ślęży ale został przekonany, że musimy wracać. W efekcie spacer polegał na obejrzeniu cmentarza, paru widoczków z góry – śliczne panoramy – drzewek oliwnych i migdałowych oraz, oczywiście, winnic. I tu zdziwienie – winogrona były praktycznie bez smaku i aromatu!!! Zrozumieliśmy, dlaczego furmint, który ma 0% cukru jest bez smaku i aromatu po przemysłowej produkcji w kadziach stalowych. Wróciliśmy do samochodu i dalej w drogę. GPS zawiódł nas do Tolcsva,
Piwniczki w Tolcsvie

Piwniczki w Tolcsvie

do producenta jeszcze lepszych Tokaji – firmy Oremus. Sklepik przy winnicy był zamknięty. Zawiadomiona telefonem przez pracowników coś obok pakujących sprzedawczyni przyszła po paru minutach i otwarła stylowy sklep. W międzyczasie pooglądaliśmy bramy wydrążonych w stoku (wielu!) piwnic. W sklepie mieliśmy okazję nasycić wzrok Tokajami – nawet za 100000Ft (1500zł), ale kupiliśmy te troszkę tańsze…
Furminta nie dostrzegliśmy.
Po zakupach dalej w drogę. Wybraliśmy, jak zwykle, „boczne drogi” i mieliśmy okazję pojechać alejami kasztanów jadalnych. Niestety nigdzie nie było przydrożnych bazarów… (z papryczkami).
Dalsza część drogi była już czystym „powrotem” z dwoma punktami charakterystycznymi: czosneczką na Słowacji, z przyjemnością zjedzoną w przydrożnej restauracji i wjazdem do polski przez Piwniczną – to było przeżycie raczej traumatyczne, polskie drogi obudziły nas tak skutecznie, że prawie rześcy dojechaliśmy o 22:30 do domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.