browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Mołdawia

do galerii Picasa

Mołdawia

Od początku planowaliśmy powrót przez Mołdawię z pominięciem Naddniestrza. Naczytaliśmy się trochę ostrzeżeń na różnych forach internetowych i doszliśmy do wniosku, że nie musimy być aż tak odważni. W Rumunii spotkaliśmy Polaków, którzy pogratulowali nam rozsądku. Jeden z nich wracał w czerwcu z Krymu via Tyraspol. Panowie celnicy odebrali mu paszport i pokazali (w centymetrach) ile banknotów powinien dostarczyć by otrzymać dokument z powrotem. Poszło jakieś 150 euro. Później w Polsce, kolega z pracy W. „pochwalił się”, że w niego panowie celnicy mierzyli z odbezpieczonej broni. Poszło 200 dolarów.
W. czytał Kapitana Blooda — „praemonitus — praemunitus” (ostrzeżony — ubezpieczony) — wiedząc co może nas czekać, od Naddniestrza trzymaliśmy się z daleka, i dlatego prostą drogą ruszyliśmy do Kiszyniowa. Jako że GPS nie widzi dróg w Mołdawii (poza tą via Naddniestrze) zdaliśmy się na mapy, drogowskazy i tak zwany „koniec języka”. Żeby było śmieszniej, po przejechaniu granicy Mołdawii, GPS pokazywał wszystkie drogi(!), tylko jako znajdujące się 50m obok trasy, którą właśnie jechaliśmy — raz z lewej, raz z prawej strony. Od granicy, podróż była bardzo przyjemna: droga krajowa gładka jak stół, ładne widoki i, aż do rogatek Kiszyniowa, bardzo czytelne oznakowanie. Tu właśnie skończyła się bajka a zaczął się hardcore. Drogi zaczęły się rozwidlać, zero oznakowania na centrum, duży ruch na drodze, niecierpliwi kierowcy. Zjeżdżaliśmy do każdej napotkanej stacji benzynowej pytać się o drogę. Sprzedawcy jak mantrę powtarzali: „jedźcie prosto, a potem się pytajcie…”. Na pytanie o mapę Kiszyniowa jednakowo wybałuszali oczy i wzruszali ramionami — „Te obce jakieś fanaberie mają”. Zresztą, na stacjach paliwowych, zgodnie z nazwą, poza paliwem, niezbędną infrastrukturą i obsługą nie mogło być niczego innego. Jakimś fuksem dotarliśmy pod hotel „Kiszyniów”. Ucieszyliśmy się, bo w takim dużym hotelu dla cudzoziemców powinni chyba posiadać jakieś mapki, foldery, a przynajmniej udzielić jakiejś informacji. No i pudło: konsjerż spławił nas w iście komunistycznym stylu. W. ze zdziwieniem musiał przyznać, że przez ostatnie dwadzieścia kilka lat odzwyczaił się od takiego traktowania klientów. Rozejrzeliśmy się dokoła i zauważyliśmy biuro turystyczne. Pani w biurze, potraktowała nas bardzo grzecznie, ale również wybałuszyła oczy na pytanie o mapę miasta. W końcu, daliśmy spokój i poszliśmy zwiedzać centrum miasta, a konkretnie wzdłuż głównej jego ulicy – bulwaru Stefana Wielkiego (Stefan cel Mare). Starówki Kiszyniów praktycznie nie posiada, a przynajmniej nie znaleźliśmy, zresztą nie szukaliśmy. W czasie II wojny światowej miasto straciło 78% zabudowy i zostało odbudowane zgodnie z socjalistycznymi kanonami piękna. Wrażenie? Wojewódzkie miasto z wczesnych lat 90-tych, brrr… I to pomimo Łuku Triumfalnego. Za to targowisko!!!!! — kilka przecznic wzdłuż i wszerz, a na nim prawie wszystko — nie było poszukiwanych przez W. papryczek, a także migdałów. Tak wielki i zaopatrzony nie był nawet targ na stadionie X-lecia. I wszystko wyeksponowane, że tylko kupować (tanio!). Jedyne co odpychało smrodem to były hale z mięsem. Jeżeli W. — będący mięsożercą — stwierdził, że częstsze odwiedziny w takich miejscach zrobiły by z niego wegetarianina, to to musiało być straszne. Trochę mniej odpychające były hale z nabiałem. Oprócz targowiska W. był tak zniesmaczony tym miastem, że zaledwie po dwugodzinnym spacerze postanowiliśmy zwiewać stamtąd do Cricovej, ale to też nie było proste. Tak jak na rogatkach nie było ani jednej tablicy ze strzałką i napisem „centrum” (albo coś w ten deseń) tak i teraz nie było żadnej tablicy informującej na rozjazdach dokąd my właściwie jedziemy. GPS pokazywał wszystko — tylko nie drogę, więc wyłączyliśmy go i znów ‚koniec języka za przewodnika’: „skręcicie w prawo, potem prosto, potem się pytajcie…” Udało nam się wyjechać z miasta, mniej więcej, patrząc po słońcu, w dobrym kierunku. Do Cricowej miało być kilkanaście kilometrów, a tu już z 20 i żadnego drogowskazu. No to zjeżdżamy na pobocze i w sklepie pytamy ekspedientkę o Cricovą. I owszem, była – 3km wcześniej i w prawo. Zawróciliśmy i dojechaliśmy do skrzyżowania ZA(!) którym dopiero, schowana była wielka brama z napisem Cricova — i to nie do miasta ale do winnicy. Brama była zastawiona szlabanem, a strażnik wyjaśnił, że wpuszcza tu tylko autokary z wcześniej zarezerwowanymi wycieczkami. Rozejrzeliśmy się i nie zobaczyliśmy żadnego.

  • A gdzie można wykupić wycieczkę?
  • W biurze w Kiszyniowie.

tu nie można kupić wina

Nie uwierzyliśmy i podjechaliśmy do biura fabryki w Cricovej jadąc za samochodem Rosjan, którzy podjechali w międzyczasie i uzgodnili trasę ze strażnikiem. Przed wjazdem do ‚fabryki’ też była brama, a nawet dwie. Na jednej, reklamowej, można było zobaczyć więcej niż w całej ‚fabryce win’. W biurze siedziały bowiem dwie młode, długowłose blond-piękności ewidentnie zaprawione w spławianiu klientów. Czyżby były na praktyce w hotelu „Chisinau”?

  • Wycieczki z przewodnikiem rezerwuje się w biurze w Kiszyniowie na cztery dni przed terminem.
  • A bez przewodnika się nie da?
  • NIET!

Spojrzeliśmy po sobie – żadne z nas nie miało ochoty wracać do Kiszyniowa.

  • A gdzie tu można kupić wino?
  • Tu nie, w siedzibie firmy jest sklep.
  • A jak tam dojechać?
  • Zapytajcie się po drodze.

Już chcieliśmy zrezygnować z tej walki, gdy świeżo poznani Rosjanie, władający (co się samo przez się rozumie) językiem rosyjskim znacznie lepiej od nas, zgarnęli stojącą przed budynkiem pracownicę która jadąc do firmy zaoferowała się ich poprowadzić. Rosjanie machnęli na nas, żebyśmy jechali za nimi i tak dotarliśmu do sklepu firmowego. Sprzedaż wyglądała cokolwiek osobliwie. Zamówienie na wino składało się u pani siedzącej przy ladzie. Pani notowała w zeszyciku nazwę wina, ilość butelek, cenę, sumowała wszystko na kalkulatorze i instruowała mężczyznę przy ladzie co ma podać klientowi. Mężczyzna był tylko od podawania i nie udzielał żadnych informacji klientom. Pani była bardziej rozmowna. Poza udzieleniem informacji o cenie końcowej, udzielała również „wyczerpujących” informacji na temat win: musujące, czerwone, białe, słodkie i tym podobne. Gdy chcieliśmy bardziej pociągnąć ją za język, pani zacharczała: tu wszystkie wina są dobre (i miała rację!!!, ale o tym przekonaliśmy się dopiero w domu). Więcej nie ośmieliliśmy się pytać. Poza tym, jak w dawnym systemie, kliencie są równi i równiejsi. Wszedł nagle klient, zamówił parę pudełek win — Pani przerwała obsługę innych klientów, pomagier poleciał na zaplecze, Pan zapłacił zabrał wina i wyszedł, Pani wróciła do obsługi ‚równych’ klientów. Nieco osłabieni realiami mołdawskimi ruszyliśmy do Rumunii.
Kierowcy z Kiszyniowa to temat na osobny felieton. Niecierpliwi, agresywni, nadużywający klaksonu. Jazda na zderzaku, wyprzedzanie na trzeciego, wymuszanie pierwszeństwa, jazda wprost na czerwonym świetle na pasie przeznaczonym do skrętu w lewo to stały repertuar. Prowadzenie pojazdu po Ukrainie to naprawdę była przyjemność. W. nie wytrzymał i zaproponował Erynii by może trochę poprowadziła. Odpowiedziała, że nie ma sprawy, ale przedstawiła mu swoją wizję wydarzeń: wzrok błędny, rozwiany włos, gaz do dechy bez względu na światła, a On wyjmuje kałasznikowa i strzela do każdego kto na nią zatrąbi. Projekt upadł z braku odpowiedniej broni. Na szczęście, bo mogłaby się polać krew. Co ciekawe, o ile na Ukrainie cierpieliśmy na nadmiar drogówki (w Odessie na wylotówce stali nawet co kilka kilometrów), o tyle w Kiszyniowie nie natknęliśmy się na żaden radiowóz. Tak się zastanawiam, czy brak reakcji tamtejszej milicji nie jest przyczyną takiego stylu jazdy kiszyniowskich kierowców. Poza Kiszyniowem jechało się całkiem przyjemnie. Ale też drogi były puste…
Studnie są częstym i ważnym elementem mołdawskiego krajobrazu. Erynia wyczytała w przewodniku, że w latach dziewięćdziesiątych większość mołdawskich wsi została skanalizowana. Wydawało się, że studnie to już przeżytek. Po serii gwałtownych podwyżek cen wody, studnie wróciły do łask a rury rdzewieją. Wiejskie studnie znajdują się w nietypowym miejscu – tuż przy płocie. Przeważnie są obudowane altankami i mają furtki z dwóch stron, tak by każdy człowiek z ulicy mógł wejść i napić się wody — korzystaliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.