browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Wzgórze Krzyży

Minęły niecałe dwa tygodnie od ostatniego wyjazdu, a nas znowu poniosło, tym razem, na dłuższy urlop. W podróży towarzyszył nam muzycznie tym razem Jaromir Nohavica, co było o tyle nielogiczne, że jechaliśmy na północny wschód. Nic to, jechało się bardzo sprawnie i szybko, zwłaszcza że wyjechaliśmy po południu w dzień Bożego Ciała. Przez Warszawę prawie przelecieliśmy, a po 22:00 wylądowaliśmy w okolicy Ełku rozglądając się za jakimś spaniem na jedną noc. Mapy.com pokazały „Motel Zajazd” jako punkt na mapie kilkanaście kilometrów w bok od naszej trasy. Pojechaliśmy tam wiedzeni nadzieją, a na miejscu okazało się, że ta piękna nazwa opisuje: przystanek autobusowy, obok którego były jedynie sklepy: Dino i Biedronka, a po drugiej stronie drogi: kameralna stacja benzynowa. Po tym jak już przestaliśmy się śmiać, to W. zatankował Drakula i zaparkował go na nieoświetlonym parkingu. Liczyliśmy na spokojną noc.
Jakżeż były to nadzieje płonne!
I owszem, było ciemno, ale na stację raz za razem podjeżdżały samochody, z kierowcami tankującymi… alkohol (na szczęście nie bezpośrednio, lecz w formie zabutelkowanej). Stacja okazała się bowiem miejscem zaopatrzenia w tenże dla całej, okolicznej, bogatej (jakie to były samochody!) żulii. A ta nocą lubi się pokazać, więc gieroje radośnie startowali wyjąc silnikami i paląc gumy. Nie wiemy jakim cudem udało nam się przespać choćby trochę, ale około 5:30 w miarę sprawnie wyjechaliśmy dalej, w kierunku Suwałk, zahaczając o większą stację z częścią restauracyjną, gdzie z rzeczy ciepłych, o tak dzikiej porze, były jedynie: barszcz biały (nazywany tu żurkiem), gulaszowa i bigos. Poprzestaliśmy na barszczu białym.
Patriotycznie najedzeni przekroczyliśmy granicę z Litwą. Do samego Kowna jechało się bardzo fajnie autostradą, następnie już drogą dwujezdniową, ale z przystankami autobusowymi po bokach i niespodziewanymi skrzyżowaniami, więc trzeba było uważać. W. poczuł się bardziej zmuszony do pilnowania prędkości… radarami, których na Litwie nie brakuje, szczególnie, że w skróconym opisie zasad ruchu drogowego na Litwie napisano: „Policja drogowa jest szczególnie wyczulona na przekraczanie dopuszczalnej prędkości jazdy. Wykroczenie to karane jest wysokimi mandatami, a nawet pozbawieniem prawa jazdy”.
Co prawda formalnie mieliśmy nocleg zarezerwowany na Saaremie dopiero od poniedziałku, ale W. był przekonany, że to tylko dwie noce w drodze (nie 4!) więc i trasę opracował pod taką jazdę umieszczając pierwszy z punktów „do zobaczenia” za Szawlami, na Górze Krzyży (lit.: Kryžių kalnas),
Góra Krzyży

Góra Krzyży

którą opisał Erynii jako coś podobnego do polskiej/prawosławnej Grabarki. Historia tej górki, która wysokościowo nijak się ma do Grabarki, wyglądała jednak zupełnie inaczej. Tu zaczęło się od prostej kapliczki z XV w. upamiętniającej chrzest Żmudzi. Po Powstaniu Listopadowym zaczęto tam pielgrzymować i znosić pierwsze krzyże. Do tego należy dodać Powstanie Styczniowe, dwie wojny światowe, zsyłkę Litwinów na Syberię (trwająca parę ładnych lat po zakończeniu II wojny) – każda z tych klęsk powodowała kolejne pielgrzymki i koleje krzyże. W końcu Sowieci nie wydzierżyli i w 1961 r. po raz pierwszy potraktowali wzgórze buldożerami. Te akcje powtarzali jeszcze kilkukrotnie, a krzyże wracały. W roku 1993, papież Jan Paweł II, odwiedził Górę Krzyży, rozsławiając ją na cały świat (to znaczy wśród tych, których to interesowało). „Zachęcił” również włoskich franciszkanów do założenia nieopodal klasztoru, co zresztą nastąpiło kilka lat później. I tak to powstał całkiem niezły biznes.
Wracając do teraźniejszości, przywitał nas parking w cenie 3 € za osobę (dało się podjechać dalej na darmowy parking, ale wiedzą o tym tylko miejscowi), zadaszone stoiska oferujące magnesy na lodówki z krzyżami, drewniane krzyże do zaniesienia na górę, biżuterię z drobnicy bursztynowej (i plastiku). W sąsiedztwie znajduje się pawilonik z IT, płatnymi toaletami oraz sklepami z bursztynem.
do albumu zdjęć

Góra Krzyży


Na parkingu było sporo autokarów z wycieczkami skośnookich Azjatów (Korea? Japonia?) oraz Hindusami. Trochę Polaków też było. Samo wzgórze zrobiło na nas wrażenie chaosu. Zaczęliśmy od obejścia go dołem i z zewnątrz jeszcze to jakoś wyglądało. Natomiast, gdy weszliśmy na samo wzgórze między krzyże to już tak pięknie nie wyglądało: małe krzyże opierające się na większych, wota zasłaniające figury, do tego ludzie depczący sobie po stopach i… jeszcze więcej krzyży, i jeszcze więcej ludzi. Same krzyże są przeróżne: drewniane, metalowe, żeliwne, aluminiowe, a nawet szklane. Od rzeźb, poprzez wytwory ludowe, przez krzyż zrobiony z resztek klatki schodowej (słupek i tralki od balustrady) aż po dwa brzozowe patyki połączone srebrną taśmą, a nawet „krzyż” z gwiazdą Dawida (w pełni to rozumiemy, w końcu to Rzymianie ukrzyżowali Żyda). Na większych krzyżach, zawieszone dziesiątki mniejszych, wraz z różańcami. Tabliczki od formacji wojskowych różnych narodowości stacjonujących na Litwie, od pielgrzymek różnych narodowości, a nawet od wodociągów z polskiej Sokółki, OSP z Kęt-Podlesia i innych. Zresztą, zostawiane są nie tylko krzyże ale i figury Maryjne, również z dzieciątkiem, oraz aniołki – w tym ogrodowo-cmentarne. Nas rozbawiły figurki barokowych aniołków, do zakupienia w niektórych sklepach ogrodniczych. Absolutnie nie chcemy podważać niczyjej wiary, ale widać tu przesadną religijność. Zajrzeliśmy jeszcze do klasztoru, który nie mógł nas zachwycić zrozumiale współczesną formą, a już zdegustował W. do końca brakiem zwierząt.
Bo co to za Franciszkanie bez zwierząt?

Dygresja:

Na terenie klasztornej kaplicy czterech mnichów coś śpiewało. Erynia przed kaplicą usiłowała przetłumaczyć opis zawieszony na ścianie – głosem może trochę zbyt głośnym. Po chwili podszedł do nas jeden z mnichów i poprosił o cichszy ton.
OK – zmniejszyliśmy natężenie głosów, ale nie wiadomo dlaczego u W. pojawił się „bieg myśli”:
Franciszkanie ⇒
Franciszkanie śpiewają (o nie była to msza) ⇒
gość w klasztorze głośno czyta opis klasztoru ⇒
Franciszkanin podchodzi i w poważnym tonie ucisza czytającego i wraca do śpiewania – nadal poważny, zamiast z uśmiechem przerwać odbębnianie formułek i z przyjemnością pogwarzyć z gośćmi!
Coś tutaj W. nie pasowało do legendy o św. Franciszku i doszedł do wniosku, że nawet Franciszkanie zeszli na… ludzi, bo ani psa, ani kota w pobliżu nie zobaczył – nawet na obrazach były co najwyżej ryby i latające szczury (gołębie!)

poprzedni
następny

2 odpowiedzi na Wzgórze Krzyży

  1. Tadeusz

    Dawno do Was nie zagladalem, a tutaj jak zwykle ciekawie. Musze nadrobic! Krzyze krzyzami, przypomnieliscie przy okazji o chrzcie Zmudzi kilkaset lat pozniej, chyba najpozniej w rejonie. Kilkaset lat mniej grabiezy watykanskiej, ale Wzgorze Krzyzy pokazuje, ze nadrabiaja.
    U Tokarczuk znalazlem, ze moje nazwisko pochodzi od Zydow przechodzacych na chrzescijanstwo, ze beda nosic krzyz – Krzyzanowski. Dawno ten ciezar zrzucilem z siebie, zbyt uwieral. Ale to tak na marginesie, wlasciwie nie wiem po co. Pozdrawiam Wedrujaca Dwojke.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.