browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

Mostar i Konjic

do galerii Picasa

Mostar

W pobliże Mostaru dotarliśmy już dosyć późno. Ceny za pokój w motelach, na poziomie 40€ od osoby, dobiły nas. Postanowiliśmy więc przespać noc w samochodzie na przydrożnym parkingu. Wstaliśmy bez pobudki, przed 6., i ruszyliśmy zwiedzać Mostar. Zaparkowaliśmy w pobliżu starego miasta (1M/h). Pan był miły, na odjezdnym, po opłaceniu postoju, zaproponował nam nawet wymianę resztek marek na euro. Nie skorzystaliśmy. Przywykliśmy już do tego, że wszystkie ceny były podawane w dwóch walutach, my używamy miejscowej. Przy deptaku wiodącym do mostu pierwszy meczet — opłata 4M za wejście do meczetu, 8M za meczet i minaret. Oczywiście, włazimy na górę. Widok śliczny. Można się zorientować gdzie iść i co jeszcze zobaczyć. Na dole też ładnie, a obok meczetu stylowy cmentarz. Dalej następny meczet i ceny takie same, rezygnujemy z minaretu. Dopiero w trzecim, wracając, dowiedzieliśmy się, że jeden bilet obowiązuje na wejście do wszystkich meczetów (pan zwrócił nam opłatę i odebrał już zapłacone bilety). Dalej stylowymi uliczkami, wśród sklepików i restauracyjek, do mostu. W jednej z restauracyjek Aščinice „Balkan” zjedliśmy, w jedną stronę idąc, słodysie, a wracając obiad. Restauracja jest obiektem z tradycjami. Od 1967r. serwuje wyśmienite (sprawdziliśmy!) i tradycyjne dania. Możemy polecić każdemu. Most w Mostarze robi duże wrażenie, płynąca pod spodem rzeka — także, niestety dużo gorsze. Po przejściu po bardzo śliskich kamieniach przez most i okolicę zeszliśmy nad rzekę. I to była tragedia. Co kawałek do rzeki wpływają szamba, smród, bród i syf pod niebiosa. Całe szczęście, że most jest wysoki — smród „nie dolata”. Idąc dalej dochodzimy do wielkiego, betonowego i pustego kościoła katolickiego. Znowu Erynia ma szczęście, zaraz po naszym wejściu ksiądz zabiera się za zamykanie świątyni, wypuszcza a nie wpuszcza — całe szczęście, że nie odwrotnie. W powrotnej dostrzegamy na mapce synagogę — w rzeczywistości nic. Kawałek dalej znajdujemy Centrum Informacji Turystycznej gdzie dowiadujemy się, że zobaczyliśmy już prawie wszystko, a synagoga „była…”. Wskazano nam jeszcze stare łaźnie tureckie, w których zorganizowano wystawę przedstawiającą etapy restauracji starówki po wojnie. Pokazywany był również film „jak niszczono Mostar” (tytuł wymyślony przez W.) z urywkiem pokazującym zniszczenie Mostu. W. nie chciał oglądać go w całości, mógłby zgrzeszyć nienawiścią do kretyńskich barbarzyńców, który niszczyli takie dobra kultury, dla samego niszczenia. Przecież ten most nie miał żadnego znaczenia strategicznego!
[dopisek(1): okazuje się jednak, że miał inne znaczenie
dopisek(2): to nie „ten film” ale i tak…
]
Po wojnie został nie tylko film i pamięć. Na wszechobecnych straganach znaleźć można bardzo wiele pamiątek zrobionych z łusek po wszelakiej wielkości środkach niosących zniszczenie. Dawniej przekuwano miecze na lemiesze, dzisiaj naboje na pamiątki — i to jest ich właściwe użycie, chociaż tępi ostrze cierpienia które niosły.
Po powrocie do samochodu ruszamy do Sarajewa. Jadąc brzegiem jeziora Jablanickiego dotarliśmy do stylowego, czystego i prawie pustego miasteczka Konjic. Leży ono nad rzeką, w górze której można załapać się na rafting, a przynajmniej tak napisano na drogowskazach — może następnym razem.
 
do galerii Picasa

Konjic

I to był już właściwie Konjic (koniec) naszego zwiedzania Bałkanów. Po drobnej dyskusji stwierdziliśmy bowiem, że Sarajewo jest zbyt duże na przyjemność i możliwość zwiedzania w jeden dzień. Ominęliśmy je więc i postanowiliśmy rzucić okiem na Osijek. I tu drobny ból — ceny w hotelach i motelach horendalne, dwa do trzech razy większe niż dotychczas płaciliśmy. Ponieważ Erynia zaczęła już marzyć o własnym łóżeczku i własnym prysznicu, po przespaniu kilku godzin na parkingu tirów polecieliśmy jednym cugiem do Polski.
 
…chociaż właściwie to nie był koniec ponieważ W. umiał urozmaicić powrót do kraju w sposób wprost nieprawdopodobny. Przed granicą chorwacko-węgierską postanowiliśmy wydać resztę kun na paliwo, wystarczyło na uzupełnienie baku do 2/3. Resztę dolaliśmy płacąc kartą. Dopiero po zapłaceniu W. zobaczył na rachunku, że dolał 1/3 benzyny do 2/3 oleju napędowego. I zaczął się cyrk, samochód stracił moc za to zaczął chodzić na wolnych obrotach jak traktor. Gdy podjechaliśmy pod granicę węgierską z budki wypadli strażnicy żeby przyjrzeć się naszemu pojazdowi. Panowie najpierw pooglądali dokładnie samochód i spawy (z Serbii) a następnie ubawili się opowieścią o benzynie w dieslu. Na tej mieszance dojechalismy do samej Polski. Samochód może i nie był zbyt wyrywny ale spalił niecałe 5 litrów/100km.
 
P.S. filtr polaryzacyjny kupiliśmy po przyjeździe do Polski, przez internet. Zajęło to nam 5 minut pracy i dwa dni czekania na przesyłkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.