Trochę późno zaczęliśmy w tym roku trasy, ale przynajmniej dobrze zaczęliśmy – od pałacu w Nakle Śląskim. Niezniszczony po II wojnie światowej i parę lat temu całkiem ładnie odnowiony stał się Centrum Kultury Śląskiej. Równie ciekawa była jego historia i historia rodziny właścicieli.
Trochę ponad trzy kilometry od pałacu w Nakle Śląskim leżą również dawne dobra rodu Henckel von Donnersmarck w Świerklańcu. Te miały mniej szczęścia, bo, oprócz folwarku i parku, pozostał z nich jedynie jeden budynek – Dom Kawalera. Z dawnego wyposażenia pałacu zostało niewiele, za to można posłuchać przewodnika, który bardzo ciekawie opowiada historię rodu i historię obiektów.
Wiele razy już rozważaliśmy odwiedzenie Cieszyna. Aż w końcu skusiły nas kwitnące w tym mieście magnolie, które chcieliśmy pokazać Synowi W. i jego rodzinie. Ale Cieszyn to nie tylko magnolie – architektura także zachwyciła nas wszystkich.
Rzut kamieniem od Czeskiego Cieszyna jest bardzo ciekawa rekonstrukcja grodu okresowo zamieszkiwanego od prawie trzech tysięcy lat. Czesi postanowili tu postawić skansen – Archeopark Kocobędz-Podobora (Chotěbuz-Podobora). Jest głównie nastawiony na edukację dzieci, ale i dla dorosłych możne być to ciekawe doświadczenie.
Jako że Cieszyn bardzo nam się spodobał to postanowiliśmy przedłużony „łikend” majowy spożytkować na dooglądanie ciekawostek tego miasta. Ponieważ znalezienie kwatery w okresie Festiwalu Kino na Granicy było praktycznie niemożliwe, a i ceny były znacząco wyższe od codziennego dojazdu do Cieszyna – mniej niż 100 km w jedną stronę – to w pierwszy dzień spacerowy odwiedziliśmy Wzgórze Zamkowe, starówkę, Muzeum Ziemi Cieszyńkiej i dwa cmentarze żydowskie. Jakoś tak po drodze udało nam się trafić do ciekawego miejsca z winami i oczywiście zapolowaliśmy na kanapki ze śledziem.
Kolejnego dnia ruszyliśmy w piwne klimaty, do Arcyksiążęcego Browaru Zamkowego najdłużej w sposób ciągły produkującego piwo na terenie Polski. I był to dobry kierunek i dobrze, i mile spędzony czas na nauce i zbieraniu ciekawostek. Oraz oczywiście na drobnej degustacji piw.
Niestety druga część dnia nie była już taka miła – przespacerowaliśmy się po czeskiej części Cieszyna. Miasto wyglądało jak cień polskiego Cieszyna, jak miasto duch – wymierające i w marazmie.
Jak najszybciej chcieliśmy stamtąd uciec.
Jadąc na Podlasie postanowiliśmy zatrzymać się na noc w Szydłowcu. I w efekcie spędziliśmy miły wieczór i bardzo interesujący poranek. Wieczorem, w drobnym deszczu obeszliśmy rynek dookoła obserwując festiwal „food-traków”, a rankiem po wyśmienitym śniadaniu i jeszcze lepszej rozmowie z szefową hotelu, w znacznie większym deszczu, obejrzeliśmy kirkut, kościół i zamek z największym w Polsce Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych.
Tego samego dnia, po paru godzinach, dotarliśmy do Ziołowego Zakątka – żywego skansenu z częścią gospodarczą prawdziwej, dawnej wsi – z kaczkami, kurami, gęśmi, kozami, krowami i nawet pawiami. O ogródku ziołowym, mini-palmiarni i SPA nawet nie wspominając.
Ponieważ deszcz jeżeli nie padał to sugerował, że może padać to postanowiliśmy wgłębić się w atrakcje Ziołowego zakątka: kurs mieszania herbat ziołowych, ogród botaniczny i SPA. Nie mówiąc o samym spacerze po jego terenie.
Jednym z celów naszego wyjazdu na północny wschód Polski było obejrzenie Krainy Otwartych Okiennic – paru wsi, w których występują, nietypowe dla pozostałego regionu, zdobienia domów.
No to obejrzeliśmy.
Ostatecznym celem tego dnia był Skit w Odrynkach, który (niestety) ominęliśmy poprzednim razem przejeżdżając przez tę okolicę. Słowo „skit” oznacza „oddział zamiejscowy klasztoru”. I rzeczywiście, wyglądał jak wysunięta placówka handlowa, aż dziwne, że W. złożył datek (W.: to była opłata „muzealna” i za oprowadzanie przez przewodnika).
Następny dzień W. przeładował atrakcjami, ale nawet nie przypuszczał, że największa z nich pojawi się „przy okazji” pobytu w Pobikrach, w których zainteresował go malowniczy kościół z cmentarzem.
Jednak to spotkanie we Dworze (a właściwie czworakach przydworskich) była najważniejszym z punktów tego dnia.
Kolejne punkty trasy nie były już tak interesujące, ale i tak dwa z nich można nazwać „strzałami w dziesiątkę”. Były to Pałac w Korczewie i bar (zrobiony na karczmę) „W starym POMie”. W jednym zaspokoiliśmy potrzeby wyższe, w drugim podstawowe – obydwa (zaspokojenia) w najlepszym wydaniu.
Po 18 latach wróciliśmy na Świętą Górę Grabarkę. Tym razem w dzień i na dłużej. Może dlatego atmosfera wydawała się (W.) trochę mniej magiczna, za to bardziej podatna na robienie zdjęć i oglądanie detali.
A przed południem zdążyliśmy jeszcze zaliczyć jedną sesję SPA w Ziołowym Zakątku. Było więc wszystko i „dla ciała”, i „dla ducha”.
Ponieważ musieliśmy się przekwaterować z Ziołowego Zakątka do Alpakarium to żeby nie tylko jechać, W. ustawił na trasie parę ciekawych miejsc: dwór w Zabużu, pałac w Konstantynowie, dwór w Nosowie, którego nie udało nam się obejrzeć, i Dwór Droblin. A jak już dotarliśmy do Alpakarium to naturalnym było, że chcieliśmy trochę czasu spędzić na słodkim nieróbstwie w towarzystwie tych rozkosznych zwierzaków. Pospacerowaliśmy też po przydomowym ogrodzie.
Już kiedyś byliśmy w Stadninie Koni w Janowie Podlaskim, ale tym razem postanowiliśmy trochę bliżej przyjrzeć się nie tylko stadninie. Zaczęliśmy od Pałacu i Bazyliki, by później obejrzeć Manufakturę w Cieleśnicy i parę miejsc w okolicy.
Oglądanie samej stadniny musieliśmy przełożyć jednak na następny dzień. I spędziliśmy tam trochę czasu, a później znowu nie obejrzeliśmy Pałacu w Cieleśnicy. Wstąpiliśmy za to do szeroko reklamowanego Uroczyska Zaborek. Trzeba przyznać, że jest to dobrze przygotowana atrakcja turystyczna dla pewnej, jasno określonej, grupy urlopowiczów. I mimo, że w pełni doceniamy i starania właścicieli, i przygotowanie uroczego Uroczyska, to stwierdziliśmy, że nie zaliczamy się do tej grupy. (2758zdj/1770km/2029zto)
Jakoś tak się złożyło, że jeszcze nie odwiedzaliśmy Pribałtiki i dawnych ziem związanych z Polską, czy to przez Unię czy w wyniku różnych wojen i układów pokojowych. Ruszając na północ, tym razem Litwę potraktowaliśmy tranzytowo, zatrzymując się jedynie przy ciekawostce – Wzgórzu Krzyży z jakimiś 200 tys. krzyży.
Kawałek dalej, już po stronie łotewskiej, był do zobaczenia Pałac w Rundāle, bogato wyposażony, z ogrodem francuskim – niestety jeszcze niekwitnącym i deszczową pogodą. Więc obejrzeliśmy – co się dało, i zmokliśmy – nie aż tak jak by się dało.
Po pałacu przyszła kolej na zamek – zamek w Bausce. Trzeba przyznać, że jego wyposażenie było równie bogate co i pałacu, a jego posadowienie u zbiegu dwóch rzek było nawet bardziej malownicze. Trochę nam zabrało czasu zwiedzanie tego zamku i jego ekspozycji, ale i tak znaleźliśmy czas na spacer po mieście, obejrzenie jego paru ciekawostek, a nawet na obiad w wyśmienitej restauracji. I tego samego dnia dojechaliśmy jeszcze w okolicę Tartu. Nie udało nam się znaleźć tam hotelu na tę noc, przespaliśmy się więc w pobliżu miasta.
Do samego Tartu wróciliśmy dzikim świtem, co dało nam możliwość obejrzenia miasto prawie puste, bez tłumów ludzi na ulicach. Spacer był długi, przyjemny i efektywny. Obejrzeliśmy i stare miasto, i panujące nad nim wzgórze (Toome). Wieczorem wstąpiliśmy do nastrojowej restauracji z rekordem Guinessa na drobne co nieco, a rano przetestowaliśmy śniadanie hotelowe – oba posiłki były wyśmienite.
Kolejny dzień przeznaczyliśmy na przejazd z Tartu na Saaremę. Po drodze oczywiście trzeba się było gdzieś zatrzymać i coś zobaczyć. Tym razem padło na leśny cmentarz i najstarszy z kościołów na Muhu. Oczywiście w międzyczasie płynęliśmy promem. W końcu Saaremaa, połączona z Muhu groblą, to wyspa. A na Muhu obejrzeliśmy najstarszy tamtejszy kościół i bardzo interesujący skansen wraz z muzeum. Ciekawe było również otoczenie kwatery domku Tönise talu i restauracja w pobliskim Kuressaare.
Mieszkając pod Kuressaare dziwne byłoby nie obejrzeć głównej jego atrakcji – Zamku, a właściwie Pałacu, a właściwie to nie wiadomo czy zamku czy pałacu, bo i taką, i taką funkcję pełnił pod władaniem Biskupów Ozylii. Bywał też nazywany klasztorem, a teraz jest muzeum. Całkiem ładnie odbudowanym i z pomysłem zorganizowanym.
Po zwiedzeniu zamku w Kuressaare postanowiliśmy pojechać na najbardziej wysunięty na południe cypel Saaremy.
Przy okazji zjedliśmy wyśmienity obiad i obejrzeliśmy dwa muzea na jednej posesji.
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od szukania chleba i łodzi wikingów. Nie znaleźliśmy żadnej z tych rzeczy, chociaż zużyliśmy na szukanie trochę czasu.
Jako że zawiedliśmy się na dwóch „ciekawostkach” w Salme, to postanowiliśmy zacząć się czepiać „brązowych strzałek”, którymi Estończycy oznaczają miejsca warte zwiedzania. I niektóre z nich rzeczywiście warte były odwiedzenia.
Po tym polowaniu na ciekawostki dotarliśmy do punktów zaplanowanych – klifów na północy Saaremy.
„Brązowa strzałka” też się pojawiła.
Po polowaniu na ciekawostki przyszedł czas na coś bardziej konkretnego. Zaczęło się od firmy sprzedającej peonie i ich ogrodu. Następnie odwiedziliśmy krater po meteorze Kaali i skansen wiatraków. Oczywiście pojawiła się w pobliżu naszej trasy i cerkiew. Rzuciliśmy jeszcze okiem na mały port łączący promem Saaremę z Hiiumaa, zamek Maasi i Kościół Valjala. Muzeum Wojskowości sobie odpuściliśmy. A wszystko to mniej lub bardziej w deszczu.
W drodze z Saaremy do Tallina, po przeprawie promowej, postanowiliśmy zatrzymać się na parę godzin w nadmorskim miasteczku uzdrowiskowym Haapsalu. Bogate było w stare zabytki – zamek – i trochę młodsze małe, urokliwe domki.
Daleko nie było więc zdążyliśmy jeszcze tego samego dnia dojechać do Tallina. Zameldowaliśmy się w hotelu, a wieczorem poszliśmy na drobny spacer zapoznawczy po Tallinie. Obejrzeliśmy oba miasta – i Dolne, i Górne – by mniej więcej wiedzieć jak mamy później zwiedzać miasto.
W. wylądował w łóżku więc Erynia poszła oglądać Tallin samodzielnie. I trzeba powiedzieć, że spacer miała imponujący i bardzo przyjemny, udało jej się nawet skrytykować „gwiazdkowego kucharza” w wyśmienitej, stylowanej na średniowieczną, restauracji Olde Hansa.
Kolejny dzień zaczął się od wielu (drobnych) pechów, ale jakoś odało nam się obejrzeć Park Kadriorg z dwoma ciekawymi muzeami: muzeum w pałacu i muzeum Mikkel oraz parkiem prawie-japońskim. Uciekając przed deszczem ruszyliśmy w kierunku Pałacu Kolga, po drodze oglądając jeszcze parę ciekawostek, jak dwór w Kiiu i dwie wieże. Wszystko to w mniejszym lub większym deszczu, chociaż słoneczko też się czasami pokazywało. A pokazywawało się czasami na tak długo, że mieliśmy okazję bez deszczu dojść na koniec przylądka Purekkari – najdalej wysuniętego na północ skrawka Estonii – który zachwycił nas nie tylko malowniczymi kamieniami, ale i wszechotaczającym, upojnym zapachem dzikich róż. Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze przy ruinkach dawnego tajnego ośrodka badawczego – Instytutu Pärispea.
Poniedziałek i deszcz! Co można robić? Muzea zamknięte, a niebo szapłakane. Trzeba było poszukać gdzie by tu w pobliżu Tallina nie padało. Poszukaliśmy, a i tak padało. I tak to w deszczu zaczęliśmy zwiedzanie okoliczy od maleńkiej wioski Vääna mogącej się poszczycić pałacykiem (przerobionym na szkołę) i stajni przerobionej na super-bibliotekę, wyposażenia której pozazdrościć mogłyby niejedne większe ośrodki.
A dalej to już poszło. Na początek najwyższy wodospoad Estonii z pobliskim pałacem, a później najwyższy klif Estonii i pobliski port. Nie można nie wspomnieć o połączeniu tawerny z muzeum – obie części warte grzechu.
Na ostatni dzień naszego pobytu w Tallinie zaplanowaliśmy zwiedzanie muzeów, ale udało nam się, spośród około trzydziestu, zwiedzić jedynie dwa muzea morskie – a było w nich co oglądać – oraz aptekę.
Nie omieszkaliśmy też odwiedzić „średniowiecznej” restauracji Olde Hansa.
Po opuszczeniu Tallina ruszyliśmu na południe, by po drodze do domu zobaczyć jeszcze parę miejsc. Pierwszym był nadmorski kurort Parnawa. I trzeba przyznać, że miasto to nas zawiodło. Stało się pierwszym miastem Estonii, do którego nie chcielibyśmy wrócić.
Drugim punktem była Jełgawa (dawniej Mitawa) z pałacem książęcym przerobionym na uniwersytet, w którego krypcie zobaczyć było można sarkofagi książąt kurlandzkich. Samego miasta nie obejrzeliśmy bo lało jak z cebra. A dalej to już tylko około 1000 km drogi do domu, którą W. musiał oczywiście przejechać jednym cugiem – z niezłym korkiem na polskiej granicy z powodu wdrożonej kontroli granicznej mającej zapobiegać nielegalnej emigracji. (10511zdj/4150km/2761zto)
2026
Szukaj
Kategorie
Lata
…komentarze
- Erynia - Estonia – wrażenia
- w. - Estonia – wrażenia
- Pudelek - Estonia – wrażenia
- w. - Muzeum Wilamowskie
- Erynia - Muzea Tallina
- Pudelek - Muzea Tallina
- Erynia - Estonia – wrażenia
- Alicja - Estonia – wrażenia
- Erynia - Port, zamek i soljanka
- Pudelek - Port, zamek i soljanka
- w. - Port, zamek i soljanka
- Erynia - Port, zamek i soljanka
Galeria albumów
ogólne…
RODO
Przydasie
-
Nasze miejsca:
- Estonia – wrażenia
- Jełgawa
- Parnawa
- Muzea Tallina
- Keila-Joa i klif
- Vääna
- Przylądek i „tajny obiekt”
- Wieże i wielki majątek
- Park Kadriorg
- Olde Hansa
- Spacer po Tallinie
- Ibis w Tallinie
- Haapsalu
- Port, zamek i soljanka
- Peonie, krater i wiatraki
- Źródełko i klify
- Brązowe strzałki
- Nie-chleb i nie-łódź
- Cypel i dwa muzea
- Zamek w Kuressaare
- Skansen i kwatera
- Leśny cmentarz
- Jedzenie w Tartu
- Tartu
- Bauska
- Zamek w Bausce
- Pałac w Rundāle
- Wzgórze Krzyży
- Uroczysko Zaborek
- Stadnina Koni Janów Podlaski
- Pałac i nalewki
- Alpakarium
- Dwory i alpaki
- SPA i Grabarka
- Kościoły i pałace
- W hrabiowskim Dworku
- Skit w Odrynkach
- Most i okiennice
- Spacer, ziółka i SPA
- Na wieś
- Szydłowiec rano
- Szydłowiec wieczorem
- Spacer po Czeskim Cieszynie
- Arcyksiążęcy Browar Zamkowy
- Muzeum Ziemi Cieszyńkiej i dwa cmentarze
- Cieszyn, trochę dłużej
- Kocobędz-Podobora
- Parę chwil w Cieszynie
- Świerklaniec
- Nakło Śląskie
- Obszar Lednicko-Valticki
- Ruinki Katzelsdorf i Muzeum
- Lednice i Salon Win
- Dzień św. Marcina
- Inne okolice Valtic
- Muzeum „opony” i Kolumnada
- Mikulov żydowski
- Mikulov
- Zamek Valtice
- Spacer z winami
starsze w archiwum

