browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Boka Kotorska i Herceg Novi

do galerii Picasa

Półwysep Luštica

Dzień pechowy dla W. Najpierw opracował trasę na Dubrownik z uwzględnieniem drugiego promu przez Bokę Kotorską (możliwość wskazywał GPS oraz papierowa mapa Czarnogóry). W tym jednak miejscu Erynia wyraziła swe wątpliwości, gdyż mimo usilnych starań, nie mogła znaleźć żadnych informacji na temat drugiego promu w internecie. A, jak wszystkim dzieciom wiadomo, jeżeli czegoś nie ma w internecie, to znaczy, że nie istnieje. Kropka. Tymczasem W., mimo lekkich (bo widoki ładne) oporów Erynii, dojechał najpierw do… zasypanej w poprzek kamieniami drogi pod jakimś nieczynnym i zrujnowanym ośrodkiem, chyba wojskowym z przeuroczym widokiem na ujście Boki do morza. Potem dotarł, na sam koniec drogi, na półwysep Luštica, do sennego miasteczka Rose. Tam powiedziano mu, że i owszem ludzi mogą przewieść ale samochodowego promu nie ma i nie było. W sezonie kursował co prawda za 2€ prom osobowy ale po sezonie (wrzesień) kursów było znacząco mniej. Miasteczko to jest bardzo interesującym miejscem dla ludzi pragnących spokoju i odpoczynku daleko od wielkomiejskiego zgiełku. Może i było „po sezonie”, ale też miało się takie wrażenie spacerując pieszo wzdłuż brzegu, samochód trzeba było zostawić na parkingu przed osadą. Po spacerku pozostało W. jedynie zagryźć zęby i po wąskiej, nie najlepszej drodze, wrócić do rozwidlenia na Tivat. Chociaż tyle dobrze, że widoczki były piękne, może i ładniejsze niż dotychczas. Dalej już poszło łatwiej: prom Kamenari – Lepetane i przejazd do Herceg Novi.
do galerii Picasa

Herceg Novi

Znowu, mimo protestów Erynii, W. usiłował dojechać do Twierdzy Spaniolskiej. Ponieważ protesty były głośniejsze z każdym zakrętem i mijanką na BARDZO wąskiej drodze (dopisek Erynii: wprost proporcjonalne do łomotu wydawanego przez wahacz) W. nawrócił i zatrzymał samochód przy Twierdzy Kanli-Kula, przez którą przeszedłszy (za 1€) zeszliśmy do starego miasta i portu. Stare miasto rozpościera się pomiędzy trzema umocnieniami warownymi. Dwóch dolnych nie udało się nam zwiedzić bo były zamknięte (koniec sezonu) a górne było właściwie, nie używanym z powodu… końca sezonu, centrum koncertowym. Koniec sezonu widać było również w biurze informacji turystycznej przy porcie — było zamknięte, mimo wywieszki wskazującej, że zdążyliśmy w porze otwarcia. No nic, ponieważ uzgodniliśmy, że trochę jest mało czasu na dojazd i zwiedzanie Dubrownika, po drobnym, składającym się z owoców morza, obiadku w restauracji udekorowanej z nostalgią za byłą Federacyjną Republiką Jugosławii, W. postanowił pojechać na drugi koniec cypla zamykającego Bokę. Okazało się że to już w Chorwacji. Nic to, wyjęliśmy paszporty i mówiąc, że jedziemy popływać przejechaliśmy przez granicę. Pół kilometra za przejściem granicznym Erynia zawyła jak syrena okrętowa. Droga na odcinku prawie kilometra była rozkopana i przygotowana pod przebudowę. W. nie zaryzykował zlekceważenia takiego ostrzeżenia, szczególnie, że i on słyszał klekot tylnego lewego wahacza. Celnicy nawet niespecjalnie byli zdziwieni i nawet nie wyszli z budek strażniczych gdy wracaliśmy. Pomachali nam tylko rękami. No to pojechaliśmy pod Św.Stefana pomoczyć się na zaobserwowanej plaży przy kempingu. Okazało się, że wjazd na kemping jest płatny (3€) więc zaparkowaliśmy trochę przed nim i zeszliśmy w dół — za darmo. Patrząc po dróżce asfaltowej doszliśmy do wniosku, że „takiego kawała” do plaży to my iść nie będziemy i już zamierzaliśmy wrócić gdy W. odrobinę się zrehabilitował dostrzegając ścieżynkę w dół. Plaża była kamienisto-żwirkowa i nawet nie tak bardzo upchana ludźmi (po sezonie) tak, że dało się popływać. Toteż popływaliśmy oboje, a potem W. oglądał świat podwodny przez szybkę. Dostrzegł nawet 30cm murenę (w złoty wzorek) podobną do widzianej wcześniej w akwarium jednej z restauracji — tam była mniejsza. Po tych doświadczeniach pozostało już tylko wrócić na kwaterę i przygotować się mentalnie na drogę powrotną.

P.S.1. Drugi prom był… za czasów Jugosławii.
P.S.2. Filtru polaryzacyjnego w Czarnogórze nie udało nam się kupić.

Poprzedni
Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.