Jak można się domyśleć, byli oni rzutkimi kupcami, a potomkowie pierwszego Donnesmarcka na tyle pomnożyli majątek, że służyli pożyczkami pod zastaw Habsburgom, mającym między innymi „delikatne” problemy z Turkami (a przez to „większe” z gotówką). Jako że Habsburgom zabrakło pieniędzy na zwrot pożyczek, Donnesmarkowie, a konkretnie Łazarz I Starszy wraz z synem o tym samym imieniu, dostali najpierw ziemie, oddane im wcześniej w zastaw, a potem tytuły i w pierwszej połowie XVII w., gdy pojawili się na Śląsku, stali się jedną z najbogatszych rodzin Cesarstwa. Potomkowie Łazarza II podzielili się na kilka linii: tarnogórsko-świerklaniecką, bytomsko-siemianowicką i bogumińską (wygasła w 1803 r.).
Do linii bytomsko-siemianowickiej należał pałac w Nakle Śląskim. Niejaki Hugo I, mający siedzibę w pałacu w Siemianowicach, umyślił sobie wybudować „domek letniskowy” (jak dzisiaj budujemy altanki ma działce), w którym mógłby spędzać lato w otoczeniu rodziny i natury. „Jakie pieniądze, taka altanka”, rzekła filozoficznie pani przewodniczka z Nakła, mając na myśli ten pałac.
Do pałacu (niem. Schloss Naklo) rzecz jasna należał wzorcowo prowadzony folwark, ze stadniną z jednymi z najlepszych koni wyścigowych w ówczesnej Europie.
Innym (nomen omen) „konikiem” tamtejszych Donnesmarcków były ogrody, a w szczególności ten różany, o który dbało wielu ogrodników. Te umiejętności, ogrodnicy przekazali później swoim dzieciom, przydały się po wojnie, gdyż pieniądze z kwiatów, uprawianych w przydomowych ogródkach, zasilały niejeden domowy budżet. Ponoć prawie każda rodzina w Nakle Śląskim ma wśród przodków pracowników pałacowych.
W 45′ rodzina ewakuowała siebie oraz część rodzinnych pamiątek do Niemiec. Niedługo potem do wioski wkroczyła Armia Czerwona, rzecz jasna „częstując się” sporą częścią pozostałego wyposażenia. Mieszkańcy wsi również się częstowali…
W ramach niszczenia mienia obszarniczego pałac miał być wysadzony, ale mieszkańcy już mieli pomysł na wykorzystanie tych „zabudowań” i zaproponowali utworzenie w niej Szkoły Rolniczej – w końcu w nowej, socjalistycznej Polsce rolnicy byli potrzebni, a tradycje już były i gdzieś ludzie z pałacu pracować musieli (chcieli!). Dzięki temu budynek przetrwał. Jego wnętrza niestety średnio. Z oryginalnego wyposażenia zachowały się: wiatrołap przy wejściu, posadzka i lampa w westybulu, jedna kratka od ogrzewania (pałac miał ogrzewanie rozprowadzanym pod posadzkami ciepłym powietrzem), kominek, część drewnianej klatki schodowej, część boazerii i żeliwny sejf (niestety, pusty). Przypadkiem odkryto również, i pięknie odnowiono, zdobienia na suficie w jednym z pomieszczeń. Niestety, jak na złość nie zachowały się żadne zdjęcia wnętrz pałacu, a potomkowie dawnych właścicieli, którzy uciekli z Polski będąc dziećmi, też za bardzo pamiętają, jak to wyglądało. W międzyczasie wybudowano nowy budynek Szkoły Rolniczej rzut beretem od pałacu, zaś sam pałac, całkiem niedawno odnowiony (na razie tylko wnętrza i wieża), jest obecnie siedzibą prężnie działającego Centrum Kultury Śląskiej. Puste sale służą wystawom, koncertom, prelekcjom, ślubom czy nawet uroczystym sesjom rady gminnej.
A propos wystaw, na nas zrobiły wrażenie trzy:
- obrazów Oskara Lubosa. Pierwszy raz widok sztuki współczesnej nie wykrzwiał nam twarzy i nie wywoływał w nas bólu.
- kolekcji ukraińskich ikon domowych – z prywatnej kolekcji Olgi Bohomolec, rozmieszczonych na ścianach w dawnej pałacowej kaplicy. Ikony przyjechały do Polski w 2022 r., w związku z wojną na Ukrainie. Ładna klamra spinająca kolekcje które zobaczyliśmy na zamku w Lublinie i w Muzeum ikon w Supraślu.
- wystawa „Spotkanie po latach”, gdzie na podstawie zdjęć i wspomnień zarówno ze strony Donnesmarcków jak i samych mieszkańców, stworzono wspomnienie o ludziach niegdyś „niewidzialnych”: służących, kucharkach, ogrodnikach, nianiach. Podobno Donnesmarckowie dbali o swoją służbę, traktując ich jak domowników. Pewnie dlatego po wojnie nadal dbali oni o „dobra” nie pozwalając ich niszczyć (patrz wyżej).
Okazało się, że i owszem, dawniej uczniowie mieli wydzielone w parku „poletka”, o które musieli dbać, a prace społeczne były rzeczą normalną. Teraz, rodzice by zjedli nauczycieli i dyrekcję za każdą próbę namówienia dziecka do zrobienia czegoś ponad minimum (a pieniądze idą za uczniami). Nawet jeżeli jednym z kierunków szkoły jest architektura krajobrazu to niewiele znaczy gdy w grę wchodzi pobrudzenie sobie rączek czy złamanie tipsów.
Na dodatek, na parku trzyma łapę konserwator, i nawet wycięcie samosiejek wymaga zamawiania firmy zewnętrznej (z uprawnieniami) za grube pieniądze, chociaż mógłby te prace zrobić pracownik Centrum.
Po przeciwnej stronie ulicy stoi kościół parafialny – o dziwo otwarty. Był on częścią, ufundowanego przez hrabiego Łazarza Henckel von Donnersmarck, całego kompleksu „pomocowego” wraz z domem opieki prowadzonym przez siostry zakonne. Kościół jest prosty, lecz wraz witrażami sprawiał przyjemne wrażenie. Stało się ono jeszcze przyjemniejsze, gdy przed kościołem dostrzegliśmy pamiątkowy głaz ufundowany przez mieszkańców mieściny w celu uhonorowania wkładu rodziny Henckel von Donnersmarck w rozwój Nakła Śląskiego.



W 2000 r. opisywaliście pałac w Gorzanowie k. Kłodzka, też stopniowo przywracany do życia. Czytam ostatnio kryminały autorstwa Tomasza Duszyńskiego/ pochodzącego z tamtego rejonu/. Jest tam wspominany także Gorzanów, a w ” Goliacie” w pałacowym ogrodzie dochodzi do tragicznych wydarzeń. Autor, jak widać, jest wielkim miłośnikiem miejscowej historii i pięknie promuje to miejsce.
Krystyno,
Dzięki za polecenie czytelnicze, do książek T. Duszyńskiego jeszcze nie dotarłam, ale skrzętnie notuję nazwisko 🙂
Czytając o powojennych losach pałacu w Nakle, ciekawość budzi, jakim szczęśliwym zbiegom okoliczności zawdzięczają swoje ocalenie pałace np. w Łańcucie, Kozłówce czy Pszczynie, które przetrwały w całkiem dobrym stanie. Ale to raczej wyjątki. Były to obiekty zbyt duże na szkoły rolnicze czy dyrekcje PGR, a znaleźli się rozsądni ludzie widzący w takich miejscach muzea.
Na zamku w Pszczynie można zobaczyć sporą ekspozycję pięknych zdjęć służby, a to dlatego ze kucharz, Francuz był zamiłowanym fotografem.
Jest też sporo zamków, które przetrwały wojnę i Armię Czerwoną w dobrym stanie, a wykończył je PGR.
Trochę się nie chce wierzyć, że nie ma żadnych zdjęć wnętrza siedziby takiej arystokracji. I że nikt po 1945 nie zrobił zdjęć tego, co zostało! Ostatni właściciel w 1945 roku był dorosłym mężczyzną i pewnie mógłby udzielić jakiś informacji, ale wątpię, aby przed śmiercią ktoś go zdążył spytać…
Niby racja, ale weź pod uwagę, że Donnesmarckowie do końca sądzili, że front do nich nie dojdzie i uciekali w ostatnim momencie. Albumy rodzinne nie musiały być priorytetem w bagażu. Co do szkoły, rok temu z okazji 80-lecia, dyrekcja zwróciła się do absolwentów o udostępnienie zdjęć z dawnych lat. Może coś się znajdzie.
W tą wiarę do końca też nie bardzo wierzę, każdy, kto miał trochę oleju w głowie zdawał sobie sprawę, że wojna jest przegrywana, zwłaszcza arystokracja, która miała więcej możliwości zdobycia informacji. Faktem jednak jest, że często czekali do ostatniej chwili na ucieczkę…
Wiedza, to jedno a nadzieja i tak umiera ostatnia.
Kto robił zdjęcia wewnątrz „altanki na działce”?
A co do „po 45’” to mogli tym się zajmować tylko, albo miejscowi, albo okupanci. Miejscowi raczej się takimi rzeczami nie zajmowali – a okupanci tym bardziej. A jak nawet fotografowali to z ruskiego archiwum raczej wyciągnąć się nie da.