browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

od Butrintu do Llogarasë

do galerii Picasa

Butrint

Od spotkanych w muzeum etnograficznym w Gjirokastrze Polaków dowiedzieliśmy się o Blue Eye – ciekawostce geologiczno-hydrologicznej. 22km przed Sarandą jest źródło, z którego wypływa rzeka o szerokości – od razu! – paru metrów. „Otwór” o średnicy kilku i głębokości kilkudziesięciu metrów ma kolor błękitny, stąd jego nazwa. Wokół tłumy ludzi (duży odsetek Włochów), woda ma około 9°C, więc co najwyżej moczą nogi (my też). Jakieś baro-restauracje i płatny wjazd przez groblę, Na razie mało zagospodarowane (dopisek Erynii: w porównaniu ze Sveti Naum wszystko wydaje się „mało” zagospodarowane), a i dojazd znacznie gorszy niż do źródeł Lengaricy. Po tym drobnym skoku w bok pojechaliśmy już prosto do Butrintu. Droga za Sarandą nowa, szeroka i gładka jak stół. Żeby się turystom we łbach nie poprzewracało: bez linii poziomych a i barierki też nie zawsze były tam gdzie według nas można ich było oczekiwać. Podjechaliśmy pod bramę wejściową do kompleksu około 11. i znowu nam się udało. Normalny bilet kosztuje 700Lek (dla cudzoziemców), ale ponieważ stało nas w przejściu kilkoro, sprzedający zaproponował zmianę taryfy na ‚grupową’ po 500Lek od głowy – oczywiście wszyscy się zgodzili. Historycznie może ciekawszy, ale nie wiadomo dlaczego kompleks, mimo że duży, nie robił aż takiego wrażenia jak Dion.
na promie

na promie pod Butrintem


Po obejrzeniu ruin i muzeum wyszliśmy przez bramę by wsiąść na ciekawy przykład sztuki użytkowej – prom w Butrincie. Pod spodem jakieś blachy i styropian (może coś jeszcze), po wierzchu obite deskami o różnych kształtach, wymiarach. Całość poruszająca się dzięki linom napędzanym z brzegu. Przepłynęliśmy kanał (za darmo – płacą samochody) by obejrzeć twierdzę Wenecką, ale ponieważ była zamknięta to W. nie omieszkał jedynie zaspokoić swoich potrzeb wodnych i popływał w jeziorze Butrint. Woda była słona więc może to był raczej zalew? Ale któż to wie, przez stulecia linia brzegowa bardzo się zmieniała i tam gdzie obecnie jest ląd było morze z wyspami. Po powrocie do samochodu W. zadecydował, że przyszła kolej na popływanie z maską w Morzu Jońskim za Ksamilem. Niestety pod wodą również dostrzec można było albańskie podejście do czystości – puszki, butelki plastikowe, a nawet opony różnych wielkości. Rozumiemy, że w niektórych miejscach próbuje się tworzyć sztuczne rafy z opon a nawet czołgów, czy statków, ale wtedy widać jakiś zamysł, a tu widać jedynie śmietnik nad którym pływają ryby. Gdy już się napływaliśmy, przyszła pora na dalszą drogę. Ponieważ zrobiło się trochę głodno, przekąsiliśmy coś w ciekawej restauracyjce przy drodze SH8 w Tavli – właściciel zadbał o to, by było tam wszystko: bar, restauracja, fotel do masażu, kafejka internetowa, wystawa win i innych alkoholi, sprzedaż ciekawostek od lampki diodowej do sekatora i pił do metalu. Zjedliśmy porcję mięsa wieprzowego – dobra porcja dla dwojga, albańską odmianę sałatki szopskiej – smaczna ale nie do przejedzenia, zestaw serów miejscowych (typu feta i twardy) – wyśmienite, chleb grillowany z oliwą i przyprawami oraz pilaw – uwaga!!! — pilaw to sam ryż, nabraliśmy się na własne życzenie nie czytając angielskiej części menu. Po jedzeniu zrobiło się trochę późno i mimo zgody Erynii na jazdę ‘do oporu’ nawet ze spaniem w samochodzie W. zaczął szukać noclegu. Naprzeciwko twierdzy
Kalaja e Ali Pashë Telepenës

Porto Palermo Castle

Kalaja e Ali Pashë Telepenës w Porto Palermo (sic!) właścicielka zaśpiewała (w trzech językach: po angielsku, francusku i włosku) 35€ za bungalow z prysznicem w oddzielnym budynku. Negocjacje (również w trzech językach) nie pomogły. Zrezygnowaliśmy, twierdza zostanie ‘na następny raz’. Zaraz po zachodzie słońca dotarliśmy do Himarë gdzie tym razem Erynia wytargowała z 30€ na 2500Lek za pokój z łazienką i klimatyzacją. Po spłukaniu z siebie soli morskiej przeszliśmy się deptakiem w poszukiwaniu owoców. Skończyło się zakupami w jedynym sklepie i drobnym co nieco u Czerwonego Indianina (1 szaszłyk wieprzowy i 2 małe Korça za 400Lek).
Wieczorem W. postanowił, że następny dzień trzeba rozpocząć wcześniej, by dotrzeć do Ulcinj o przyzwoitej porze tak, że już około 9. wyjechaliśmy z Himarë. Początkowo zakręty były jak zwykle, no może było ich trochę więcej, więc W. myślał, że to te zaznaczone na mapie. Dopiero za Polase, gdy spojrzał w górę zrobiło mu się śmiesznie, góra poprzecinana była zygzakami prawie pod sam szczyt. Co prawda, podczas jazdy okazało się, że widoczne pod szczytem zygzaki są drogą w bok, ale za to nie wszystkie zakręty widać było z dołu. Poza tym na przełęcz nadeszły drobne acz ciemne chmury i wyglądało to groźnie – groźniej niż w rzeczywistości, wiało ostro ale nawet kropla deszczu nie spadła. Taki rozdział powietrza miał swoje odbicie w przyrodzie – wjeżdżaliśmy wśród suchych traw zjeżdżaliśmy pięknie pachnącym piniowym lasem. Widoki po jednej i drugiej stronie przełęczy Llogarasë (Llogara National Park) (1027m n.p.m.) były tak piękne, że co rusz stawaliśmy robić zdjęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.