browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

od kanionu do kasztelu

do galerii Picasa

Kanion Lengaricë

Po śniadaniu, około 9:30, ruszyliśmy w drogę – dziurzastą, zakręciastą i… przepiękną! Dodatkowymi atrakcjami były zwierzęta gospodarcze. Jedzie sobie człowiek, nie za szybko – bo droga jak wyżej – a tu za zakrętem staje sobie nos w nos z krową. Staje to dosyć dokładne określenie, bo krowa(-y) stoi i przyglądając się turystom nie zamierza tego stanu zmieniać. Mijając je trzeba uważać na lusterka i okna. Lusterko można stracić na rogach, a przez niezamknięte okno można dostać „w twarz” ogonem (i tym, co się do niego przyczepiło). Taką to drogą GPS wywiódł nas z Leskowica do Czarszowy (Çarshovë) 14. kilometrowym ‚skrótem’. GPS nie widział również drogi do granicy. Zaryzykowaliśmy, i według Erynii były to dłuuuugie 14 kilometrów. W. aż tak ostro tego nie oceniał, w końcu to on siedział za kierownicą… i to nie w takich warunkach (patrz Serbia). Za Petranem dostrzegliśmy znak wskazujący na źródła termalne i odchodzącą w prawo drogę wprost cudowną, PŁASKĄ, z liniami po bokach i na środku. Drogowskaz sugerował, że droga będzie miała 6km. Erynia zadecydowała „jedziemy” — to pojechaliśmy. Po 6km asfalt się skończył i w oddali dostrzegliśmy most Ura e Kadiut — stary otomański most z 1760 roku. Wokół płasko, piekielnie nasłonecznione i szutrowe miejsce. Nic to – nie pakujemy się przez dolinkę rzeczną, z tyłu za bardzo się tłucze… Parkujemy, bierzemy stroje kąpielowe i w drogę. Okazało się, że zupełnie niechcący dotarliśmy do kanionu rzeki Lengaricë. Mieliśmy ją co prawda w planach, ale sugerowane przez mapy drogi szutrowe zmusiły nas do rezygnacji — z bólem serca.
Ten na górze jednak nie zapomniał. Dzięki Mu za to!
Po dojściu do mostu zobaczyliśmy albańskie
Albańskie SPA siarkowodorowe

Albańskie SPA siarkowodorowe

SPA było takich miejsc 5, zaliczyliśmy 3. Wszystkie siarkowodorem „trąciły” (z nie tak małym stężeniem bo nasze srebrne obrączki nabrały kolorytu brązowo-czarnego. Nic to — się wytrze.) Nie mieliśmy zbyt dużo czasu (i wystarczającej odporności bosych stóp niewieścich) by pójść zbyt daleko wzdłuż kanionu, ale i tak te kilka zakrętów, urzekło nas swą malowniczością. Wracając W. odwrócił się i z łezką w oku pomyślał „Żegnaj Lengarico”, ale tak pod spodem coś mu się marzyło by zobaczyć tę rzekę podczas wiosennych roztopów. To musi być coś pięknego jak Ona jest wściekła. Dalej to już było typowo: dziury, zakręty i przepiękny przełom rzeki Vjosë, której brzegami wiodła droga. I tak dotarliśmy do Gjirokaster – miasta z listy światowego dziedzictwa UNESCO.
do galerii Picasa

Gjirokaster

W centrum wstąpiliśmy do pierwszego z brzegu baru na coś zimnego i spytaliśmy o informację turystyczną lub hotel. Kelner najpierw poszedł spytać się czy w okolicy coś wiedzą o informacji turystycznej, a jak wyszło na to, że nie, to zaprowadził nas kilkaset metrów dalej do Hotelu Shehu. W. oczywiście musiał się potargować i z 3000Leków za pokój (z klimatyzacją, łazienką i telewizorem) stargował na 5000 za dwie noce. (ok.150zł za 2 noce). Po prysznicu i drobnej sjeście poszliśmy w miasto. Co ciekawe, może i w mieście przeważają mężczyźni, ale w odróżnieniu od Serbii i Macedonii nie widzieliśmy żadnej okutanej kobiety. Stare miasto w Gjirokastrze poprzecinane jest stromymi uliczkami, których nawierzchnia wyłożona jest poprzecznie leżącymi kamieniami, na przemian łupkami i dolomitem (różowy, biały, czarny). Jedne są wyślizgane inne hamują, a uliczki są tak wąskie, że jeżdżące po nich samochody (często wielkie SUVy 4×4) mijają się na lusterka (to znaczy jedno lusterko NAD drugim). Przy tym wszyscy kierowcy są dla siebie uprzejmi. Klakson bywa używany jako powitanie, ostrzeżenie, zwrócenie uwagi, ale nie ma nic wspólnego z agresją. Zadziwia praktyczny brak jakichkolwiek znaków drogowych na ulicach miast. Jednocześnie ludzie chodzą po ulicach jak chcą, nawet pod nosem policjantów, którzy się takimi drobiazgami nie zajmują. Przy tym wszystkim ruch jest płynny, wypadków brak a atmosfera piknikowa bywa lepsza niż w Irlandii.
Twierdza w Gjirokaster (wejście płatne 200Lek/os.) jest odnowiona w dosyć ciekawy sposób. Główna galeria wejściowa zastawiona jest armatami, haubicami moździerzami i działkami przeciwlotniczymi. Dalej jest dodatkowo płatne (200Lek/os.) muzeum kombatantów(?) i armii (tośmy sobie odpuścili). W cenie jest wejście na mury, ale jedynie ich część północno-wschodnią. W południowo-zachodniej, na górze, jest Muzeum, a na dole, w niezagospodarowanej części gruz i nietoperze. W ogóle przestrzeń jest mało zagospodarowana, tak, że nawet „szpiegowski” amerykański samolot pozostawiony na wieczną rzeczy pamiątkę wygląda dość smętnie. Ale widoki z twierdzy – niczego sobie.
W muzeum etnograficznym, obejrzeliśmy wyposażenie starego albańskiego domu. Naszą uwagę przykuło naczynie wyglądające na patelnię do dużych jajek sadzonych. Przewodniczka uświadomiła nas że to nie do smażenia jaj a do potrawy składającej się z ryżu, jaj i mięty. Podobno została wynaleziona w Gjirokaster i koniecznie musimy jej spróbować. Spróbowalibyśmy bardzo chętnie, tylko… w drodze do hotelu zapomnieliśmy jak się nazywa. Zamęczaliśmy biednego recepcjonistę różnymi dziwnymi nazwami (ciuciu, cici, kici, ciuchcia), podaliśmy nawet zapamiętany skład potrawy, a on nic. Zrezygnowani, poszliśmy do ulubionej cukierni, a tam miła właścicielka napisała nam na kartce nazwę: qifqi (czyt.: czifczi) i podała restaurację w której była szansa na to danie. Tak wylądowaliśmy restauracji Fantasia. Qifqi nie było w karcie, ale kucharz bez problemu przyrządził je na nasze życzenie. Całkiem ciekawe w smaku.
Porównując Gjirokaster do Ochrydy – oba miasta na liście UNESCO, oba mają starówki i twierdzę można stwierdzić, że:
W Ochrydzie, budynki wypieszczone są do imentu i mieszczą się tam hotele, pensjonaty, apartamenty na wynajem, restauracje. Na szerokiej promenadzie prowadzącej do jeziora bar przy barze, sklep przy sklepie, tłumy turystów i przygotowane dla nich atrakcje.
W Gjirokaster łupkowe dachy osypują się gdzieniegdzie, wieczorami młodzi zjedżdżają samochodami do nowego miasta (sądząc po muzyce – na balety) a starzy przesiadują w kafejkach prowadząc ożywione dyskusje, turystów prawie nie widać.

P.S. W sklepie fotograficznym spytaliśmy o filtr polaryzacyjny.
Usłyszeliśmy, że w Gjirokaster tego nie kupimy.

Poprzedni
Następny

2 odpowiedzi na od kanionu do kasztelu

  1. W.

    Ja jeszcze lubię błękit i czerwień – ale tylko w połączeniu z błękitem 😉
    Dziękuję za „Młodych” – ale młodość jest stanem ducha, a nie efektem metrykalnym…
    Życzę młodości… i wszystkich kolorów tęczy, w tym żółci i zieleni!

  2. Jaruta

    Lubicie żółcie i zielenie? To dobrze, bo taki kolor mam ja – z zawiści, oczywiście. Boziu, tego jednego zazdroszczę Młodym, współczesnym – możliwości podróży, otwartego świata.
    Ochryda wypieszczona, Albania dzika – wolę dzicz.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.