browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Miszkolc i okolice

16m ikonostas

Cerkiew Św.Trójcy

Poranek rozpoczął się rozkosznym śniadankiem w Hotelu Kitty – karnet wykupiliśmy przy zapłacie za pokój. Planowaliśmy pojechać z samego rana do Lillafüred, po drodze wstępując na targ. Targ był świetny, dobrze zorganizowany. Może nie wszystko tam było, czego człowiek mógł się spodziewać – nie znaleźliśmy serów – ale wybór był i tak duży. Rzodkiewki wielkości buraka! I wina w paru miejscach, kiełbaski też – czyli wszystko czego W. potrzebuje do życia. Jak zapakowaliśmy zakupy do samochodu, to poszliśmy w miasto, upolować kościoły. Udało nam się zobaczyć oba ikonostasy w cerkwiach. Jeden fuksem, gdyż cerkiew grekokatolicka przy Búza tér była właśnie zamykana. Drugi razem z muzeum sztuki cerkiewnej. Muzeum było bardzo ciekawe, ale “dużo” większe wrażenie zrobił na nas w Cerkwi Św.Trójcy największy ikonostas w Europie Środkowej – 16m wysokości. Pani oprowadzająca władała tylko mową ojczystą, ale szybko wręczyła nam kartkę ze szczegółowym opisem po polsku. Później W. troszkę pomylił kierunki i zamiast do drewnianego kościoła reformowanego poprowadził do kościoła reformowanego z drewnianą wieżą.
do galerii Picasa

Diósgyőri Var

W końcu dotarliśmy również do tego pierwszego – nie wiele straciliśmy, oba były zamknięte. Za to zyskaliśmy win wszelakich skrzynkę zdążywszy 3 minuty przed zamknięciem sklepu z markowymi węgierskimi winami. Odwieźliśmy zakupy do pensjonatu i w drogę do Lillafüred. I znowu W. coś zobaczył, wyhamował i skręcił w bok. Był to drogowskaz na Diósgyőri Var. I tak trafiliśmy na festiwal rycerski w ruinach zamku. Czego tam nie było, i zabawy dworskie, i trefnisie, i konne pokazy rycerskie, i dama z fretką, i pani z orłem, i pan z sokołem. Sokół sokolnikowi uciekł gdy tylko ten odkrył mu oczy i spuścił go ze smyczy…
No, ale w końcu mieliśmy dojechać do Lillafüred. Po drodze zatrzymaliśmy się już tylko przy podupadających budynkach Herman Ottó Nemzeti Emlékpark by w końcu dotrzeć do celu. Niestety było trochę za późno na zwiedzanie jaskiń Anny i Istvana, ale światła wystarczyło jeszcze na obfotografowanie zamko-hotelu Palota i jeziora Hamori pod zamkiem. Po tym W. znowu poniosło i ‘musiał’ pojechać inną drogą. Co prawda Erynia zawróciła go z drogi ale zdążyliśmy jeszcze zobaczyć jakąś budowlę wyglądającą jak wielki piec przy muzeum Fazoli.
do galerii Picasa

Lillafüred

Był też i pomnik współpracy hutników czeskich i węgierskich. Słoneczko zaczęło chylić się ku wieczorowi czas był więc wielki ma małe co nieco w restauracji Kispipa Halászcsárda w Miszkolcu. Restauracja jest warta zachwalania bo potrawy są wyśmienite i wielkościowo pokaźne. Niestety zawiedliśmy się na ostrości papryki węgierskiej. Gdy do halaszle dostaliśmy świeżą pokrojoną paprykę od razu ją wypróbowaliśmy. Była trochę ostra, szczególnie pestki, ale dało się ją zjeść. Przy jedzeniu z zupką (tłustą) ostrość się trochę poprawiała, ale nie było to nic strasznego. Powiedzieliśmy to kelnerowi. Spytał czy chcemy ostrzejszą, W. oczywiście odpowiedział, że tak. No to kelner przyniósł, suchą i też pokrojoną. W. spróbował i stwierdził, że wcale nie jest ostra – taki papier bez smaku. Erynia stwierdziła, że jak się chwilę pogryzie to można wyczuć odrobinę ostrości. Kelner gdy mu to pokazaliśmy stwierdził “You are crazy” i uciekł. Po prawdzie, było w tym trochę winy W. Przed wyjazdem na Węgry, postanowił nas przygotować na moc węgierskiej papryki i pewnego dnia przygotował na obiad krem pomidorowy z czosnkiem, papryczkami i sosem chili. Eufemizmem byłoby stwierdzenie, że nieco przesadził z ostrością. Po spożyciu byliśmy gotowi na wszystko!
Gdy już pojedliśmy, kelner przyszedł spytać jak się czujemy, spojrzał przy tym wymownie na talerzyk z którego ubyło połowę papryki (W. usiłował dopapryczyć gulasz i mu się nie udało). Stwierdziliśmy, że mamy się świetnie – nie chcieliśmy przelewać na niego naszego zawodu – i pogadaliśmy o pięknie Polski i Węgier.
Poza wszystkim innym jedzenie w Kispipie było wyśmienite.
Po tak mile spędzonym dniu pozostało już tylko pojechać na kwaterę i ułożyć się do snu.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.