browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Koszyce

Słowacja zawsze była dla nas krajem ‘przelotowym’ lub ‘przystankowym’ w trasie pomiędzy Polską a kolejnymi ‚krajami wakacyjnymi’. Postanowiliśmy to zmienić. W pracy Erynia podpytała koleżankę Słowaczkę czy warto jechać do Koszyc. Koleżanka prawie się obraziła: drugie miasto na Słowacji (nie tylko pod względem wielkości) po Bratysławie, a ta zadaje głupie pytania… Erynia po raz drugi popełniła faux-pas, pytając inną koleżankę po wiadomej filologii, czy mogłaby jej polecić jakieś malownicze słowackie miasteczka na krótki przystanek w czasie urlopu. „To ile chcecie wziąć tego urlopu? Tylko trzy tygodnie? Tyle nie starczy wam na zobaczenie nawet najpiękniejszych miast…” Osłabiona Erynia nie zadawała więcej pytań.
Pierwsza okazja odwiedzenia Słowacji sama wpadła nam w ręce. Idiotycznie rozpoczynający się turnus sanatoryjny Mamy Erynii w Wysowej (od czwartku) zmusił nas do wzięcia urlopu i żal było zmarnować tak ładnie rozpoczynający się koniec tygodnia. Postanowiliśmy więc kontynuować drogę i wyruszyliśmy na południe. Po przekroczeniu granicy polsko-słowackiej zaczął siąpić deszcz więc doszliśmy do wniosku, że opłata za parking nie równoważy przyjemności spacerowania po Bardejowskich-Kupelach. Gdyby świeciło słońce to może… a tak to pozostało nam jedynie ulec znanej pokusie – jedzeniu w Szałasie pod Bardejowem. Co prawda W. psioczył na bryndzowe haluszki (ser mu się wydawał zbyt gorzki…) Erynia za to skrytykowała pierogi („Mama robi lepsze” – ale to nie jest żaden argument. Mama ZAWSZE robi lepsze). Niemniej jednak oboje zżarli(!) czosneczkową polewkę i strudel z wiśniami i makiem. Gdyby im się zmieściło zjedli by jeszcze więcej, ale i tak obżarci ledwo co się turlali. W samochodzie Erynia poszła w kimono a W. zasypiał za kierownicą.

do galerii Picasa

Koszyce

Cudem tylko jakimś dotarliśmy do Koszyc. No może nie zupełnie cudem – samochodem! Nie mieliśmy zarezerwowanego hotelu więc może trochę przepłaciliśmy, ale za to mieszkaliśmy parę metrów od centrum i starej synagogi w Penzión Krmanova. A tak w ogóle to opłaty za parkowanie są wszędzie – kieszenie trzeba mieć pełne monet. Centrum stało przed nami otworem, czego nie było można powiedzieć o synagodze. Skorzystaliśmy więc z otwartej drogi i po zasięgnięciu informacji przemierzyliśmy ulicę Hlavną w jedną i w drugą stronę. cały czas towarzyszyły nam dźwięki muzyki sterujące fontanną pomiędzy teatrem a kościołem. Erynia wyłapała możliwość wdrapania się na jego wieżę i wylądowaliśmy (a właściwie wznieśliśmy się) 50m nad ziemią – na piechotę po kręconych kamiennych schodkach. Widok w słoneczny dzień z malowniczymi chmurkami byłby niewątpliwie piękniejszy ale i tak oboje wyciskaliśmy z aparatów siódme poty aby spróbować oddać urok widoków. Po opuszczeniu wieży i zwiedzeniu kościoła „w remoncie” poszliśmy dalej w górę Hlavnej. Jak skończyła się ona dwoma muzeami i skończyło się słońce to doszliśmy do wniosku, że trzeba teraz zadbać o coś dla ciała. W informacji turystycznej (czynnej do godziny osiemnastej!) zasugerowano nam restaurację Med Malina, ale w karcie zobaczyliśmy tyle ‘polskich potraw’ (jak, na przykład, bigos czy żurek), że poszliśmy dalej. Erynia znalazła, przy kościele Kalwinów, przaśną piwiarnię. Poziom oddawał najlepiej brak napisu „zákaz fajcenia”. Smród był więc wprost proporcjonalny do atmosfery. Ale czego się nie robi dla zaspokojenia nałogu – nie alkoholowego – lecz głodu przeżyć. Po czeskim piwie przyszła pora na słowackie wino. Atmosfera w winiarni była mniej śmierdząca (zakaz fajcenia obowiązywał) ale i tak ciekawa. Wyglądało na to, że przychodzą tam babcie i dziadkowie na klachy. Po takim ‚podkładzie’ poczuliśmy się gotowi na kontakt z cenami w restauracji 12 APOŠTOLOV. Zachęceni przez Makłowicza rzuciliśmy się na menu. Jak na warunki polskie to ceny nie były zbyt zabójcze, ale jak na ceny słowackie to „razy dwa”. Ale jedzenie… już zapach niesionych potraw wywołał u W. euforię, a smak… Może i jeleń był odrobinę zbyt twardy ale ani jego smakowi ani smakowi sosu grzybowego nic nie można było zarzucić. No może tylko tyle, że rozkosz skończyła się zbyt szybko, Podobnie było z kaczką w żurawinach z kluseczkami mającymi w swym środku odrobinę śliwki (bez cukru i pestek). W. stwierdził, że spłukiwanie takich smaków piwem byłoby barbarzyństwem i może dlatego pozostało nam już tylko pójść do hotelu i ułożywszy się w pozycji horyzontalnej rozmyślać o dalszej podróży…

Poprzedni
Następny

4 odpowiedzi na Koszyce

  1. Tomas

    O tego to nie wiedziałem. Muszę sprawdzić :). Swoją drogą 90rocznik zaliczony :))

  2. Tomas

    Super miasto. Dodam jeszcze, że się tam odbywa najstarszy maraton w Europie. W tym roku to będzie 90 rocznik :).

    • Erynia

      Wiemy, wiemy 🙂 . Dodam, że najbliższy nocny maraton będzie miał tam miejsce szóstego września.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.