browser icon
Używasz niezabezpieczonej wersji przeglądarki internetowej . Należy zaktualizować przeglądarkę!
Korzystanie z przestarzałej przeglądarki sprawia, że komputer nie jest zabezpieczony. Proszę zaktualizować przeglądarkę lub zainstaluj nowszą przeglądarkę.

Ruinki Katzelsdorf i Muzeum

do albumu zdjęć

Spacer po Valticach

Rankiem na dworze mżyło i temperatura nie zachęcała do wychodzenia, więc Erynia zadecydowała o dniu lenia. Obejrzymy tylko niedooglądane muzea miejskie w Valticach (o ile będą otwarte) i może skoczymy do 100doły. Plany mają to do siebie, że… oba muzea były zamknięte (wyszliśmy z domu po 10:00 rano). Przeszliśmy jeszcze przez zamkowe dziedzińce rzucić okiem za „bylinkową zahradkę” (ziołowy ogródek) oraz park i zawróciliśmy. Widoki były niezbyt porywające o tej porze roku, a zwłaszcza przy tej aurze, a i W. marzły nogi w niedosuszonych butach. W. wymyślił, że podjedziemy do Dwořáčka, kupić parę butelczyn. Wszystko, włącznie z „penzionem” było zamknięte. W. przypomniał sobie, na stronie firmy były telefony by móc się wcześniej umówić, nie zadzwonił i efekt był widoczny. W drodze powrotnej zahaczyliśmy już o pustą 100dołę, gdzie Erynia pokazała W. wypatrzone dwa dni temu wina lodowe oraz z gron suszonych na matach. W. dorzucił do tego jeszcze kilka butelczyn i wyszedł kartonik. W., który nie lubi wracać tą samą drogą, poprowadził auto wzdłuż pól dookoła Valtic, z resztkami wyciętego słonecznika, czasem z drzewkami owocowymi, ale głównie winnicami – niestety w późnojesiennym stanie.
do albumu zdjęć

Katzelsdorf

Tu, na jednej z bocznych dróg, Erynia wypatrzyła strzałkę wskazującą drogę do zameczku Katzelsdorf , a w rzeczywistości ruiny XIX-wiecznego pawilonu myśliwskiego, rzecz jasna należącego przed wojną do książąt Lichtenstein. Zameczek przeżył wojnę w nie najgorszym stanie, jeszcze w 1953 r. mieszkał tam ostatni gajowy. Niestety, budynek miał pecha, bo stał za blisko granicy. A konkretnie tej Żelaznej Kurtyny. W 1956 r. został podpalony, a następnie rozebrany. To, co można zobaczyć teraz, to podmurówka.
Po powrocie na kwaterę, Erynia doczytała, że jedno z muzeów jest czynne od 11:00 (więc normalne, że było zamknięte o 10.). Ciekawość przeważyła lenistwo i to była bardzo dobra decyzja. O Narodowym Muzeum Rolnictwa (NZM Valtice – Muzeum Uprawy Winorośli, Ogrodnictwa i Krajobrazu) można powiedzieć wszystko, z wyjątkiem tego, że jest nudne. Na początek wita nas korytarz z akwarium z rybami występującymi w tutejszych stawach (rybnikach),znajdujących się pomiędzy Lednicami a Valticami. Trochę to akwarium wydało nam się za ciasne jak na tak duże ryby, a szczupak wyglądał, jakby miał depresję (Erynia była trzeźwa, jak to pisała) – gdy to oglądała stwierdziła,
do albumu zdjęć

NZM Valtice

że jest mu smutno samemu, W. dodał, że raczej nie bo wszystkich zjadł. Dalej było przedstawienie dna zbiornika wodnego, ryb oraz sprzętu wiekowego i współczesnego, którym można te ryby łowić. Dalej przechodzimy nad wodę, do łąk i lasów, z roślinnością i ptactwem którego odgłosów można posłuchać, ćwicząc się jednocześnie w rozpoznawaniu dźwięków lasu. Polacy mają również okazję do poćwiczenia nazw w języku czeskim. Dalej przechodzimy do ogrodów i sadów, gdzie poza rozpoznaniem odmian owoców, można obejrzeć stary i nowy sprzęt, którym pracowano przy pielęgnacji, zbiorach i obróbce owoców. Następnie przechodzimy do części winnej i dopiero tu się zabawa rozkręca. Bawią się dobrze zarówno dzieci jak i dorośli. Od animowanego filmiku dla mniejszych dzieci pokazującego w dużym skrócie historię wina (od Egipcjan; o Gruzinach nie wspomnieli), po bardziej rozbudowaną opowieść, której narratorem był św. Urban. Przez zabawy interaktywne, quizy, puzzle (dla najmłodszych), przez umiejętnie wplecione to informacje o procesie wytwarzania wina, dobierania kieliszków do trunku, łączenia wina z potrawami, aż po narzędzia potrzebne do wytarzania jak i degustacji boskiego trunku. Tu zwróciliśmy uwagę, że filmy dla dzieci zostałyby zjechane zarówno przez polskich gorliwych katolików jak i polskich gorliwych psychologów dziecięcych oraz Gruzinów i Ormian.
  1. Wedle autorów, najstarsze wina wytwarzano 3,5 tysiąca lat temu w Egipcie. Może i wytwarzano, ale nie były one najstarsze.
  2. opis „greckiej epoki” w winiarstwie ilustrował dość dokładny obrazek półnagiej niewiasty z wyraźnie zaznaczonymi „atrybutami kobiecości”. I tak uważamy, że Czesi byli delikatni, bowiem w ramach opisu bachanaliów wspomnieli o piciu dużych ilości wina (co na Morawach jest normą), bardzo oględnie opisując orgie (na obrazku widać było tylko ręce, głowy i… chmurki).
  3. Kolejny filmik dla starszych dzieci wspominał o prawie oraz karach za wykroczenia związane z winem lub winnicą. Widać było (rysuneczki) jak obcinano komuś rękę, czy łapano w wilcze paści, a za kradzież gron z winnicy karą było powieszenie lub spalenie na stosie, co również zostało zilustrowane stosowną animacją (chmurek nie było).
Mamy wrażenie, że większość obecnie działających psychologów stwierdziłaby, że po obejrzeniu czegoś takiego na pewno w dzieciach zostaje trauma do końca życia.
(W.: „neo-psycholodzy wychowują psychiczne kaleki!”)
Wracając do wystawy, nas zachwyciły szczególnie próbki najczęściej występujących w tutejszych winach zapachów, których nie omieszkaliśmy „wyniuchać”, stwierdzając przy okazji jakie spustoszenia Covid poczynił w naszym powonieniu. Zapach wiśni kojarzył nam się z mydłem, a zapach końskiego potu / skóry wyczuwaliśmy w większości tutejszych czerwonych win medalowych, degustowanych wczoraj). Erynia bowiem, do tej pory prawie nie czuje zapachu grzybów, natomiast wyczulił jej się nos na inne zapachy. Tak się zastanawiamy, czy to nie jest ten przypadek, bo trudno nam uwierzyć, by szacowne jury ot tak przyznawało medale za wina z zapachem uznawanym za wadę.
W piwnicy (sklepie) pokazane były stare prasy (najstarsza z 1719 r.) i beczki, zaś w podziemiach pokazano ekspozycję poświęconą terroir. Przy czym pokazano nie tylko „kamulce” tu występujące, ale i interaktywnie erozję gleby na skutek wiatrów oraz obfitych opadów czy powodzi. Po wszystkim oprowadzał nas przemiły pan ochroniarz nudzący się wcześniej jak mops. Tu sam z przyjemnością włączał nam kolejne filmiki i zwracał uwagę na ciekawostki. A choć pewnie zna wystawę na pamięć, bawił się przy tym przednio. Takie muzea lubimy!
Zgodnie z wywieszonym na drzwiach grafiku, nastawiliśmy się na wieczorną wizytę w szkolnej piwnicy „Pod Starou řídětnou”, a tu nic – piwnica zamyka się na dobre z końcem października. Trochę szkoda, ale co się odwlecze…
W zamian spożyliśmy przepyszną kaczą pierś w towarzystwie puree ziemniaczano-dyniowego w Avalonie, z ledwo jednym kieliszkiem czerwonego wina. To był prawdziwy winny detox w morawskim wydaniu.
poprzedni
następny

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.