browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Cetinje i Jezioro Szkoderskie

Był to dzień nie znalezionych miejsc. Wybraliśmy się dzikim świtem około 8. do Cetinje, dawnej stolicy Czarnogóry. GPS zgłupiał — Czarnogórcy budują drogi szybciej niż GPS jest je w stanie zaktualizować — żeby tak w Polsce…

do galerii Picasa

Cetinje

Droga była malownicza ale i szybka.
Cetinje zaskoczyło nas niską zabudową centrum z wieloma ciekawymi willami – wygląda jak zwyczajne, prowincjonalne miasteczko. Dalej było już trochę gorzej. Co prawda muzeów jest kilka ale co najmniej jednego (etnograficznego) nie udało nam się zlokalizować, chociaż było zaznaczone na mapie, którą otrzymaliśmy (za 1€) w informacji turystycznej. Rola pracownicy tego biura najwyraźniej ograniczała się do sprzedaży owych mapek, gdyż na nasze pytania dotyczące miejsc wartych zobaczenia w mieście i w okolicy, odburknęła znajomym tonem, że „wszystko jest wypisane na mapie, to można sobie przeczytać!”. Przypomniała nam się Mołdawia, cieć w hotelu Chisinau, „uprzejme” panie w Cricovej oraz głęboki PRL. Tymczasem, pani udała się przed biuro prezentować swe wdzięki i uśmiechy okolicznym panom. Bardziej chętnym do przekazania nam sugestii, co należało by zobaczyć w Cetinje, był pracownik Narodowego Muzeum Czarnogóry – chwała mu za to. W cetinjskim monasterze było jeszcze śmieszniej. W paru miejscach wisiały kartki „No entry” — najlepiej wyglądała ta, obok kartki z napisem „MUZEUM”. Nie sfotografowaliśmy tego, bo fotografowanie też było zabronione… Ale to w końcu prawo gospodarza a nam pozostaje się tylko do niego dostosować. Dalej W. popatrzył w górę i powiedział „tam byłoby fajnie pójść” Erynia już znała ten błysk w oku… i poszliśmy, zakosami w górę. Droga zaczynała się w pobliżu amfiteatru a kończyła mauzoleum Metropolity Daniły. I tu Erynia dostrzegła drugi tego dnia błysk w oczach W.. Dostrzegł on ścieżkę prowadzącą w dół. Chociaż W. zasugerował Erynii by wracała drogą, którą przyszli zdecydowała, że pójdzie za nim. Ścieżka była „śliczna”: wąska, kręta, kamienista, stroma i skończyła się na placu ponad monasterem. Tylko parę razy padło rozkoszne „ja cię zabiję” i już dotarliśmy pod wejście do jaskini. Z tego co udało się dostrzec w świetle flesza to jaskinia była duża, częściowo przygotowana do zwiedzania (schodki betonowe) i kompletnie zapomniana przez ludzi… Barachło pamiętało — organizując tam libacje. Zresztą, na placu przy wejściu do jaskini (a nad monasterem!) także pełno było objawów ludzkiej obecności… Po zejściu na poziom Muzeum Narodowego Czarnogóry, obok Pomnika Rozstrzelanych wiała chłodem i zapachami następna dziura. Tym razem nie zgłębialiśmy jej czeluści. Dać tu Ukraińców, zaraz zorganizowaliby (płatne) wycieczki, ale przynajmniej byłoby CO oglądać. Wróciliśmy na główny deptak miasta i w restauracji opanowanej przez miejscowych (przerwa śniadaniowa w powszedni dzień o 12.?) zjedliśmy maleńkie co nieco. Pierwszy raz w Czarnogórze danie było nie do przejedzenia. Przy okazji kelner przyznał się nam, że w 2006 roku był na festiwalu tańca w Bolesławcu i bardzo to mile wspomina. Po jedzeniu przysłaniającym poprzednie doznania pojechaliśmy dalej. W drodze na Podgoricę rzuciła nam się w oczy strzałka na jaskinię Lipską (Lipska Pećina), słynącą ponoć z 600m korytarzy tworzących labirynt ze stalaktytowymi organami i z jeziora. Słowo „ponoć” dobrze tu pasowało – po zmianie kierunku ruszyliśmy w górę drogą o standardzie „albańskopodobnym”. W pewnym momencie trafiliśmy na tablicę informującą, że jaskinia będzie za 20 min. Opuściliśmy więc samochód i zrobiliśmy sobie drobną przechadzkę dla rozprostowania kości. Po dłuższym spacerze, trafiliśmy na rozdroże, tym razem bez żadnej informacji o interesującym nas miejscu. W. zawrócił zasięgnąć języka do najbliższych zabudowań. Tam też został poinformowany, że jaskinia i owszem jest ale zamknięta dla zwiedzających… Grzecznie wróciliśmy więc na drogę do Podgoricy.
do galerii Picasa

Jezioro Szkoderskie

Zgodnie stwierdziliśmy jednak, że mamy dosyć dużych miast i na przedmieściach skręciliśmy na Petrovac. Mieliśmy jeszcze ochotę na Jezioro Szkoderskie. Niestety widoki po drodze przesłonięte były mgłą – tak jak od paru dni w całym regionie. W końcu nad jeziorem, mimo upału zrezygnowaliśmy z zamoczenia choćby nóg – tak pachniało…(rybami też). Wędkarzom to nie przeszkadzało – łowili że aż miło i równie miło zostawiali śmieci. Mieliśmy pecha i trafiliśmy na część jeziora nie należącą do parku narodowego. W. nie wytrzymał i zrobił sobie parokilometrowy spacer by sfotografować XIXw.(XVIIIw.) twierdzę Lesendro.
opis twierdzy Lesendro

Lesendro

Niestety twierdza jest wyłącznie ruinami, bez żadnej infrastruktury – nawet parkingu przy niej nie ma, tyle że przed nią jest tablica z nazwą. Chociaż stoi na grobli oddzielającej jezioro od jego części będącej rezerwatem to służy jedynie jako plac pod słup wysokiego napięcia. Mieliśmy jeszcze ochotę zobaczyć przełom Rijeki Crnojevićy, ale przy tej widoczności to też nie było możliwe. Wjechaliśmy co prawda na wysokopołożone miejsce widokowe, ale jedynym obiektem godnym uwiecznienia był, samotnie rosnący na szczycie pagórka, iglak.
Po tym doświadczeniu pozostał już tylko powrót do Petrovaca przez ponad 4km tunel (płatny 2,5€). Nie wiadomo dlaczego oboje poczuliśmy ulgę po jego opuszczeniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.