browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Budva

do galerii Picasa

Budva

Kolejnym etapem naszej drogi stała się Budva. Nie zamierzaliśmy zwiedzać nowego miasta – nie nasze klimaty – za to stare miasto jak najbardziej. Przy okazji, rzuciliśmy okiem z góry na Świętego Stefana i jakoś ta wyspa ciągle nie przypadała nam do gustu. Przed Budvą Erynia stwierdziła, że przewodnik po Czarnogórze sugerował monaster Podostrog (miał znajdować się na obrzeżach Budvy) jako ciekawą propozycję na spędzenie popołudnia. Nie wiemy jak często ten przewodnik jest aktualizowany, i ile rakiji wypił redaktor przy pisaniu tego rozdziału, ale monaster nazywa się Podmaine
drogowskaz

„przewodnik” przewodnika

(odpytywaliśmy mnichów i żaden z nich nie rozumiał o co nam z tym Podostrogiem chodzi). Bo Podostrog to zabita dziurami w drodze dzielnica (wioska) będąca kilka kilometrów w górę za monasterem – sprawdziliśmy, idąc na piechotę zboczem góry, szutrówką w albańskim stylu (czytaj: kamienie lub koleiny po zbóju). Mijały nas suwy 4×4 i miejscami ledwo dawały radę. Widząc, jak rzeczy się mają, daliśmy odpocząć naszemu autku i zrobiliśmy sobie solidny spacer. Dotarliśmy prawie na szczyt aż do cerkiewki z cmentarzykiem, za którym W., słysząc wymowne milczenie Erynii, zasugerował powrót. Nie protestowała, zwłaszcza że Podostrog się skończył… Wróciliśmy więc do samochodu i w miarę szybko dotarliśmy do Budvy. Z tyłu na dziurach tłukło się jakby więcej. Omijając miasto nowe dojechaliśmy jak najbliżej miasta starego i po zaparkowaniu (1€/h) ruszyliśmy na zwiedzanie. Trudno to jednak było nazwać zwiedzaniem. Po wejściu przez jedną z bram, znaleźliśmy się w zwartej zabudowie o uliczkach szerokości max. 2m (było parę większych placyków) całych w praktycznie jednakowych budynkach zamienionych w sklepy, restauracje, kafejki itp., itd. Wyglądało to bardzo monotonnie i sterylnie a my zatęskniliśmy za Gjirokaster. Oj, rozpuściła nas ta Albania. Muzeum Archeologiczne i owszem było, ale ponieważ zakazane było fotografowanie to W. nie widział powodu by płacić za wejście. Erynia tym razem nie protestowała. Odbiliśmy to sobie (za opłatą 2€/os.) w Cytadeli, tam fotografować nie zabraniali. Po przejściu starego miasta wzdłuż i wszerz oraz częściowo dookoła po blankach, oczy Erynii wymownie wskazały kierunek dalszej drogi, Wstąpiliśmy więc tylko na chwilę do supermarketu i poszukaliśmy za Budvą przydrożnej restauracyjki. Cevapi były świetne – szczególnie z kajmakiem – (około 5€/porcję), czorba rybna dobra ale nie taka jak na Ada Bojana, sałatka serbska dobra, choć mimo zapewnień kelnerów czuszki lutej w niej nie było. Mimo wszystko, spędziwszy ciekawe popołudnie i dobrze pojedzeni dotarliśmy na kwaterę.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.