Oczywiście W. nie zapomniał o swoim „narkotyku” – Kofoli – i w pierwszym Coopie postanowił zrealizować zakup swojego „narkotyku”. I tutaj, kolejny raz, zderzył się ze światowym osiągnięciem morawskich władz miejskich – wszechobecnymi parkomatami. Praktycznie miasto dzieli się na: nie wolno parkować (centrum historyczne, z wyłączeniem mieszkańców), wolno parkować, ale trzeba walczyć z parkomatami, które (jak okazało się w praktyce) są trudne do ogarnięcia nawet dla Czechów (Morawian), lub wyjechać za centrum miasta, gdzie co prawda też miejsc parkingowych nie ma, ale zdarzają się sklepy przed którymi można zaparkować. W centrum są co prawda dwa sklepy firmy Coop. Ale przed jednym nie ma gdzie stanąć, przed drugim jest co prawda parking, ale ze szlabanami i opłatą przy zakupach dłuższych niż 30′ (jakimi kobietami są Czeszki / Morawianki, że zdążą zrobić zakupy w mniej niż 30′?). Obok parkingu COOP jest i parking miejski – płatny w parkomacie – ale nawet pragnąca zaparkować na nim Czeszka zrezygnowała z walki z parkomatem i pojechała pod COOP. Zakup „narkotyku” (Kofoli) poszedł nam sprawnie – zdążyliśmy w 30′ – i mogliśmy ruszyć pod Belweder i cmentarz. Oczywiście wjazd pod sam Belweder był zabroniony (z wyjątkiem tych, którzy mieli pozwolenie). Na szczęście w pobliżu był parking przycmentarny – i parkomat. Co prawda nad parkomatem była tabliczka wspominająca, coś o godzinie bezpłatnej (z zegarkiem parkingowym) ale W. nauczony smutnym doświadczeniem zapłacił 20 Kč i poszliśmy na spacer.
Zámeček Belveder okazał się ładnym budynkiem, z przyległościami i rozległą łąką przed bramą… zamkniętą na głucho. Spacerek był miły, widoki też. W sezonie można nawet wejść do zabytku, ale byliśmy po sezonie.
Przy cmentarzu widoki już tak piękne nie były, bo przedstawiana w przewodnikach i na mapach piękna brama była w renowacji. Przy okazji demolowano również mniej stylową przybudówkę. Sam cmentarz można nazwać typowym, przy czym rzucały się w oczy zdjęcie na porcelanie przyczepione do płyt nagrobnych i ciekawostka – znacznie większy pomnik wyzwolicieli Armii Czerwonej niż stojący w rogu pamiątkowy krzyż z nazwiskami poległych w I wojnie światowej na przybitej na nim desce. Mimo wszystko W. poczuł się tu swojsko – wysypane piaseczkiem ścieżki były wygrabione we wzorek, zupełnie jak w Wielkopolsce.
By dojechać do kolejnej atrakcji – świątyni Diany (Rendez-vous) – musieliśmy praktycznie wrócić do centrum miasteczka, bo wszystkie drogi boczne zamknięte były dla ruchu pojazdów mechanicznych (z wyłączeniem rowerów, w tym elektrycznych). Na szczęście parking przed leśnym duktem prowadzącym do tego zameczku myśliwskiego (też będącego w swej bryle objawem megalomanii) był bezpłatny. Za to mieliśmy okazję oglądać ten arcyciekawy obiekt z wycieczką studentów uniwersytetu Mendla w Brnie. Co prawda niewiele zrozumieliśmy z opowieści przewodnika, opisującego i sam zameczek, i jego dekoracje, ale jako bonus za wytrwałość mieliśmy okazję posłuchać paru myśliwskich sygnałów granych na rogach przez trójkę studentów. Te myśliwskie sygnały tak nas pobudziły, że postanowiliśmy zrobić sobie parokilometrowy spacerek do kaplicy św. Huberta, (1,8 km w jedną stronę). Pogoda była spokojna, dąbrowa nawet nie szumiała, za to było słychać ciamkanie W., który co rusz to raczył się owocami, rosnącej wzdłuż drogi, tarniny. Sama kaplica, stojąca na rozległej polanie, nie robi zbyt wielkiego wrażenia – jakby ginęła wśród dębów. Trzeba jednak przyznać, że gdy już się ją dojrzy to zarówno neogotycka bryła jak i jej zdobienia przyciągają wzrok. Niestety, gdy już go przyciągną, to widać uszkodzenia stojących w niej rzeźb. Szczególnie rogi jeleni jakby trochę odpadły…
Z ciekawostek, w pobliżu kaplicy, pod drzewem, jest w miarę świeży pomnik nagrobny – nie wiemy czy wraz z pochówkiem czy też ma on jedynie upamiętniać czyjąś śmierć.
Po skończonym spacerku wróciliśmy na kwaterę by się odrobinę posilić wczoraj kupionym serem podlanym winem (Baláž Pálava 2024).
Po drobnym odpoczynku postanowiliśmy przetestować kolejną z Veltickich restauracji. Tym razem padło na Restaurację Albero. Wybraliśmy tam: svíčkovą na smetaně (Erynia) i golonkę (W.) – obie potrawy wyśmienite. Do tego oczywiście piwo. Aby tak zupełnie nie rozminąć się z morawskim winem, zaraz za załomem muru dojrzeliśmy Vinotekę u Sommeliera, wpadły nam w oko Morawskie muskaty – kupiliśmy więc i wytrawny, i półwytrawny (po sprawdzeniu zapachów i smaków), oraz Palavę (Baláž Pálava 2024) już przetestowaną i dobrą.
Podkład muzyczny: „Rogi dla Diany”
nagranie własne, za zgodą opiekuna grupy studentów z Uniwersytetu Mendla w Brnie

