
Dygresja:
Trudno nam się zdecydować jak nazwać tę budowlę – wygląda nam to na „pałac”, a w opisach czeskich znajdujemy nazwę „zamek”. Postanowiliśmy więc nazywać ją tak jak ją nazywają „właściciele”.

Punktualnie o 14:00 dźwierza na pierwszym piętrze zamku otwarły się dla zwiedzających i przewodniczka zaprosiła nas na pokoje. Czekając przed drzwiami W. zastanawiał się czy jest to zamek bardziej „czeski” (z wierzchu ładny w środku pusty) czy „austriacki” (z wierzchu różnie, w środku pełen artefaktów). Po przejściu przez drzwi już nie miał wątpliwości, że wystrój wnętrz odpowiada odrestaurowanej pięknie fasadzie. Co prawda część jednego ze skrzydeł jest jeszcze w remoncie i gdy się dokładnie przyjrzeć parapetom to widać niedoróbki, to jednak sama amfilada pokoi (a właściwie trzy amfilady w trzech skrzydłach zamku) były pięknie wyposażone i odrestaurowane. Ciekawostką były autentyczne parkiety (mozaiki parkietowe) z orzecha włoskiego i dębu, których nie spalili ruscy wojacy stacjonujący tutaj w 1945 r. Zachowały się nawet autentyczne zamki w drzwiach między pokojami (nie ukradli? – aż dziwne!), a nawet część oryginalnych obrazów, które nie tak dawno udało się Republice Czeskiej (wyasygnowała 10 mln Kč) odkupić od dawnego właściciela zamku – księcia Liechtenstein – gdy wystawił je na aukcję. Przy okazji zakupiono również meble zdobiące obecnie jedno czy dwa pomieszczenia (nie do końca zrozumieliśmy czeszczyznę). Znaczna część obrazów jest jednak kopiami, nie umniejszającymi jednak nastroju wnętrzom. Ciekawostką były „oryginalne” malowane plafony, które zastąpiły „oryginalne” lustra, które nie przetrwały zawieruchy dziejowej. Kolejną z ciekawostek było bardzo wiele pomieszczeń łazienkowo-toaletowych, które powstały na przełomie XIX i XX w. wraz z systemem wodno-kanalizacyjnym miasta. Trzeba przyznać, że książęta nie oszczędzali na tego typu wygodzie. A dla odmiany – muzealnicy nie oszczędzają na czasie, bo ustroili już przejścia (i jedną łazienkę) w drzewka i ozdoby bożonarodzeniowe.
Historię tych zmian mogliśmy już obejrzeć w paru pomieszczeniach poza główną, płatną ścieżką muzealną. Przedstawiono w nich historię technicznych zmian w ostatnim stuleciu (tak od początku XX w.). I to był już właściwie koniec części winno-historycznej dnia dzisiejszego. Pozostała nam do realizacji jeszcze część gastronomiczna.
Tę uskuteczniliśmy w (bardzo) pobliskiej (dwa domy dalej) gospodzie Na Hradbách. A „realizacja” była dosyć obfita. Po spożyciu zup (Erynia: „Hovězí vývar s nudlemi a játrovými knedlíčky, posypaný čerstvou perželkou” i W.: „Česnečka se šunkou, sýrem a opečenými krutony”) zafundowaliśmy sobie dania drugie (Erynia: „Salát s kuřecím masem a bylinkovým dipem” i W.: „Pečená vepřová žebra podávaná s chlebem, kyselou okurkou, hořčicí a křenem”). To wszystko podlaliśmy czymś dziwnym co w menu opisane było jako „Řezané pivo”. Są pewnie tacy, co się oburzą na taką profanację piwa, bo jest to piwo jasne i ciemne podane w jednym kuflu, z widoczną granicą pomiędzy nimi. Bardzo ciekawy efekt, i smakowy, i wizualny.


