browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę by bezpieczniej, szybciej i przyjemniej doświadczać użytkowania.

droga do Gruzji

do galerii Picasa

przez Azję do Europy

Zaczęło się, jak zwykle, niewinnie. Przeglądając oferty tanich lotów Erynia stwierdziła “O! Tani lot do Kutaisi, w Gruzji — tam nas jeszcze nie było”. No tak, pomyślał W., jak by się wykręcić — “No dobrze, możemy jechać do Gruzji, ale samochodem”. Nie dało rady, zafiksowana na Gruzję Erynia przełknęła nawet i tę drobną niedogodność (tak około 3000km w jedną stronę), szczególnie że W. ‘nieopatrznie’ użył argumentu o możliwości przewiezienia większej ilości wina samochodem niż samolotem.
I stało się — pomysł wszedł w fazę realizacji. Co prawda ten kolejny skok w bok stanął pod znakiem zapytania, ze względu za nadwyrężoną nogę Erynii. Ale gdy, na szczęście, w czasie ostatniej kontroli ortopeda dał zielone światło (z pewnymi zastrzeżeniami: “jak pani wróci z opuchniętym kolanem to pani d… skopię”), to trochę uspokojeni wyruszyliśmy w drogę. Tym razem, wyjechaliśmy już w piątek o 18:00, a W. sam z siebie siadł za kółkiem i nawet nie marudził.
Droga przez Słowację była kręta (odpuściliśmy autostrady) ale i ciekawa.
Na Węgrzech trochę czasu zajęło nam poszukiwanie stacji benzynowej, na której moglibyśmy upolować w e-matricę ‘z(dobiliśmy)’ ją na Shellu. Z ciekawostek, mieli tam półkę z “hungaricami”. Jakoś na polskich stacjach “polonica” nie rzucają się w oczy. W końcu przelecieliśmy również Węgry i o trzeciej z minutami wylądowaliśmy za granicą serbską. “Graniczny” fart Erynii wciąż działa — staliśmy może 10 minut. Potem W. grzecznie skręcił w stronę najbliższej stacji benzynowej, gdzie na dużym parkingu, w towarzystwie innych podróżujących, ułożyliśmy się do snu. Na te kilka godzin nie opłacało się szukać noclegu. Poduszki podróżne (rogale) po raz pierwszy zapremiowały! Rano (bladym świtem około 6:00) wyskoczyliśmy do “stacyjnej” restauracji na kawę i croissanta. Na samej stacji trafiliśmy na duży regał z serbskimi suwenirami, były to płyty z serbską muzyką ludową i popularną, produkty spożywcze i ceramika miejscami wyglądająca na bułgarską. Po wjeździe na autostradę nas zatkało: zobaczyliśmy zlikwidowany punkt poboru opłat. Czyżby wprowadzili winiety? Erynia zmartwiała — wyszło na to, że nie dopatrzyła tej zmiany. Sprawa wyjaśniła się na najbliższej stacji: punkty jak najbardziej są, tyle że teraz kasują przy wyjazdach. Poza tym Serbowie remontują duże odcinki autostrady, nie utrudniając przy tym za bardzo życia i tam gdzie jest remont to pojawia się znak “koniec autostrady” i mamy wrażenie, że to nie są odcinki płatne. Jeszcze jedno — droga na południe była prawie pusta. Z uśmiechem żegnaliśmy zjazdy na Suboticę i Nowy Sad gnając w kierunku Belgradu.
droga...

u Baty

W Belgradzie nie odmówiliśmy sobie wizyty na ulubionym targu i w ulubionej knajpce. Bata był, miło się z nami przywitał ale chyba nie poznał. W sumie nic dziwnego, minęło przecież parę lat. Po drobnych zakupach owoców i pieczywa (tak, z piekarni Baty) ruszyliśmy dalej. A propos piekarni, pierwszy raz od lat zobaczyliśmy kolejkę za chlebem. Znając ten chleb, wcale nas to nie dziwi. Po wielu kilometrach pięknych i piękniejszych górskich widoków, wąskimi i jeszcze węższymi oraz łatanymi drogami zbliżyliśmy się do granicy. Zbliżylibyśmy się jeszcze bardziej, gdyby nie TIRy tarasujące drogę. Przepustowość drogi okazała się niewystarczająca by pomieścić chętnych przekroczyć granicę. Byliśmy pewni, że utkniemy tu na dłużej. Otóż nie — TIRy bardzo uprzejmie zjeżdżały na pobocze, niektórzy kierowcy wysiedli i pomogli stworzyć “tymczasowy trzeci pas”. Kolokwialnie rzecz ujmując, razem z innymi jechaliśmy na trzeciego. Śmiesznie było gdy na pierwszym pasie był TIR a drugim autokar. Ale “się dało”. Bez złości, agresji, z uśmiechem i spokojem. Pasażerowie wysiadali z chwilowo stojących samochodów i pomagali rozładowywać korki prowadząc swoich i nieswoich kierowców. Policja, i owszem była — gdzieś na końcu kolejki — ale takimi drobiazgami to się oni nie zajmują. Może to i lepiej!
Po przekroczeniu granicy bułgarskiej mieliśmy poczucie déjà vu. Przepustowość drogi… na szczęście skończyło się tak samo.
Drogi bułgarskie prowadzące do Sofii delikatnie nas rozczarowały. Nierówne, łatane, bez namalowanych pasów a za winietę płacić trzeba. Przemęczyliśmy (czytaj W. przemęczył) się i jakoś dotarliśmy do granicy z Turcją. O tym, że będzie jakaś granica, było wiadomo od kilkunastu kilometrów: po stronie bułgarskiej kilometrami ciągnęły się targowiska, knajpy a pobocza tradycyjnie zajęte były przez TIRy. O ile bułgarskie “budki odpraw” wyglądały “barakopodobnie”, to po tureckiej stronie szał ciał i uprzęży. Wiedzieliśmy, że do wjazdu do Turcji oraz poruszania się po autostradach będziemy potrzebować wizy oraz HGS (ichniejszej winiety). Na pierwszy ogień poszedł budynek wyglądający na luksusową galerię handlową. Faktycznie, było tam kilka fast foodów, toalety płatne w lirach (1TL=0,5€), bankomat, sklepy bezcłowe, a nam udało się zauważyć okienko z HGS. Nie omieszkaliśmy skorzystać. Z wizą nie poszło już tak łatwo. W. dowiedział się, że można ją nabyć w okienku nr ninenty-two (92). W miejscu wskazanym znajdowało się okienko 97 a wiz brak. W. rozejrzał się dokoła ale wspomnianego okienka się nie doszukał. Nie było żadnej strzałki, tablicy, informacji. Żeby było śmieszniej, okienka rozpoczynające się od 9 znajdowały się w drugim rzędzie. W pierwszym rzędzie były okienka rozpoczynające się od siódemki. Doszliśmy więc do wniosku, że wjeżdżamy a w końcu i tak nas poinformują. I tak się stało. Trochę się nakręciliśmy, bo wiza musiała być jeszcze ostemplowana przez policję znajdującą się w innym miejscu. Trafiła nas jeszcze kontrola bagażu, wpisanie paszportów i samochodu w ichniejsze rejestry, naklejka na paszport i jakoś nas nie zdziwiło, gdy ostatni celnik przywitał Erynię po imieniu. Po prostu, Schengen nas rozpieściło. Z drugiej zaś strony, przydałaby się jakaś informacja bądź jakakolwiek strzałka do budki z wizami, znajdującej się gdzieś na końcu, bo nie byliśmy jedynymi cudzoziemcami ganiającymi z rozwianym włosem w poszukiwaniu św. Graala.
Mieliśmy w planach przejechanie Bosforu i nocleg gdzieś nad morzem Marmara, ale perturbacje graniczne spowodowały, że o 23 (polskiego czasu) wylądowaliśmy na przyautostradowym parkingu, złapaliśmy za poduchy i wpadliśmy Morfeuszowi w objęcia na 6 godzin. Te ichniejsze MOP-y (co jakiś czas pojawia się napis “Servis Alani”) również są warte wzmianki, w porównaniu z polskimi są często wersją lux: średnio co kilka kilometrów są parkingi (również dla TIRów), dostęp do wody, kilka restauracji, czasami placyk zabaw dla dzieci i sklepy. Mniej więcej co trzeci MOP posiada również stację benzynową. Szczytem wszystkiego był mały meczet, muezzin wzywający na modlitwy, pomieszczenia do ablucji (rzecz jasna oddzielne dla kobiet i mężczyzn) oraz pomieszczenie do modlitwy wyłożone dywanikami. Od razu poczuliśmy się swojsko — co osiedle mieszkaniowe to meczet. Prawie jak w domu. Żyć, nie umierać. Tylko tak się zastanawiamy, gdzie się podziała laicka Turcja?
Obudziliśmy się bladym świtem i po porannych ablucjach oraz tureckiej herbatce ruszyliśmy via Stambuł, Samsun i Trabzon do Gruzji.
Trasa więcej niż malownicza, drogi w zasadzie puste (poranki w Stambule nie są zbyt przeładowane samochodami), jechało się przyjemnie acz długo. Tereny przepiękne, więc padło sakramentalne “ja tam jeszcze wrócę!”
 
elektryczny samochód eksperymentalny

taki sobie ‘samochodzik’


W pewnym momencie W. wyprzedził kawalkadę pojazdów, zwolnił i pozwolił jej się wyprzedzić. Okazało się, że dojrzał eksperymentalny pojazd z napędem słonecznym. Przy następnym wyprzedzaniu Erynia zrobiła mu zdjęcie.
Pojazd był ślicznie futurystyczny.
 
Tureccy kierowcy to temat na osobną opowieść. W. twierdził, że jeszcze w klatach 60-tych, kodeks drogowy tam nie obowiązywał, za to istniała jedna zasada — zderzenia czołowe zakazane. Nie wiemy, czy opowieść W. ma pokrycie w prawdzie, ale tureccy kierowcy jeżdżą tak, jakby się to tej zasady stosowali: W. chcąc dostosować się do warunków panujących na drodze, przekraczał prędkość ze znaków o 50 km a i tak wszysycy go wyprzedzali, nie przejmując się nawet terenem zabudowanym czy zwężeniami na drodze. Przy tym robili to bardzo płynnie, nie stwarzając zagrożenia na drodze. Policja i owszem stała na drogach, ale jakby na tym kończyła się jej aktywność.
Im dalej na wschód, tym rzadziej “wypasione” MOP-y, a teren przejęli miejscowi: ciągniczek z przyczepką, owoce, duży czajnik i herbata po turecku. Skorzystaliśmy z przyjemnością. Zresztą policja też jakby mniej widoczna. Przez całą drogę od rejonu Stambułu do Samsunu widzieliśmy chyba tylko jednego policjanta. Pierwsze patrole pojawiły się w okolicach nadmorskich. Praktycznie bowiem od Samsunu w kierunku Gruzji przez kilkaset(!) kilometrów ciągnie się jeden teren zabudowany. Zmieniają się jedynie nazwy “miasteczek”. Drogę urozmaicały nam albo śliczne panoramy — nie do oddania na zdjęciach — albo tunele — od 160m do 3820m. Nawet tuż przed granicą z Gruzją przejeżdza się parę tuneli i wylatuje się na budki tureckiego przejścia granicznego.
W 55 godzin przejechaliśmy około 3000km.

Poprzedni
Następny

4 odpowiedzi na droga do Gruzji

  1. ewa

    a ja Wam zazdroszczę w takim krótkim czasie podjęcia tak wspaniałej decyzji

    • W.

      Na każde pytanie Erynii: “Czy pojechalibyśmy…?”
      odpowiadam dwoma pytaniami: “Kiedy?” i “Czy mamy wystarczające środki?”
      Bo i nad czym innym się tu zastanawiać. Mam świadomość, że nikt nie da nam gwarancji, że jutro jeszcze będziemy żyć – to po co tracić czas na długie zastanawianie się “Czy?” Wolimy ten czas przeznaczyć na rozwiązanie problemu “Jak?”
      A zamiast zazdrościć proponuję spróbować 😉

  2. W.

    Przy braku klimatyzacji w samochodzie nie odczuwaliśmy zbyt wielkiej różnicy temperatur przy jego opuszczaniu, co było znaczącym plusem jej sytuacji 😉

  3. Abek

    Zazdroszczę pysznej herbaty i pięknych widoków. Mam nadzieję, że wysoka temperatura była tam znośna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.