browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

od Ałupki do Liwadii i Koktebel

do galerii Picasa

Ałupka

Następnego dnia skoczyliśmy do Ałupki. Jako że Erynia przegapiła właściwy zjazd do miasta wylądowaliśmy, zupełnie niechcący, na starym cmentarzu. Nie stał się on ostatnim miejscem naszego pobytu między innymi dlatego, że naszym celem był pałac Woroncowa – gubernatora Kraju Noworosyjskiego. Przed odwiedzinami pałacu wstąpiliśmy na przystań obok której W. popływał sobie w Morzu Czarnym. Pałac ma szalony wygląd, każda część zbudowana w innym stylu. Pomimo tego, budowla nie straszy kiczem a zachwyca. Trzeba było odrobinę poczekać na zebranie grupy by wraz z przewodnikiem przejść się po pałacowych komnatach, ogrody obejrzeliśmy już sami. Zarówno one jak i wnętrza warte były tego by je odwiedzić.
Wracając z Ałupki postanowiliśmy zahaczyć o Jaskółcze Gniazdo – chyba najbardziej znany ‚widoczek’ na Krymie. Wiedzieliśmy tylko tyle, że należy go szukać na przylądku św.Teodora (Aj-Todor) w Gasprze.
do galerii Picasa

Gaspra i Liwadia

I znowu GPS wywiódł nas na manowce. Wylądowaliśmy przed prowadzącą do parku bramą, przed nami zamknięty szlaban i budka ciecia. Jako że cieć gdzieś wybył, skorzystaliśmy z okazji i weszliśmy… przed pałac na terenie sanatorium Jasna Polana, tam gdzie Lew Tołstoj leczył swe obolałe płuca – znowu wcisnęliśmy się tam, gdzie „nie lzia”. Przy okazji – nazwę „Jasna Polana” pałac Hrabiny Paniny otrzymał dopiero w 1947r. A w ogóle na Krymie jest pełno sanatoriów. Część z nich znajduje się w dawnych willach, pałacach. Gorzej, że nie wszystkie są dostępne dla zwiedzających, a szkoda… Uprzejmi kuracjusze opowiedzieli nam trochę o historii miejsca i pokierowali nas dalej.
Ruszyliśmy, tym razem w odpowiednim kierunku, po drodze zatrzymując się w kawiarni z widokiem na morze. Tam, obiektywami aparatów namierzyliśmy obiekt i miny nam zrzedły – tłumy turystów szły w tamtym kierunku. W sumie, tego należało się spodziewać. Obfotografowaliśmy tylko budynek z daleka i zwialiśmy do Liwadii. Sama Liwadia nie kojarzy się Polakom najlepiej. To tam, panowie Stalin, Roosvelt i Churchill radzili nad nowym porządkiem świata, a wydarzenie to znane jest pod nazwą Konferencji Jałtańskiej…
Ale pałac i otoczenie robią wrażenie.  
do galerii Picasa

Kara-Dag i Mierzeja Arabacka

Po wrażeniach historycznych przyszedł czas na doznania z innej dziedziny nauki – geologii. Nadarzyła się ku temu okazja w okolicy Koktebela, w rezerwacie geologicznym Kara-Dag. Miasto Koktebel przedstawiane jest w przewodnikach jako zaciszny kurort. Brzmi znajomo? No właśnie: chaotyczna zabudowa, pełno samochodów i turystów. Ale za to kameralna acz przyzwoicie zaopatrzona hala targowa, plaże zabudowane do imentu restauracyjkami wszelakiego sortu (głównie z kuchnią tatarską), wypożyczalniami sprzętu do pływania, przystań dla statków, no i wytwórnia alkoholi… Początkowo planowaliśmy zajrzeć po drodze do rezerwatu geologicznego Kara-Dag, przejść z przewodnikiem jedyną dostępną dla turystów ścieżką prawie pod rogatki Koktebela, a następnie wrócić statkiem do Biostacji (siedziby rezerwatu) oglądając skały z morza. Jak zwykle, rzeczywistość zweryfikowała nasze zamierzenia. Przegapiliśmy zjazd do Biostacji (szczerze mowiąc, nie był oznakowany) i bardzo szybko znaleźliśmy się w centrum miasta. Tam zrobiliśmy stosowne zakupy, przeszliśmy się plażą na przystań, w ostatnim momencie złapaliśmy statek do, jak nam się wydawało, rezerwatu i popłynęliśmy… Dopłynęliśmy wzdłuż wybrzeża do Złotych Wrót, obfotografowaliśmy co trzeba, pomyśleliśmy życzenia, a statek zamiast płynąć dalej do Biostacji, zawrócił… Cóż, widocznie tym razem nie było nam to pisane…
Następnie, W. odbiło i powiedział, że jedziemy dalej… i z taką pewną nieśmiałością, pojechaliśmy na Mierzeję Arabacką obejrzeć z bliska Morze Azowskie. Nieśmiałość wynikała z wiedzy. A mianowice, jeszcze w czerwcu, Brat Erynii pofatygował się do niej aby poinformować ją, że nad morzem Azowskim wybuchła cholera. W odpowiedzi usłyszał, że jak ona tam pojedzie to będą dwie cholery! Braciszek chyba się na nią obraził…
Stojąc na plaży przypomnieliśmy sobie tę rozmowę, rozejrzeliśmy się dookoła (plaża czysta, woda czysta, ludzi prawie niet) i wskoczyliśmy do wody. Cholera cholery się nie ima!… no chyba że ta Cholera z Polski dobija cholerę z Morza Azowskiego. Nie wiemy jak tamta… ale my żyjemy!
 

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.