browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Symferopol, Rybaczie i Sudak

do galerii Picasa

Symferopol

Pierwszym postojem na Krymie był Symferopol – stolica Autonomicznej Republiki Krymu.
Do tego miasta przyciągnęły nas 2 rzeczy: rezerwat archeologiczny Neapol Scytyjski oraz „staryj gorod” – dawna dzielnica tatarska, miejsce do której lepiej po zmroku się nie zbliżać. Co prawda, niektórzy mieszkańcy odradzali nam wizytę nawet w dzień, ale ciągotki archeologiczno-spelunkowate przeważyły… Obejrzeliśmy meczet i pobieżnie najbliższe mu uliczki. Ich stan był, delikatnie rzecz ujmując, opłakany. Ruiny pokryte miejscami eternitem, a przed nimi najnowsze wozy sportowe. Ciekawa mieszanka stylów.
Dla odmiany nazwa Neapol Scytyjski wydaje się nazwą na wyrost. Wykopaliska są dość kameralne, niespecjalnie rzucają się w oczy – zadbali o to okoliczni mieszkańcy szukający taniego budulca. Za to po okolicy oprowadziła nas bardzo miła pani archeolog. Pani była na tyle miła, że dała W. potrzymać prehistoryczny dzban (ten to ma powodzenie!) a na koniec zapytała czy mamy ochotę na skorupy.

  • Jakie skorupy?
  • Prehistoryczne!!!
  • Przecież tak nie można!!! – zakrzyknęliśmy ze zgrozą w głosie.
  • A wiecie ile my tego mamy? Komu chciałoby się to kleić – odpowiedziała pokazując faktycznie olbrzymią stertę glinianych skorup.
Wszystkie bardziej atrakcyjne artefakty z wykopalisk już dawno zdobią muzea w Moskwie i Odessie…

W Symferopolu zrozumieliśmy również nowe znaczenie pojęcia: DRUTY w kadrze.

baza wypadowa

kwatera Rybaczie

I w końcu dotarliśmy do celu – miejsca pobytu, bazy na Krymie – miejscowości Rybaczie. (W. mówi Ribacze, nie będziemy się kłócić). Wybraliśmy to miejsce ze względu możliwość załatwienia wszystkiego z Polski, przez internet, oraz na położenie między Ałusztą a Sudakiem. Stamtąd wszędzie mieliśmy blisko.
{Słowo ”blisko” w realiach ukraińskich traktowaliśmy jak realia polskie x4. Czyli 200 km TAM, to takie małe 50 km w Polsce. Ponad 1000km – daleko. 998km – prawie w domu}

Sama wioska, zachwalana przez naszych Gospodarzy jako „sprawiająca wrażenie zagubionej i odległej od cywilizacji” po sezonie z całą pewnością tak wygląda. We wrześniu wciąż było tam pełno turystów. Niemniej jednak okolice są piękne: góry, lasy, winnice, a o odpowiednią atmosferę dbali nasi Gospodarze Lena i Kostia (brat Leny). Piotr (mąż Leny) był akurat w Polsce. Szczególnie miło wspominamy wspólne wieczory na tarasie przy winie…
Kwatera przygotowana dla nas, może nie była zbyt obszerna, i były drobne problemy z rozpakowaniem się do szafy, ale zawierała wszystko co niezblazowanym turystom jest potrzebne do bardzo wygodnego spędzenia wakacji – łóżko (wygodne), kuchnia z wyposażeniem i umywalką (część „gorąca” – ogólnodostępna kuchnia letnia), łazienka (z ciepłą wodą), niezależne wejście, parking pod oknem i cena „dla ludzi”. A na dodatek przemili Gospodarze stwarzający domową atmosferę – nawet z możliwościa zamówienia obiadków domowych z kuchnią regionalną!
Pierwszy skok w bok zrobiliśmy do Sudaku. Samo miasto specjalnie nas nie zachwyciło
do galerii Picasa

Rybaczie i Sudak

– chaotyczna zabudowa, mnóstwo samochodów i… mnóstwo turystów. Za to Twierdza Genueńska wręcz przeciwnie. Po zeszłorocznych doświadczeniach ze „znikającą” fortecą w Albie Iulii (Rumunia) nie byliśmy pewni czy uda nam się ją szybko znaleźć, jednak Genueńczycy byli przyzwoici i postawili swoją twierdzę na porządnej skale widocznej z daleka, uff… Twierdza miała jeszcze jedną zaletę – niesamowite widoki. Szkoda, że zdjęcia nie oddają tego tak, jak byśmy chcieli. Za to możemy to opisać. Twierdza wybudowana jest na jednej z nadmorskich skał. Jednym bokiem jest urwisko a pozostałe, będące wysokimi murami, otaczają bardzo przestronny teren. Na nim można znaleźć i obudowane cysterny na wodę, i meczet zamieniony obecnie na muzeum, a także wysoki zamek i basztę w najwyższym punkcie skały. W., którego nie dotyczą zasady fizyki, z drobnymi problemami (parę razy musiał się podeprzeć ręką) poszedł gładko, po wyślizganych, wapiennych skałach na szczyt. Musiało być naprawdę niebezpiecznie, jeżeli nie próbował nawet namówić Erynii do spaceru pod górę. Wziął aparat i… gdy już wracał zobaczył wspinająca się Erynię, którą zmotywowali młodzi Rosjanie. Czego to nie robi się ze wstydu. Własnego chłopa się nie wstydziła, ale obcy… Dała radę, idąc na czworaka, a czasami czołgając się przez dziury w murze. Warto było… popatrzeć!
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.